czwartek, 20 października 2016

Rozdział 5

5.

Kurczę. Wczoraj był ostatni dzień ferii zimowych, a ja nadal szukam pracy. Problem w tym, że prawie wszystkie oferty w gazetach dotyczą posady księgowego czy innego menedżera, a bez studiów raczej nie mam na to szans. Czyli kiepsko.
Takie czarne myśli przychodzą mi do głowy, kiedy rano, już ubrana, myję zęby. Nagle drzwi do łazienki otwierają się gwałtownie i staje w nich mój ulubiony świr. I wszystko byłoby normalne (jak na niego, oczywiście), gdyby nie to, że trzyma jedną rękę na oczach.
- Yyy… Mogę jakoś pomóc? – pytam skonfundowana.
- Nie, raczej ja tobie – odpowiada on.
- Aha, a… z tą ręką to tak wszystko okej?
- A dlaczego miałoby nie być okej?
- No wiesz, zwykle ludzie chodzą z otwartymi oczami.
- Gdybym wszedł tutaj, jak mówisz, z otwartymi oczami, ryzykowałbym, że zastanę cię w chwili, w której nie chciałabyś, żebym cię zastawał.
To po jaką cholerę wchodziłeś, myślę. Mogłeś przecież zwyczajnie zapukać, geniuszu.
- Nie masz się czym przejmować – mówię – Jestem kompletnie ubrana, jeśli o to ci chodzi. A w przyszłości po prostu pukaj. Wtedy albo pozwolę ci wejść, albo nie.
Na to on macha tylko ręką, którą przed chwilą wreszcie ściągnął z oczu.
- Dobra, nieważne. Tak naprawdę to przyszedłem do ciebie z pewną propozycją.
Trochę się boje, co znowu wymyślił.
- Tak? A jaką?
- Podobno szukasz pracy – bardziej stwierdza niż pyta Raphael – To aktualne?
- Aha… - odpowiadam ostrożnie.
- No to sprawa załatwiona.
- Jak to?
- Znajomy prowadzi księgarnię i szuka akurat osoby do pomocy. Praca łatwa, miła i przyjemna, trzeba tylko rozkładać książki na półkach, pomagać klientom i od czasu do czasu pobawić się w papierologię. Nawet ty sobie poradzisz – kiedy wypowiada ostatnie zdanie, zauważam na jego twarzy niemal niedostrzegalny drwiący uśmiech.
Pewnego dnia, gdy zaśnie, ogolę go na łyso. Na razie jednak udam, że niczego nie zauważyłam. Na razie.
- To świetnie. Kiedy zaczynam?
Chłopak patrzy na zegarek na swoim nadgarstku i odpowiada:
- Masz trzydzieści siedem minut.
- Że co?! – szeroko otwieram oczy – Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym wcześniej?!
- A po co miałem mówić? W stresie człowiek mobilizuje się szybciej – wzrusza ramionami mój współlokator. Mój już-prawie-ogolony-na-łyso współlokator.
Wzdycham poirytowana, jednocześnie czując coś na kształt wdzięczności do Raphaela, za to, że mi pomaga. A właśnie, dlaczego on to w ogóle robi?
- Mogę zadać ci pytanie? – zwracam się do chłopaka.
- Właśnie to zrobiłaś – zauważa gburowato. Zmuszam się, aby to także zignorować.
- Czemu załatwiasz mi tą pracę?
Oczekuję, że opowie mi, jak to go wzruszył mój ciężki, pustoportfelny los i postanowił wielkodusznie mi pomóc, ponieważ troszczy się o mnie, tak zacną i cudowną osobę.
- Ktoś musi płacić połowę rachunków – stwierdza bezdusznie – A im szybciej, tym lepiej.
Wiecie co? Mógłby czasem skłamać. Wtedy sprawiałby chociaż wrażenie, że posiada coś w rodzaju serca.
- Aha, bardzo… praktyczne podejście do tematu – nie udaje mi się wymyślić inteligentniejszej odpowiedzi. Poza tym, walczę z pokusą, aby nie wywrócić oczami – Dziękuję – dodaję jeszcze.
- Pewnie powinienem powiedzieć, że nie ma za co, ale nie widzę powodu, żeby kłamać- mówi Raphael z kamienną twarzą. Moja tylko przybiera czerwony kolor – W porządku. To ty się zbieraj, a ja poczekam w samochodzie – rzuca brunet nakładając kurtkę.
- Zaraz, zaraz – zatrzymuję go w drzwiach – Jedziesz ze mną? – jakoś niespecjalnie mi się ten pomysł podoba.
- Przecież właśnie to powiedziałem, czyż nie? – odpowiada on, jaz zwykle arogancko. – Poza tym, ktoś musi tłumaczyć twoją prymitywną mowę ludziom cywilizacji – pan Idiota-Do-Wynajęcia przybiera postawę agresja minus dziesięć. Problem w tym, że w moim przypadku ta wartość wzrosła dwukrotnie.
- Ja… cię… ty… uhg! – mam ochotę przerobić go na uroczy zestaw wypoczynkowy do salonu. Chcę mu to właśnie zakomunikować, jednak on zatyka mi usta swoją durną łapą i mówi:
- Spokojnie, nie pałaj taką żądzą krwi, bo się zmęczysz – po tych słowach zabiera ręce i wychodzi na klatkę schodową, zostawiając mnie sparaliżowaną z oburzenia,
Policzę teraz do dziesięciu, może nawet do jedenastu i dopiero jak skończę, to pójdę do auta. Jeśli podczas podróży do księgarni nie urwę łba temu zarozumiałemu, infantylnemu, zidiociałemu, zchamiałemu debilowi, to można to będzie nazwać sukcesem.
***
Uff, stoimy już pod księgarnią. Podczas jazdy nie zdekapitowałam Raphaela, więc mogę być dumna ze swojej silnej woli. Ale wróćmy do bieżących wydarzeń.
Ja szukam miejsca do zaparkowania, a Raphael już wyskakuje z auta i szybkim krokiem idzie do budynku.
Yes! Puste miejsce! Skoro tylko udaje mi się zaparkować, wysiadam z auta i kieruję się w stronę księgarni, gdzie…
No nie. Chyba jestem chora, ponieważ dwoi mi się w oczach. Przy ladzie stoją dwaj młodzi mężczyźni. Jednym z nich jest Raphael, a drugim… Cóż, obydwaj wyglądają bardzo podobnie. Tylko tak jakby kolory im się odwróciły. Raphael ma włosy czarne, a ten drugi (roboczo nazwijmy go Gem) ciemno-blond. Karnacja Gema jest dość ciemna, choć nie wygląda na sztuczną opaleniznę. Także jego oczy są ciemno-brązowe, jak w przypadku bruneta, szaro-błękitne. Obu chłopaków różni (choć nieznacznie, to jednak) postura. Każdy z nich ma smukłą, delikatnie ale wyraźnie umięśnioną sylwetkę, jednak Gem jest trochę wyższy i nieco szerszy w barach od Raphaela. Przyznaję także, z pewną dozą niechęci, że obaj są całkiem przystojni, chociaż każdy na swój sposób.
- To właśnie Rinelle – przedstawia mnie Raphael, tym samym przerywając moje rozmyślania.
- Miło mi - mówi blondyn wyciągając rękę i uśmiechając się do mnie przyjaźnie – Mam na imię Leonard.
Hm… To mi coś przypomina, ale nie do końca wiem co.
- Hej – odpowiadam uśmiechem – Ja jestem Rinelle, ale mów mi po prostu Rin.
Leonard, Leonard, no gdzieś dzwoni, ale nie wiem, w którym kościele.
- Bardzo się cieszę, że będę miał kogoś do pomocy. Nawet nie uwierzysz, jaki tu czasem panuje bałagan.
Ma rację. Nie wierzę. W księgarni panuje absolutny i porządek. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby kiedykolwiek było tu inaczej. Ale Leonard… Coś mi już chyba świta…
- Czyli mieszkasz z moim małym braciszkiem? – zagaja Leonard.
Dopiero po chwili dociera do mnie sens jego słów.
- Eee… braciszkiem? – pytam odrobinę zbyt wysokim tonem.
- Aaa, Raphael nic ci nie mówił, co? – blondyn spogląda na swojego… brata, a ten w odpowiedzi posyła mu tą minę. – No tak, to do niego podobne. Pozwól więc, że ja ci to wytłumaczę. Jak już wcześniej wspomniałem, Rafito jest moim młodszym bratem. Podobieństwo chyba widać, nawet mimo różnic w kolorach – Ciągnie dalej Leo (jest taki miły, że chyba mogę go tak nazywać) – Jednakże Raphael posiada osobowość trochę, hm… introwertyczną, ja za to cenię sobie miłe towarzystwo – kolejny promienny uśmiech. Czy mi się wydaje, czy on ze mną flirtuje?
Na razie nie doszukałam się w Leonardzie żadnej widocznej wady. Robot jakiś czy co?
- Okej, dość już tej uprzejmości – przerywa nam Raphael – Ja już sobie pójdę, a wy zabierzcie się do pracy. Aha, i pamiętaj – zwraca się do brata – Nie każdy zniesie twój uroczo-słodki charakter – krzywi się w kpiącym uśmiechu i wychodzi.
A ja zostaję z Panem Uroczo-Słodkim. Sama. Jakoś dziwnie się czuję ze świadomością, że będę z jakimkolwiek krewnym Raphaela w stosunkowo niewielkiej przestrzeni. Trochę to przerażające. Ale z drugiej strony może dowiem się czegoś o Leonardzie. I oczywiście o jego ukochanym młodszym braciszku.
- To… od czego mam zacząć? – pytam.
- Cóż.. – Leo w zamyśleniu pociera podbródek – O, już wiem! Widzisz te kartony, tam, za ladą? – pyta, a ja potakuję – Książki z pierwszego rozłóż na regale obok okna, a resztę zanieś do magazynu.
- Jasne, zaraz się tym zajmę! – moja próba udawania entuzjazmu jest nieco zbyt… entuzjastyczna.
Podchodzę do pierwszego pudła i zaczynam je rozpakowywać. Ech, gdyby to nie była moja praca… Spędziłabym tu cały dzień czytając wszystko, co wpadnie mi w ręce. Ale jak to się mówi, służba, nie drużba.
***
No, koniec. To znaczy, prawie koniec. Przed chwilą wyszedł ostatni klient, ale trzeba jeszcze posprzątać i pozamykać. I to chyba będzie najmniej ekstremalne zajęcie, jakie dzisiaj zrobiłam. A co takiego ciekawego miałam do roboty? Już mówię.
1. Rozładowanie pięciu wielkich, wypełnionych po brzegi książkami pudeł. Z tym uwinęłam się w jakieś dwie godziny, mimo monstrualnych gabarytów niektórych tomów.
2. Bitwa z ekspresem do kawy, który nie dość, że postanowił nie robić tej kawy, to jeszcze psykał i syczał na mnie, a ilekroć próbowałam go wyłączyć, kopał mnie prądem.
3. Starcie ze staruszką, której nie udało mi się wytłumaczyć, że książka pod tytułem „Historia motoryzacji” to nie katalog skuterów dla seniorów.
4. Opanowaniu dwóch smarkaczy, którzy bawili się w bombowce, rozwalając przy tym dział książek dla dzieci (ja nie wiem co im matka zrobiła, zamiast ich wychować).
W sumie to nie było tak źle, ale jak na pierwszy dzień pracy to zbyt dużo atrakcji dla mnie.
Właśnie nadchodzi Leonard, który w zasadzie cały dzień był w swojej pracy (okazuje się, że to księgarnia jego matki, a on tylko zajął się zatrudnieniem pomocy). Myślę, że nadszedł czas na podpytanie go.
- Co tam, zmęczona? – zagaduje chłopak.
- Tylko trochę – uśmiecham się odrobine krzywo na wspomnienie braci-bombowców.
- Masz prawo, spisałaś się dzisiaj – odwzajemnia uśmiech – Nie każdemu udaje się to w pierwszy dzień – opiera się łokciami o ladę.
Kolejny raz odnoszę wrażenie, że próbuje na mnie swojego czaru.
- Jedziesz gdzieś po pracy? – pyta – Chętnie cię podwiozę.
Okej, teraz to już jestem pewna, że stara się mnie poderwać. A może mi się jednak wydaje…
- To bardzo miłe, dziękuję – powstrzymuję się od nawijania włosów na palec i trzepotania rzęsami. Nieładnie byłoby naśmiewać się z własnego szefa. – Dam sobie radę. A… mogę o coś zapytać? – zmieniam temat.
- Jasne – odpowiada Leonard. Raphael na jego miejscu powiedziałby „właśnie to zrobiłaś”.
- Gdzie tak w ogóle pracuje twój brat? Mieszkam z nim już jakiś czas, a praktycznie nic o nim nie wiem – to nie do końca prawda. Wiem przecież, że Raphael jest nadętym i przemądrzałym narcyzem. Ale może jednak przemilczę ten fakt.
- Gdzie on pracuje, tak? – chłopak marszczy brwi – Łatwiej byłoby wymienić miejsca, w których nie pracuje. Restauracja, kino – miał mnóstwo dorywczych prac, ale z tego co wiem, udziela teraz korepetycji i tłumaczy książki jakiemuś wydawnictwu.
- Czyli taki człowiek pracujący, żadnej pracy się nie boi, co? – żartuję. – Ale czekaj, mówiłeś, że coś tłumaczy. Studiował jakiś język?
- Nie do końca – kręci głową blondyn – Jesteśmy jakby… dwujęzyczni.
- Rozwiniesz? – chyba domyślam się, o co chodzi, ale wolę być pewna.
- Bo widzisz, z nami to jest tak: nasza matka pochodzi stąd, dokładnie z tego miasta. Natomiast tata jest Hiszpanem – wydaje mi się, że na wspomnienie o rodzicach przez jego twarz przemyka cień, ale może to być tylko przywidzenie – Obaj z bratem urodziliśmy się właśnie w Hiszpanii, tam też chodziliśmy do podstawówki. Dopiero od jakichś dziesięciu lat mieszkamy tutaj. Tak więc siłą rzeczy mówimy w dwóch językach. Dodam, że całkiem biegle – kolejny uśmiech.
No dobrze, to tłumaczy parę rzeczy. Na przykład ich wygląd. Chciałabym zadać jeszcze kilka pytań, ale mój wzrok pada na zegar wiszący na ścianie, co uświadamia mi, że czas już iść do domu.
- To co, zamykamy? – pytam.
- Tak, tylko wezmę parę rzeczy z zaplecza – słyszę w odpowiedzi – Jak chcesz, możesz czekać przed samochodem.
- Super, dzięki – mówię i zostawiam klucze wyciągnięte z kieszeni na blacie, po czym wychodzę na zewnątrz.
***
Zmierzcha już, kiedy parkujemy przed blokiem. Wysiadam z auta. Ku mojemu lekkiemu zdumieniu okazuje się, że Leonard robi to samo.
- O, czyli będziesz dzisiaj na kolacji? – cieszę się, ponieważ po raz pierwszy od dłuższego czasu nie musiałabym jeść sama albo w towarzystwie milczącego zarozumialca spożywającego w tempie szalonej wiewiórki z ADHD.
- Niestety nie, wpadnę tylko na chwilę, żeby zamienić kilka słów z Raphaelem – mówi chłopak przepraszającym tonem.
- Nie ma sprawy – odpowiadam, choć trochę mi szkoda.
Po wejściu do mieszkania zastajemy Raphaela krzyczącego coś po hiszpańsku do telefonu. Chyba nie jest to rozmowa, a jedynie ostry monolog, bo z kilku słów, które udaje mi się zrozumieć, wynika, że głównie kogoś wyzywa. Zawsze wydawało mi się, że hiszpański to taki radosny język. Teraz, w ustach najwyraźniej wściekłego Raphaela brzmi raczej groźnie.
Nie wiem, jak mam zareagować, więc tylko stoję przy drzwiach. Leonard natomiast wydaje się być przyzwyczajony do takich sytuacji, ponieważ podchodzi do brata i mówi cicho do niego coś uspokajającego, po czym bierze mu z ręki telefon. Chwilę rozmawia, już nie po hiszpańsku, więc rozumiem, że usprawiedliwia Raphaela i przeprasza osobę po drugiej stronie. Najwyraźniej ta osoba jest bardzo wzburzona, ponieważ chłopak w końcu trochę już poirytowany mówi:
- Tak, wiem, że niczego nie zrozumiałaś, ale uwierz mi, to dobrze, bo on się tylko uzewnętrzniał – po tych słowach rozłącza się, a następnie wychodzi z bratem na klatkę schodową. To znaczy, blondyn wychodzi, a brunet  wypada jak z procy.
Podchodzę do okna i wyglądam na podwórko. Po chwili widzę na nim Raphaela i Leonarda. Ten pierwszy jest bardzo rozdrażniony, cały czas intensywnie gestykuluje i chyba krzyczy na brata. Ten z kolei stara się go uspokoić, choć widać, że również jest poruszony. Następnie bierze Raphaela za ramiona i patrząc mu prosto w oczy wypowiada kilka słów, które najwyraźniej ostudzają gniew chłopaka. Teraz starszy z braci przytula młodszego, który jednak wyplątuje się z uścisku niemal momentalnie i po machnięciu Leonardowi ręką wraca do budynku.
Odskakuję od okna i idę do przedpokoju. Kiedy wchodzi Raphael, pytam:
- Coś się stało?
- Nie, wcale, nie widzisz, że tryskam humorem? – warczy on.
- Może jednak jestem w stanie jakoś ci pomóc? – nie daję zbić się z tropu.
- Nie, nie jesteś – odpowiada gniewnie chłopak – Czy mogłabyś przestać zachowywać się jakbym miał trzy lata? Nie każdy problem da się rozwiązać oklepanym tekstem z głupiego amerykańskiego filmu.
Tego już za wiele.
- Ej, to, że masz jakieś kłopoty, nie oznacza, że wolno ci tak do mnie mówić – denerwuję się – Wyobraź sobie, że nie cały świat kręci się wokół ciebie. Spytałam dlatego, że naprawdę chciałam coś zrobić, żebyś poczuł się lepiej. A wiesz dlaczego? Bo się o ciebie martwię, tak samo, jak martwiłby się każdy normalny człowiek na moim miejscu. Ty, jak widać, nie potrafisz tego docenić – dodaję z nutą żalu w głosie.
Raphael wygląda tak, jakby chciał powiedzieć coś obraźliwego, jednak w ułamku sekundy jego twarz łagodnieje.
- Masz rację – mówi spokojnie, czym wprawia mnie w zdumienie. Nie tego się spodziewałam.
- Słucham? – mrugam kilka razy oczami.
- Masz rację – powtarza chłopak – Rzeczywiście nie zasłużyłaś sobie na takie słowa z mojej strony. Wybacz.
- W porządku, przyjmuję przeprosiny – odpowiadam, po czym robię rzecz, której chyba nie przemyślałam.
Delikatnie przytulam Raphaela. Ten napina się cały, jakby szykował się na coś nieprzyjemnego, jednak po chwili rozluźnia się, mimo, że nie odwzajemnia objęcia.
- Ja… dziękuję – mówi, gdy się odsuwam, jednak ma przy tym taki wyraz twarzy, że nie wiem, czy to naprawdę, czy po prostu nie wie co innego powiedzieć.
- Nie ma za co – odpowiadam – I, wiesz, chciałabym, abyś wiedział, że jeśli masz potrzebę pogadać to… no, jestem obok i zawsze wysłucham.
- Będę pamiętał – odpowiada brunet – Ale teraz jedyna konwersacja, na jaką mam ochotę to ta z moją własną poduszką. Dobranoc, Rinelle. I… - nie dowiaduję się, co miało nastąpić po „i”, ponieważ w tym momencie Raphael macha ręką w nieokreślony kierunku i idzie do swojej sypialni. Ja zresztą robię to samo.
W łóżku długo nie mogę zasnąć, więc rozmyślam nad tym, co też mogło tak poruszyć Raphaela. Nie znałam go jeszcze z tej strony. Praktycznie rzecz biorąc, prawie w ogóle go nie znam. Mimo to chcę mu pomóc, chcę, żeby poczuł się lepiej, ponieważ… lubię go.
W końcu zasypiam, jednak przeczucie, że dzieje się tu coś dziwnego, nie opuszcza mnie aż do zapadnięcia w sen.
***

Zaczekałem, aż Rinelle zaśnie i wyszedłem przed blok, gdzie umówiłem się z Leonardem, po raz drugi tego wieczoru. Mimo panującego półmroku, zauważyłem go niemal od razu.
- Co robimy? – zapytałem, gdy tylko się zbliżył.
- Nic, czekamy, co powie Eriksson.
- Oby tylko nie trwało to zbyt długo.
Znałem dowódcę Oriona odkąd sięgałem pamięcią. Jego reakcja zawsze była szybka, ale w tej sytuacji liczył się każdy dzień, każda godzina.
- Raphaelu – odezwał się mój brat – Popatrz na mnie. Działamy razem z Orionem – powiedział z naciskiem – Razem, rozumiesz?
- Oczywiście, że tak. Masz mnie za idiotę? – warknąłem.
- Dobrze wiesz, że nie. Po prostu często działasz… impulsywnie. A to jest niewskazane.
Mimo, że Leonard był jak zwykle irytująco uciążliwy, doskonale rozumiałem, o co u chodziło.  Choć nigdy nie lubiłem działać w zespole, ten jeden raz musiałem się przemóc.
- Rozumiem. Jeśli to wszystko, to myślę, że możesz wracać do domu – wyczerpałem już limit na konieczne rozmowy tego dnia. Wiedziałem, że mówiąc to sprawiłem mu przykrość, czy raczej spowodowałem u niego zrezygnowane rozczarowanie, ponieważ zdążył się już przyzwyczaić do mojego zachowania przez te dwadzieścia jeden lat.
- W takim razie do zobaczenia, braciszku – odparł z westchnieniem Leonard.
I odszedł.
Ja też wróciłem do domu. Po drodze do swojej sypialni sprawdziłem tylko, czy Rinelle nadal śpi. Na szczęście tak. Ostatnim, co chciałbym teraz robić, było zwierzanie się jej z moich problemów.
Chwilę później leżałem już w łóżku i zmusiłem się do zaśnięcia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz