poniedziałek, 6 marca 2017

Rozdział 11


Minęły już dwa tygodnie od mojej kłótni z Raphaelem. Od tego czasu praktycznie ze sobą nie rozmawiamy. Nie powiem, że jest mi z tym łatwo, ale nikomu nie pozwolę się tak traktować.
Jest późne popołudnie, niedawno wróciłam z pracy. Siedzę sobie przy stole i piję letnią, rozmleczoną kawę. Raphaela jeszcze nie ma, ale w tym momencie słyszę szczęk klucza w zamku, który oznacza, że właśnie wrócił.
Choć siedzę tyłem do wejścia, słyszę, że jego kroki są wolne, to znaczy spokojne. Kiedy staje w wejściu do kuchni, odzywa się łagodnie:
- Cześć, Rinelle. Chodź ze mną. Ja… chciałbym ci coś pokazać.
W tym momencie odwracam się na krześle i mierzę go badawczym wzrokiem.
- Co takiego? – pytam nieufnie.
- Po prostu chodź – odpowiada.
Ja jednak nie ruszam się z miejsca.
- Rinelle, proszę – Raphael próbuje chwycić mnie za łokieć, ale cofam rękę – W porządku, jak chcesz. Ale to jest naprawdę ważne.
Jeszcze raz spoglądam na niego podejrzliwie, jednak w końcu ciekawość zwycięża.
- Dobra, zgoda – mówię.
- W takim razie chodź ze mną – powtarza on i wychodzi z mieszkania. Mnie nie pozostaje nic innego jak podążyć za nim.
Zaczyna się już ściemniać, więc gdy stoję przed blokiem, nie zauważam go od razu. Dopiero po kilku sekundach dostrzegam bladą twarz chłopaka siedzącego w aucie, a konkretnie czarnym potworze. O dziwo po stronie kierowcy.
- Zamierzasz prowadzić? – niezbyt podoba mi się ten pomysł, zwłaszcza, że on nie ma prawa jazdy.
- Spokojnie, będę jechał powoli – odpowiada – A poza tym, lepiej żebyś skupiła się na słuchaniu.
Okej. Zaczynam się bać.
- Możesz mi powiedzieć, dokąd jedziemy? – postanawiam spróbować dowiedzieć się czegokolwiek, ale z góry znam odpowiedź.
- Nie.
- Dlaczego?
- Wszystko wyjaśnię ci na miejscu.
- No to nigdzie nie jadę – protestuję.
- A jak powiem, że będzie tam Leonard i jeszcze kilku naszych znajomych, to cię uspokoi?
Zastanawiam się. Cóż, jeśli chodzi o obu braci Cortez, to wiem, że temu starszemu z reguły nie odbija i istnieje szansa, że jeszcze dzisiaj nie umrę.
- Możesz nawet to niego zadzwonić – dodaje Raphael.
- Dobrze, poddaję się – wzdycham i wybieram numer blondyna. Naprawdę obawiam się, co tym razem wymyślił mój współlokator.
***
Jedziemy już jakiś czas. Rozmowa z Leonardem trochę mnie uspokoiła. Chyba nie wiedział, że przyjedziemy, ponieważ miał dość zdziwiony głos, ale też wydawał się szczęśliwy.
Zastanawiam się nad tym w milczeniu, kiedy ciszę przerywa Raphael.
- Co byś zrobiła, gdyby komuś z twojej najbliższej rodziny coś zagrażało?
- Ale… w jakim sensie? – zupełnie mnie tym pytaniem zaskakuje.
- W każdym. Nawet najgorszym – chłopak jest bardzo tajemniczy, ale chyba już wiem, jakiej odpowiedzi oczekuje.
- Cóż, w takim razie starałabym się na wszelkie możliwe sposoby pomóc temu komuś – mówię.
- W porządku – brunet kiwa głową ze wzrokiem utkwionym w drodze – To znaczy, że zrozumiesz.
Dobrze, może powtórzę. Zaczynam się bać. Albo nie, wróć. Ja już się nieźle boję.
- Raphaelu, o co tu chodzi? – pytam trochę ostro – Powiedz mi wreszcie.
- Teraz?
- Tak!
- Mhm – odmrukuje on. Nadal patrzy na drogę zamiast na mnie, ale i tak widzę, że jest spięty. Na przemian zaciska i rozluźnia ręce na kierownicy.
- No już dobrze, powoli -  postanawiam porozmawiać z nim na spokojnie, chociaż wcale nie jest mi łatwo – Co się dzieje?
- Pamiętasz może reportaż w telewizji, który oglądaliśmy kilka dni po twoim przyjeździe? Ten o prawniku i jego żonie.
- Chyba coś mi świta.
- W takim razie popatrz na to – chłopak wyciąga z kieszeni jakąś niewielką kartkę, która jednak okazuje się lekko podniszczonym zdjęciem.
Chwilę to trwa, zanim dociera do mnie, kto się na nim znajduje. Na zdjęciu są cztery osoby, dwoje dorosłych i dwóch nastolatków. Zapewne rodzice z synami. Kobieta ma chyba około czterdziestki, jednak im dłużej się jej przyglądam, tym wydaje mi się młodsza. Postarza ją jednak zmęczony wyraz twarzy. Jej blond włosy są długie i proste, karnacja jasna, a oczy jasnobłękitne. Widać też, że ma smukłą, wysoką sylwetkę. Mężczyzna stojący obok niej jest trochę niższy i najwyraźniej kilka lat starszy. Ma także czarne, krótkie, lekko przyprószone siwizną włosy i zarost na twarzy, ciemnobrązowe oczy oraz śniadą cerę.
Nie ma mowy o pomyłce. To na sto procent małżeństwo, które pokazywano w wiadomościach.
Następnie moje spojrzenie pada na dwóch młodych chłopców stojących obok dorosłych. Sądząc po ich podobieństwie, muszą to być bracia. Każdy z nich ma cechy wyglądu obojga rodziców. Jeden z nastolatków, ten, który wygląda na starszego, ma włosy matki i oczy ojca, jak również jego rysy twarzy, lekko zmieszane z rysami kobiety. Młodszy z braci ma czarne, sięgające brody włosy, jasną skórę i błękitne. Podobnie jak drugi chłopak jest podobny do ojca, jednak ma dość wysokie kości policzkowe matki. Wszyscy na zdjęciu są bliską rodziną, nie mam co do tego wątpliwości, chociaż każdy z osobna różni się od reszty.
- Czyli na tym zdjęciu to są twoi… - pytam.
- Tak – pada w odpowiedzi.
- A ty i Leo…
- Tak.
Chcę coś powiedzieć, wyrazić moje współczucie, ale nie potrafię. Jestem po prostu w szoku. Zaczynam się zastanawiać, jak Raphaelowi udało się utrzymywać to przede mną w tajemnicy przez tyle czasu? Pewnie powinnam się domyślić czegoś po jego zachowaniu, ale myślałam, że on po prostu już taki jest, przecież nie znałam go wcześniej.
Najprawdopodobniej Raphael fuknie w odpowiedzi na to, co zaraz powiem, jednak postanawiam zaryzykować.
- Bardzo ci współczuję.
- Dzięki – rzuca on w odpowiedzi, po czym zapada cisza.
W porządku, muszę przemyśleć kilka rzeczy. Może od początku. Raphael (i Leonard) ma rodziców, którzy zostali porwani. Dlaczego? Mie wiem. A dlaczego mi o tym wcześniej nie powiedział? Bo jednak nie znamy się aż tak dobrze. Poza tym, on jest skryty. Czy mam mu pomóc? Jaaasne, no niby jak? Ale dlaczego dowiaduję się o tym wszystkim teraz? W czym ma mi pomóc ta wiedza, co ona zmieni w moim życiu? Tylko, że jakiś powód musiał istnieć, Raphael nie mówi czegoś ot, tak sobie.
Nagle do mojej głowy wpada pewna myśl. Coś jak iskra, jest szybka, jasna i choć momentalnie znika, to pozostawia po sobie ślad. Zaczynam łączyć fakty. Tamci dwaj bandyci, którzy włamali się do mieszkania… A co jeśli… jeśli to wcale nie byli przypadkowi złodzieje?
- Zatrzymaj się – rzucam przez zaciśnięte zęby do chłopaka.
- Już prawie dojeżdżamy…
- Zatrzymaj ten cholerny samochód albo nie ręczę za siebie!
Nie wiem, czy trafiły do niego moje argumenty, czy może uprzejmy ton, ale tak czy inaczej zjeżdża w pobliską zatoczkę przystanku autobusowego. Wysiadam z auta trzaskając drzwiami. Opieram się o nie i nerwowo przeczesuję włosy palcami. Zaraz po mnie wychodzi Raphael i również opiera się o te same drzwi. Jestem dość zdziwiona, ponieważ zwykle zachowuje co najmniej metr odległości. W tym momencie brunet wzdycha i mówi:
- Słucham.
Przymykam na sekundę oczy, żeby zebrać myśli i silę się na spokojny ton.
- Czy tamci dwaj, którzy włamali się do naszego mieszkania, mieli coś wspólnego z porwaniem twoich rodziców?
- Nie wiem.
- Co?
- Nie wiem – powtarza.
- Nie wiem? I tyle masz mi do powiedzenia?! – tracę nad sobą kontrolę – O mało mnie nie zabili, a ty dopiero teraz mi mówisz o tym… tym… tym wszystkim?!
- Moim zdaniem i tak lepiej byłoby, żebyś nadal nic nie wiedziała – chłopak wzrusza ramionami.
- Twoim? – mrużę oczy, a głos podwyższa mi się o oktawę ze złości  – To w takim razie czyj to był pomysł, żeby mi łaskawie cokolwiek powiedzieć?
- Mojego brata.
Staram się nie strzelić go w pysk. Naprawdę się staram, ale chyba zaraz przestanę. Otwieram usta, żeby o coś jeszcze zapytać, ale Raphael mi przerywa.
- Nie teraz. Wszystkiego dowiesz się na miejscu.
Aż zatyka mnie z oburzenia. Co za cham! Zupełnie nie poczuwa się do winy i jeszcze ma czelność mnie uciszać!
- Jeśli myślisz, że teraz ci zaufam i grzecznie wsiądę do samochodu, to się grubo mylisz! Nigdzie z tobą nie jadę! – krzyżuję ręce na piersi.
- Ej, księżniczko, może trochę ciszej – irytuje się brunet – Jesteśmy w środku miasta, a ja nie chciałbym mieć jakichś, pożal się Boże, obrońców biednych kobiet na karku.
W odpowiedzi mówię mu, co może ze sobą zrobić.
- Jak chcesz – po raz kolejny wzrusza ramionami – Ale weź pod uwagę, że o tej porze, a w dodatku w tej dzielnicy raczej nie znajdziesz żadnego miłego pana, który bezinteresownie podwiezie cię do domu. Natomiast prawdopodobieństwo, że natkniesz się na jakiegoś psychopatę-zboczeńca rośnie z każdą chwilą.
- Wiem. Przecież już koło mnie stoisz, no nie? – odgryzam się.
- Ja nie żartuję – jego spojrzenie wydaje się przewiercać mnie na wylot. Myślałam, że po zmroku nie będzie widać koloru jego oczu, jednak dzięki światłom ulic nabierają teraz głębszej i jeszcze zimniejszej barwy…
Hej, Rinelle! stop, dziewczyno! Facet właśnie ci się przyznał, że pośrednio z jego winy napadło na ciebie dwóch zbirów, a ty kontemplujesz jego oczy?!
- Ja również nie żartuję – rzucam ze złością i zrywam się z miejsca.
- No ty chyba masz nie po kolei w głowie – krzyczy za mną brunet.
Nie odpowiadam.
Coś mi mówi, że to jeden z moich głupich pomysłów, mimo to nie zamierzam się zatrzymywać. Po chwili słyszę, że ktoś za mną biegnie. Raphael. Odwracam się aby wyrazić moje zdanie na temat dalszej z nim podróży, jednak on okazuje się szybszy. Błyskawicznie chwyta mnie za oba nadgarstki tak mocno, że nie mogę się wyrwać.
- Puszczaj – syczę.
- Biorąc pod uwagę, że w chwili obecnej nie myślisz logicznie, odpowiedź brzmi: nie.
- A co to ma niby znaczyć?! – wściekam się coraz bardziej – Kto w ogóle dał ci prawo do…
- Nie zmuszaj mnie, żebym to zrobił – wzdycha chłopak.
- Co ty odwalasz?! – znowu próbuję mu się wyrwać. Wtedy on wzdycha po raz kolejny i nagle łapie mnie na wysokości kolan, aby następnie… przerzucić mnie sobie przez ramię? Że. Co?!
Na kilka sekund nieruchomieję ze zdziwienia pomieszanego z oburzeniem. Potem przytomnieję na tyle, żeby obrzucić mojego oprawcę takimi epitetami, których dama nie powinna nawet znać. Raphael natomiast nic sobie z tego nie robi. Kiedy dochodzimy do auta, bezceremonialnie pakuje mnie na tylne siedzenie, a sam siada na miejscu kierowcy.
Już nawet nie chce mi się go wyzywać. Po prostu siedzę cicho na czterech literach, a on rusza. W milczeniu, oczywiście.
***

Nie myślałem, że to będzie takie trudne. I nadal twierdziłem, że w ogóle nie powinna o niczym wiedzieć.
Gdy podjechaliśmy pod blok Conweara, jedynym źródłem światła były już tylko uliczne latarnie. Wysiadłem z auta i obszedłem je, aby pomóc Rinelle wyjść. Ona jednak sama otwarła sobie drzwi i oczywiście odepchnęła moją rękę.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie jesteśmy? – pyta.
- Środek miasta, blok na osiedlu – wyliczam.
- Naprawdę? Nie zauważyłam – prycha dziewczyna.
- Chodź, idziemy do wejścia.
Wcisnąłem guzik domofonu. Kilka sekund później brzęczący dźwięk oznajmił otwarcie drzwi. W ciszy weszliśmy, a potem zaczęliśmy wspinać się po schodach. W końcu znaleźliśmy się przy właściwym mieszkaniu. Zapukałem. Rinelle w tym momencie cofnęła się lekko, chowając się odruchowo za mną. Po kilku sekundach drzwi otworzyły się i stanął w nich mój brat.
- Już jesteście – powiedział na nasz widok – A jeszcze wczoraj byłeś na nie, braciszku.
- Nadal jestem – mruknąłem pod nosem.
- Ty też w tym siedzisz i nic nie mówiłeś?! – krzyknęła szatynka na Leonarda. Niestety, stałem tuż obok niej, a moje uszy, choć znajdowały się wyżej niż jej głowa, i tak ucierpiały.
- Oczywiście – westchnąłem w odpowiedzi za brata – Przecież to też jego rodzice, prawda?
Wyraźnie nie była zadowolona z mojej odpowiedzi. Chyba w ogóle z tego, że się odezwałem.
- Wejdźcie. Zaraz ci wszystko wytłumaczymy, Rin – Leonard wykonał zapraszający gest.
- Oby szybko – rzuciła dziewczyna przekraczając próg.
Jęknąłem w duchu. Nie podobał mi się kierunek, w którym zmierzała moja znajomość z Rinelle.