piątek, 20 stycznia 2017

Rozdział 10


Rozdział dedykuję Toki. Już ona wie za co ;)

10
Raphael unika rozmowy ze mną jak może. Pewnie dlatego, że musiałby się grubo tłumaczyć. Chyba jednak dam mu spokój i nie będę go o nic pytać, bo choć jestem ciekawa, to i tak dam sobie rękę uciąć, że nie powiedziałby mi prawdy.
Właśnie robię mu śniadanie, co jest gestem mojego współczucia dla poszkodowanego.
- Smacznego – mówię stawiając przed Raphaelem jajecznicę i biorąc drugą porcję dla siebie.
- Zatrute? – pyta on z drwiną w głosie.
- Oczywiście, że tak – odpowiadam w podobnym tonie – Jak nie chcesz, to nie jedz – dodaję i chcę zabrać mu talerz. Ku mojej satysfakcji przez ułamek sekundy na twarzy chłopaka widzę minę, jaką ma głodny, przerażony szczeniak.
- Porażający dowcip – prycha brunet przygarniając miskę do siebie. Ja na to parskam śmiechem.
Właśnie tak wygląda nasze sobotnie śniadanko. Jeszcze nie mam ochoty udusić Raphaela za jego arcyburactwo, a to jest sukces.
- Tak swoją drogą, to chyba trochę nie w porządku, że nie dali ci nic do jedzenia w szpitalu – zauważam między jednym kęsem a drugim.
- Och, dali – mówi chłopak – ale jakoś nie miałem ochoty się truć.
Cały Raphael. Nie jestem pewna, czy podoba mi się powrót jego elokwencji.
- Czy ty choć raz możesz powiedzieć coś miłego? – pytam.
- W niektórych kręgach twoje rudawe włosy zostałyby uznane za bardzo atrakcyjne – mówi brunet spokojnie znad kubka z kawą.
Nie odpowiadam. Po prostu mnie zatyka. Jednak po pierwszym szoku postanawiam nie przejmować się jego dziwnym komentarzem.
- To świetnie – rzucam wymijająco i wstaję, żeby umyć naczynia.
- Wiesz co… - zaczyna Raphael czując chyba, że zmęczył mnie swoim zachowaniem – Jestem… naprawdę wdzięczny, że chcesz się mną… opiekować, ale myślę, że nie jest to… konieczne – wyraźnie stara się mnie nie urazić. Dobrze, będzie mu to zapisane.
- Sugerujesz, że będąc tak poobijany, jak jesteś, będziesz mógł wykonać jakikolwiek ruch bez mojej pomocy? – unoszę brew.
- Owszem.
- I nadal nie powiesz mi, kto i dlaczego cię tak urządził?
- Nie.
- W porządku – unoszę ręce w geście poddania. Ma swoją dumę i ja to szanuję.
- Rinelle… Mógłbym cię prosić tylko o jedną rzecz? – pyta brunet.
- Hm?
- Zrobiłabyś drobne zakupy?
Ten jego błagalny wzrok powinien wzbudzić we mnie jakieś podejrzenia, ale tym razem postanawiam mu zaufać.
- Nie ma sprawy – odpowiadam – A może zrobimy jakąś zrzutę? Bo wiesz, jeszcze nie dostałam wypłaty…
- Jasne, trzymaj – podaje mi kilka banknotów wyjętych z kieszeni.
- Dzięki. No dobra, to ja lecę. Pa! – narzucam kurtkę i chwilę później już wychodzę.
***
Po wyjściu Rinelle odczekałem kilka sekund, a potem wziąłem do ręki telefon i wysłałem mojemu bratu SMS-a. Po około minucie usłyszałem pukanie do drzwi.
- Otwarte – zawołałem.
- Cześć, Raph – przywitał mnie Leonardo – Czy to była Rinelle wychodząca z budynku?
- Nie, moja nowa dziewczyna – sarknąłem – Oczywiście, że to była Rinelle.
- Widzę, że humor ci dopisuje.
- Mhm. Lepiej przejdź do rzeczy. Wysłałem dziewczynę na zakupy, ale raczej szybko się z tym uwinie.
- Ona ma imię.
- Słucham? – zmarszczyłem brwi.
- Rinelle. Ma imię. Nie mów o niej „dziewczyna”.
