czwartek, 1 grudnia 2016

Rozdziały 8 i 9

8.
Zadzwonił mój telefon. Wyświetlacz pokazał imię Leonarda.
- Halo? – odebrałem z, przyznaję, niechęcią.
- Raph, myślę, że już czas – odezwał mój brat.
- Niby na co? – udałem, że nie zrozumiałem.
- Na to, aby powiedzieć Rinelle o naszych rodzicach.
- Nie – sprzeciwiłem się stanowczo – To nie jej sprawa.
- Ach, tak? A ja myślę, że jednak trochę jej. Mieszka z tobą, a nie wie, na co się pisze. Poza tym, te bandziory mogły jej skręcić kark.
- I ty myślisz, że wtajemniczenie jej by pomogło, tak?
- Tak – odrzekł twardo Leonard.
- Nie – powtórzyłem – Nie zgadzam się.
- Okej, rozumiem, że…
- Powiedziałem NIE! – krzyknąłem do telefonu.
- Popełniasz błąd, Raphaelu. Ale jak chcesz. Tylko wierz mi, kiedyś będziesz musiał jej powiedzieć. A jeśli nie, zrobię to za ciebie.
Nie odpowiedziałem.
- Jesteś tam jeszcze? – zapytał mój brat zdenerwowanym głosem.
- Niestety – prychnąłem.
- To świetnie, bo chciałem ci coś jeszcze powiedzieć.
- Mianowicie?
- Jesteś idiotą.
- Po czym wnosisz? – próbowałem pohamować złość.
- Po twoi zachowaniu. Jesteś idiotą, a na dodatek tchórzem i jeśli nie weźmiesz się w końcu do kupy, to stanie jej się krzywda – zapewne miał na myśli Rinelle.
- To ma mnie jakoś zmotywować? – warknąłem
- Powinno – odparł Leonard – Bo ona nie jest ci zupełnie obojętna, nieważne jak bardzo chcesz to sobie wmówić…
Rozłączyłem się. Po prostu nie chciałem tego więcej słuchać.
Kiedy jesteś inny od reszty, wszyscy myślą, że wiedzą, dlaczego i jak funkcjonujesz w ten inny sposób. Bzdury. Cholernie wnerwiające zresztą. A ja mam jak na razie wystarczająco dużo bodźców. Mam dość. Idę spać.

9.
Mieszkam z Raphaelem już ponad miesiąc. Całkiem dobrze się dogadujemy, to znaczy na tyle, na ile można dogadać się z opryskliwym introwertykiem. Ale nie jest źle. Tylko że… Nie tak wyobrażałam sobie dzisiejsze popołudnie. Myślałam raczej o jakiejś dobrej książce i kubku kakao, a tymczasem siedzę sobie w przytulnej poczekalni miejskiego szpitala, na szczęście nie w roli poszkodowanej. Żeby wszystko wyjaśnić, muszę trochę cofnąć się w czasie.
DWIE GODZINY WCZEŚNIEJ
Jest piękne, ciepłe jak na tę porę roku popołudnie. Właśnie skończyłam pracę. Nawet jazda powolnym, zatłoczonym autobusem nie jest w stanie popsuć mi humoru. Dojeżdżam do domu po około czterdziestu minutach. Chwilę później już wspinam się po schodach na ostatnie piętro i otwieram drzwi po krótkiej szamotaninie z kluczami i kieszenią kurtki. Wchodzę do mieszkania z uśmiechem na ustach, który  jednak szybko zamiera.
- O, matko… - wyduszam z siebie.
Krew. Plama krwi kształtu dłoni na dywanie. Żołądek podchodzi mi do gardła.
- Raphael? – głos mi się załamuje, kiedy wołam współlokatora. Po chwili jednak odpowiada mi przytłumiony jęk pomieszany ze stęknięciem, który dobiega z pokoju chłopaka. Wpadam tam po sekundzie, a moim oczom ukazuje się następujący widok:
Raphael leży na łóżku z rozciętą wargą, łukiem brwiowym i jeszcze innymi siniakami i zadrapaniami.
- Jezus Maria… Co się do ciężkiej cholery stało?! – wrzeszczę przerażona.
- Nieważne – mamrocze chłopak i próbuje się podnieść.
- Ja ci zaraz dam nieważne! Nie ruszaj się, głupku! – mam w głowie pustkę. Co robić? Spokojnie, oddychaj.
Staram się skupić chociaż przez chwilę. Szpital. Trzeba go odwieźć do szpitala.
- Chodź, pomogę ci wstać. Jedziemy na SOR – mówię.
- Myślę, że obejdzie się bez szpitala – odpowiada (a raczej stęka) Raphael.
- Nawet nie dyskutuj! – na nowo puszczają mi nerwy – Jazda, wstawaj! Pomogę ci – kiedy przestaje oponować, zarzucam sobie jego ramię na barki i po kilku naprawdę długich minutach udaje mi się go zwlec na parter. Następnie (dosłownie) pakuję go do auta.
Droga do szpitala upływa nam przy akompaniamencie jęków i protestów (Raphael) oraz przekleństw i złorzeczeń (ja).
I tak dochodzimy do chwili obecnej. Jak się nad tym teraz zastanawiam, to mogłam wezwać karetkę. Byłam jednak tak wytrącona z równowagi, że nawet o tym nie pomyślałam.
Tak więc siedzę sobie i zachodzę w głowę, co takiego nabroił mój ukochany współlokator. Nie da się ukryć, że został pobity. Pytanie tylko przez kogo i dlaczego? Moje rozmyślania przerywa jednak pielęgniarka o azjatyckich rysach wychodząca właśnie z sali, na której leży Raphael.
- Może pani teraz porozmawiać ze swoim narzeczonym – zwraca się do mnie i oddala, zanim zdążę zaprotestować przeciwko nazywaniu tego wariata moim, a w szczególności narzeczonym. Wobec tego tylko wzdycham z dezaprobatą i kieruję się do sali. Zastaję tam obity worek treningowy walnięty za przeproszeniem na łóżko. W skrócie: Raphaela. Wygląda już trochę lepiej niż pół godziny temu. Ma te śmieszne cienkie plasterki na jednej z brwi i dolnej wardze. Jedna z jego źrenic jest trochę większa od drugiej, co, jak pamiętam, wskazuje na wstrząśnienie mózgu. Mam nadzieję, że lekkie.
Chłopak zauważa moją marsową minę oraz że lustruję go wzrokiem i odzywa się:
- Musisz być taka skrzywiona?
- Muszę – warczę w odpowiedzi.
- Uważaj, tylko nie zacznij szczerzyć kłów – prycha brunet. Wkładam naprawdę dużo wysiłku w to, aby go zignorować.
- To powiesz mi, co się stało? – krzyżuję ręce na piersi starając się wyglądać groźnie.
- To chyba nie wymaga tłumaczenia – tym razem to on się krzywi – Pobili mnie, chyba widzisz.
- Kto? – naciskam.
- A co, chcesz im nakopać? – sarka chłopak.
- Nie mam nastroju do żartów – już nie tylko mnie irytuje, ale także męczy tymi swoimi unikami – Pytam jeszcze raz: kto ci to zrobił.
- Och, daj spokój – wzdycha Raphael i wywraca oczami – To nie jest ważne.
W porządku, wygrał tę rundę. Mam dość. Później to z niego wyciągnę.
- Świetnie. Nie chcesz, to nie mów. A co powiedział lekarz?
- Dużo siniaków, ale żadnych złamań, tylko lekki wstrząs mózgu. Zostanę tu tylko na noc, na obserwację.
- Czyli od jutra będę twoją niańką, tak? – żart wymyka mi się mimo woli.
- Obejdzie się – mruczy brunet.
- Hej, to tylko żart, odpuść trochę – tym razem to ja wywracam oczami – Czasem naprawdę jesteś strasznie niedotykalski – siadam w nogach łóżka i wyciągam telefon.
- Do kogo dzwonisz? – pyta czujnie chłopak.
- Do Leonarda – odpowiadam – Przecież nie zniosę twoich  humorów sama.
Raphael nic nie mówi, tylko wciska się głębiej w poduszkę. I chyba zamierza ustanowić rekord w przewracaniu gałami.
***
Leonard wpadł do szpitala jakieś dziesięć minut po moim telefonie i jeśli z początku był przerażony, to teraz jest tylko zły na Raphaela, któremu suszy właśnie głowę. Ja stoję za ścianą, w poczekalni, ale i tak wychwytuję kilka słów. Wreszcie starszy z braci wychodzi z sali i zwraca się do mnie:
- Idź do domu, Rin, temu głupkowi nic nie jest.
- Zgadzam się – odpowiadam.
- Że nic mu nie jest?
- Że jest głupkiem.
Chłopak parska cichym śmiechem, co oznacza, że osiągnęłam zamierzony rezultat.
- Nie martw się – staram się uspokoić Leonarda – On jest dorosły.
- I dlatego mogą mu się dziać dorosłe krzywdy – wzrusza ramionami mój rozmówca.
- Nie możesz go wiecznie chronić.
- Wiecznie na pewno nie, ale póki mogę, to będę.
Nic nie mówię, bo też nie mam nic więcej do powiedzenia. Ich relacje – ich sprawa. Postanawiam, że już czas, abym wróciła do domu.
- To ja już chyba będę się zbierać – przerywam chwilową ciszę.
- Pa, Rin – żegna mnie blondyn – I dziękuję za ratowania tyłka mojego genialnego braciszka.
- Nie ma za co. Cześć – rzucam i kieruję się do wyjścia. Tam prawie na kogoś wpadam.
- Och, przepraszam – uśmiecha się smukła Mulatka z burzą loków na głowie.
- To ja przepraszam – mówię grzecznie i ominąwszy ją wychodzę.
***
- Czy tobie na mózg padło? – „przywitał” mnie brat, kiedy tylko wszedł.
- Nawet nie wiesz, czy to z mojej winy – zaprotestowałem.
- A więc dobrze. Czy to z twojej winy? – moje milczenie wystarczyło Leonardowi za odpowiedź – Cholera jasna, przecież ty się kiedyś zabijesz! A ja jestem już za stary na twoją niańkę.
- Co wy dzisiaj wszyscy z tą niańką?! – krzyknąłem, a on otworzył szeroko oczy – Nieważne – mruknąłem w odpowiedzi na nieme pytanie.
- Wiesz co, czasem się zastanawiam, po co ci ta twoja ponadprzeciętna inteligencja, skoro nigdy jej nie używasz, kiedy powinieneś!
- A ja się zastanawiam, dlaczego ciągle próbujesz mi matkować?!
- Bo cię kocham, Raphaelu! – mój brat jeszcze bardziej podniósł głos – Bo cię kocham, skończony idioto – dodał już spokojnie – Martwię się, kiedy wpadasz w jakieś tarapaty, ponieważ boję się stracić i ciebie.
Powiedziawszy to Leonard wyszedł zostawiając mnie samego. I dobrze. Musiałem na spokojnie przetrawić jego słowa, bo choć był skłonny do przereagowywania, to ten przypływ emocji był dość, hm… przejmujący.
Mój brat wrócił po krótkiej chwili, ale nie sam.
- No co tam? – przywitała mnie radośnie Naomi – Nie uściskasz mnie na dzień dobry?
- Ha. Ha. Ha. Wybitny żart – sarknąłem.
- Ja myślę. Pracowałam nad nim całe dwie minuty – typowa Naomi. Denerwująca aż do bólu. Ale ludzie z jakiegoś powodu ją lubili – Minęłam się w drzwiach z twoją dziewczyną.
- To nie jest moja dziewczyna. To po prostu dziewczyna – westchnąłem z irytacją.
- No tak, zapomniała. Pan Ponuriusz Wspaniały nie potrzebuje nikogo oprócz siebie, żeby jaśnieć czystą doskonałością.
Tym razem parsknąłem, ale to było raczej kpiące.
- Okej, ja już muszę lecieć – powiedziała Naomi – Przyszłam tylko sprawdzić, czy żyjesz.
- Jeszcze – rzuciłem pod nosem. Chyba nikt nie usłyszał.
- Cześć, wariacie, kuruj się. Pa, Leo! – dziewczyna pożegnała się i wyszła.
Zaraz, zaraz. Leo? Nigdy wcześniej nie zdrabniała jego imienia…
- Braciszku? – zapytałem ze złośliwym uśmiechem – Czy ty i Naomi coś razem, no wiesz?
- Oj, Rafi, chyba cię uderzyli mocniej niż myślałem – Leonard pokręcił głową, ale zauważyłem, że zrobił się czerwony – W porządku, na dzisiaj dam ci już spokój. Ale kiedyś i tak dowiem się komu zalazłeś za skórę.
Udało mi się. Zawstydziłem go, więc będę mógł od niego odpocząć, przynajmniej na chwilę,
- Do zobaczenia, Leonito – powiedziałem z miną niewiniątka. Mój brat popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem, ale odpowiedział:
- Do zobaczenia. I, proszę cię, spróbuj przez tą noc nie wysadzić szpitala w powietrze, dobrze?
Powiem tak… Spróbuję, ale niczego nie obiecuję (złowieszczy śmiech szaleńca).
Nagle zachciało mi się spać. Bardzo. Chyba się…
***

Już wiem, czym był spowodowany mój niecodzienny przypływ humoru. Środki przeciwbólowe. Zapamiętać: nie rozmawiać z nikim, kiedy jestem na haju.