- Z tego co wiem, ona jest dziewczyną, więc będę ją tak nazywał, jeśli zechcę.
- Mógłbyś być dla niej milszy.
- A niby po co?
- Raphaelu…
- Dobra, koniec – uciąłem – Do rzeczy, Leo.
- Ech, w porządku – dał za wygraną – W takim razie chciałem powiedzieć, że nic się nie zmieniło w sprawie rodziców. Nie wiemy ani trochę więcej niż ostatnim razem. Ale przynajmniej nic niepokojącego do nas nie dotarło.
- Wynik równy zero to nadal zero, nie plus – odparłem – A poza tym to, że nic złego do nas nie dotarło, nie znaczy, że się nie stało.
- Proszę, nie dobijaj mnie – mój brat w sekundę postarzał się o parę lat – Bez nadziei nie mamy nic. Ty też powinieneś spojrzeć na to choć odrobinę pozytywnie. Dobrze by ci to zrobiło.
- Nic nie powinienem – żachnąłem się – A już na pewno nie wtajemniczać Rinelle w całą tą sprawę.
- Nic takiego teraz nie powiedziałem – zaprotestował Leonard.
- Zaraz byś to zrobił.
- Wcale nie…
- Miałeś to na końcu języka.
- Dobra, już dosyć! – uniósł się mój brat – Tak, masz rację, właśnie to chciałem powiedzieć.
- Daruj sobie.
- Nie mogę. To bardzo ważne, braciszku. Jesteś jej to winien, wiesz?
- Nie – odparłem - To nie jej sprawa.
- Jesteś pewien? Bo ja myślę, że jednak trochę jej.
- A co by jej dała ta wiedza, co? – ta bezsensowna dyskusja zaczynała mnie już mocno irytować.
- Mogłaby się przygotować na różne sytuacje, o których na ten moment nawet nie ma pojęcia. Albo, co wydaje mi się mniej prawdopodobne, ale jednak, wyprowadzić się i żyć w spokoju z dala od nas – powiedział Leonard z naciskiem.
- Zabraniam ci jej cokolwiek mówić – warknąłem.
- I tak będziesz musiał to kiedyś zrobić – mój rozmówca wzruszył ramionami – A poza tym widzę, co się dzieje, Raph. Lubisz ją. Zależy ci na niej i na pewno chciałbyś, żeby była bezpieczna.
- Widzisz, mówisz? – syknąłem – A co takiego, jeśli można spytać?
- Braciszku, to, że nie miałeś zbyt kolorowego dzieciństwa nie znaczy, że tak ma być już zawsze i nigdy już nikt nie będzie dla ciebie ważny.
- Ach, tak? – prychnąłem – Czyli ty sugerujesz, że zakochałem się w Rinelle, prawda? Oj, Leo – zaśmiałem się krótkim, niewesołym śmiechem, ale zaraz potem odezwałem się niemal grobowym tonem:
- Mylisz się. Wiem, że przekonywanie cię nic tu nie da, ale się mylisz. A to, co dzieje się w naszej rodzinie, nie jest sprawą Rinelle.
- Raphaelu, pomyśl, narażasz ją na niebezpieczeństwo. Gdyby miała jakiekolwiek pojęcie o tym, w co się pakuje, przynajmniej miałaby jakiś wybór – próbował tłumaczyć Leonard – Już raz prawie ją straciłeś.
- Przestań mówić, że to JA ją straciłem, do cholery! – wybuchnąłem w końcu.
- Posłuchaj, jej może stać się krzywda, a ty masz na to wpływ. Czy kiedykolwiek wybaczyłbyś sobie, gdyby spotkało ją coś złego.
- Bez wahania.
- Raph…
- Zamknij się, Leonardo! – mój brat zupełnie już wyprowadził mnie z równowagi – Rinelle nie znaczy i nigdy nie będzie znaczyć dla mnie więcej, niż przypadkowy kundel spotkany na ulicy! Jest tylko wredną, irytującą smarkulą, która uwielbia udowadniać mi, że jestem zarozumiałym gnojkiem, jasne?!
Kiedy już dałem upust swojej wściekłości, czekałem na reakcje mojego brata. Na jego twarzy mieszały się grymasy niedowierzania i złości. Zacisnął pięści i próbował coś powiedzieć, jednak nagle zamknął usta, a jego spojrzenie powędrowało w bok. Podążyłem za jego wzrokiem i zobaczyłem stojącą w progu Rinelle.
- Zostawiłam telefon… - wydusiła z siebie. Jej ramiona były opuszczone, włosy zmierzwione, a w szeroko otwartych niebiesko-zielonych oczach zbierały się łzy. Patrzyliśmy na siebie przez kilka sekund, a potem ona zerwała się i wybiegła na schody. Usłyszałem, jak wyrwał się jej płacz.
- Zobacz, co narobiłeś, debilu! – warknął Leonard.
Chociaż w mojej głowie kłębiło się z tysiąc różnych myśli, starałem się to przed nim ukryć.
- Chodzi o to, że doprowadziłem ją do łez? Ona już taka jest, przejdzie jej. A może tak się tym przejąłeś, ponieważ to ty się w niej zadurzyłeś, ale boisz się do tego przyznać i wpierasz to mnie? – zabiłem bratu ćwieka.
Nawet nie zauważyłem, kiedy wymierzył cios.
W następnej sekundzie stałem przykładając sobie dłoń do kości policzkowej, a on rozcierał rękę.
- Nie jestem tobą, mały – powiedział niebezpiecznie cicho – I przestań zachowywać się jak ostatni dupek, dobra? Twoje traktowanie ludzi krzywdzi nie tylko ich, ale także ciebie. A kiedyś nie będziesz miał już nikogo. I ani ja, ani Rinelle nie pozbiera cię więcej do kupy. Przemyśl to.
Powiedziawszy te słowa, Leonard wyszedł trzaskając drzwiami. Ja opadłem na krzesło z obitym policzkiem na zewnątrz i niepokojącym uczuciem narastającym w środku.
***

Zbiegam po schodach lewą ręką trzymając się poręczy, a prawą ocierając cieknące mi po policzkach łzy. Wypadam z klatki jak wściekła i siadam na najbliższej ławce.
Boli, nawet bardzo. Ledwo tego kretyna znam, a on już potrafi mnie doprowadzić do płaczu. Dlaczego mi to robi? Jak w ogóle może? Ja do niego z sercem, a on mówi takie rzeczy? O co mu chodzi?!
Nie czuję w tym momencie złości. Po prostu jest mi okropnie smutno. Mam wrażenie, jak gdyby Raphael bardzo mnie właśnie okłamał. Wiem, że to głupie, bo żeby się tak czuć, musiałoby mi na nim zależeć, a ja nawet nie chcę go teraz widzieć. Jednak z drugiej strony myślałam, że zaczynaliśmy się już zaprzyjaźniać. Kiedy się nie wścieka ani nie jest takim zadufanym w sobie burakiem wydaje mi się, że dostrzegam tego miłego Raphaela. Ale to tylko złudzenie, jak się właśnie okazało. Boże, czemu on musi być takim popapranym idiotą i zawsze wszystko niszczyć?
Siedzę tak, a łzy płyną z moich oczu jedna po drugiej, aż nagle słyszę czyjeś kroki.
- Wal się, dupku – mówię ostro myśląc, że to Raphael.
- To fakt, mojego brata można tak nazwać. I byłoby to całkiem uzasadnione – odpowiada mi podobny jednak radośniejszy głos.
- Leo, to ty. Przepraszam, ja…
- Nie tłumacz się. Sam chętnie powiedziałbym mu teraz, co o nim myślę.
Próbuje mnie pocieszyć, ale na niewiele się to zdaje.
- To nie twoja wina – mówi – On po prostu z jakiegoś niezrozumiałego powodu uważa, że może traktować innych ludzi jak mu się podoba. Ale nie martw się, już moja w tym głowa, żeby się oduczył – kładzie mi rękę na ramieniu.
Na kłykciach jego prawej ręki dostrzegam małe ranki i opuchliznę, więc pytam:
- Czy ty go…
- Tak – odpowiada – I nie powiesz mi, że mu się nie należało.
W moich oczach musi odmalowywać się wyjątkowe przerażenie, ponieważ Leonard szybko dodaje:
- Spokojnie, ucierpiał tylko jego policzek.
- Nie ma łatwo, kiedy jesteś jego starszym bratem, co? – próbuj się uśmiechnąć, ale tylko wykrzywiam usta.
- Miałby, gdyby tylko zechciał – wzdycha smutno blondyn – Ale nie pozwolę mu tak mówić o tobie czy o kimś innym.
- Dziękuję – mówię cicho.
- Nie masz za co – odpowiada chłopak – Przysposobienie mojego braciszka do życia w społeczeństwie to moje zadnie nieodmiennie od paru dobrych lat.
Tym razem naprawdę staram się uśmiechnąć i nawet mi to wychodzi.
- Naprawdę dziękuję. Już mi lepiej.
- Aha, coś nie wierzę – kręci głową Leonard – Wiesz, jeśli nie chcesz już z nim więcej mieszkać, to…
- Nie ma sprawy – przerywam mu – Jestem już dużą dziewczynką. Nie uciekam od problemów, tylko je rozwiązuję. Bardzo mi pomogłeś. Nie musisz już tu siedzieć – delikatnie daję mu do zrozumienia, że chciałabym zostać sama.
- Okej. W takim razie idę. Trzymaj się, Rin – żegna się.
- Pa, Leo – odpowiadam i po chwili zostaję sama. I dobrze. Muszę trochę pomyśleć.
Boli. Jego zachowanie naprawdę mnie dotknęło. Wiem, że nie jest taki sam z siebie, że coś musiało go takim uczynić, ale nadal nie ma prawa mnie traktować w ten sposób.  Czy ja rzeczywiście cały czas go krytykuję? Nie. To, że często się przekomarzamy, nie oznacza, że go nie lubię. Tak, ja go lubię. Mimo wszystko.
Choć nadal jest mi smutno, ocieram łzy rękawem i postanawiam nie mazać się więcej. Kiedy zbieram się z powrotem do domu, znowu słyszę za sobą męskie kroki. Myśląc, że może to Leonard chce mi coś jeszcze powiedzieć, odwracam się z lekkim uśmiechem, który jednak szybki zamiera mi na twarzy.
- Po co tu przyszedłeś? – warczę do Raphaela i napinam się cała.
- Nie chciałem, żebyś to słyszała – mówi cicho chłopak.
- Ach, to znaczy, że ty nie masz zamiaru przepraszać mnie za swoje słowa tylko za to, że je usłyszałam tak? – mój głos wchodzi na wysokie tony, jak zawsze, kiedy się denerwuję.
- Czyli chcesz, żebym przeprosił cię za to, co powiedziałem, nawet jeżeli naprawdę tak myślę? – Raphael stara się zachować spokój.
- A naprawdę tak myślisz? – odpowiadam pytaniem a pytanie.
- A naprawdę chcesz wiedzieć? – brunet jest coraz bardziej wytrącony z równowagi.
- Jasne, dawaj! – wybucham.
- Ugh! Dlaczego ty jesteś taka nieznośna?! – jego też ponosi.
- I kto to mówi?!
- No kto?! Cholerny idiota?! Czy masz może w zanadrzu jeszcze jakieś inne inwektywy?!
- O co ci chodzi, co?!
- O ciebie! O to, że mam cię dość!
- Ty mnie?! No bardzo zabawne!
- Koniec. Nie rozmawiam z tobą – Raphael zaciska zęby – Przyszedłem jakiś to naprawić, a ty na mnie skaczesz.
- A może mam ku temu powód, hm? – ja też jestem już bardziej opanowana – Może to ty źle zabierasz się do przepraszania?
- Dosyć – chłopak odwraca się na pięcie i odchodzi.
- Jasne, pewnie! Po co rozmawiać? – krzyczę za nim – Lepiej zamknąć się w sobie i uciec. A wiesz, dlaczego to robisz? Bo się zwyczajnie boisz!
Wtedy staje i po sekundzie bezruchu wraca do mnie. Podchodzi tak blisko, że nasze nosy niemal się stykają.
- Nie masz pojęcia o tym, co czuję – mówi cichym głosem, w którym jednak czuję tłumioną złość.
Po tych słowach ponownie odchodzi, a ja już go więcej nie zatrzymuję.

1 komentarz:

  1. ;* Rozdział (jak zwykle) cudowny i świetny... Starcie dwóch mocnych charakterów, aż strach pomyśleć co by bylo, gdyby to była jedna osoba ;) Och, no i oczywiście Leo negocjator :D <3 pisz tak dalej!!! ;) życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń