czwartek, 1 grudnia 2016

Rozdziały 8 i 9

8.
Zadzwonił mój telefon. Wyświetlacz pokazał imię Leonarda.
- Halo? – odebrałem z, przyznaję, niechęcią.
- Raph, myślę, że już czas – odezwał mój brat.
- Niby na co? – udałem, że nie zrozumiałem.
- Na to, aby powiedzieć Rinelle o naszych rodzicach.
- Nie – sprzeciwiłem się stanowczo – To nie jej sprawa.
- Ach, tak? A ja myślę, że jednak trochę jej. Mieszka z tobą, a nie wie, na co się pisze. Poza tym, te bandziory mogły jej skręcić kark.
- I ty myślisz, że wtajemniczenie jej by pomogło, tak?
- Tak – odrzekł twardo Leonard.
- Nie – powtórzyłem – Nie zgadzam się.
- Okej, rozumiem, że…
- Powiedziałem NIE! – krzyknąłem do telefonu.
- Popełniasz błąd, Raphaelu. Ale jak chcesz. Tylko wierz mi, kiedyś będziesz musiał jej powiedzieć. A jeśli nie, zrobię to za ciebie.
Nie odpowiedziałem.
- Jesteś tam jeszcze? – zapytał mój brat zdenerwowanym głosem.
- Niestety – prychnąłem.
- To świetnie, bo chciałem ci coś jeszcze powiedzieć.
- Mianowicie?
- Jesteś idiotą.
- Po czym wnosisz? – próbowałem pohamować złość.
- Po twoi zachowaniu. Jesteś idiotą, a na dodatek tchórzem i jeśli nie weźmiesz się w końcu do kupy, to stanie jej się krzywda – zapewne miał na myśli Rinelle.
- To ma mnie jakoś zmotywować? – warknąłem
- Powinno – odparł Leonard – Bo ona nie jest ci zupełnie obojętna, nieważne jak bardzo chcesz to sobie wmówić…
Rozłączyłem się. Po prostu nie chciałem tego więcej słuchać.
Kiedy jesteś inny od reszty, wszyscy myślą, że wiedzą, dlaczego i jak funkcjonujesz w ten inny sposób. Bzdury. Cholernie wnerwiające zresztą. A ja mam jak na razie wystarczająco dużo bodźców. Mam dość. Idę spać.

9.
Mieszkam z Raphaelem już ponad miesiąc. Całkiem dobrze się dogadujemy, to znaczy na tyle, na ile można dogadać się z opryskliwym introwertykiem. Ale nie jest źle. Tylko że… Nie tak wyobrażałam sobie dzisiejsze popołudnie. Myślałam raczej o jakiejś dobrej książce i kubku kakao, a tymczasem siedzę sobie w przytulnej poczekalni miejskiego szpitala, na szczęście nie w roli poszkodowanej. Żeby wszystko wyjaśnić, muszę trochę cofnąć się w czasie.
DWIE GODZINY WCZEŚNIEJ
Jest piękne, ciepłe jak na tę porę roku popołudnie. Właśnie skończyłam pracę. Nawet jazda powolnym, zatłoczonym autobusem nie jest w stanie popsuć mi humoru. Dojeżdżam do domu po około czterdziestu minutach. Chwilę później już wspinam się po schodach na ostatnie piętro i otwieram drzwi po krótkiej szamotaninie z kluczami i kieszenią kurtki. Wchodzę do mieszkania z uśmiechem na ustach, który  jednak szybko zamiera.
- O, matko… - wyduszam z siebie.
Krew. Plama krwi kształtu dłoni na dywanie. Żołądek podchodzi mi do gardła.
- Raphael? – głos mi się załamuje, kiedy wołam współlokatora. Po chwili jednak odpowiada mi przytłumiony jęk pomieszany ze stęknięciem, który dobiega z pokoju chłopaka. Wpadam tam po sekundzie, a moim oczom ukazuje się następujący widok:
Raphael leży na łóżku z rozciętą wargą, łukiem brwiowym i jeszcze innymi siniakami i zadrapaniami.
- Jezus Maria… Co się do ciężkiej cholery stało?! – wrzeszczę przerażona.
- Nieważne – mamrocze chłopak i próbuje się podnieść.
- Ja ci zaraz dam nieważne! Nie ruszaj się, głupku! – mam w głowie pustkę. Co robić? Spokojnie, oddychaj.
Staram się skupić chociaż przez chwilę. Szpital. Trzeba go odwieźć do szpitala.
- Chodź, pomogę ci wstać. Jedziemy na SOR – mówię.
- Myślę, że obejdzie się bez szpitala – odpowiada (a raczej stęka) Raphael.
- Nawet nie dyskutuj! – na nowo puszczają mi nerwy – Jazda, wstawaj! Pomogę ci – kiedy przestaje oponować, zarzucam sobie jego ramię na barki i po kilku naprawdę długich minutach udaje mi się go zwlec na parter. Następnie (dosłownie) pakuję go do auta.
Droga do szpitala upływa nam przy akompaniamencie jęków i protestów (Raphael) oraz przekleństw i złorzeczeń (ja).
I tak dochodzimy do chwili obecnej. Jak się nad tym teraz zastanawiam, to mogłam wezwać karetkę. Byłam jednak tak wytrącona z równowagi, że nawet o tym nie pomyślałam.
Tak więc siedzę sobie i zachodzę w głowę, co takiego nabroił mój ukochany współlokator. Nie da się ukryć, że został pobity. Pytanie tylko przez kogo i dlaczego? Moje rozmyślania przerywa jednak pielęgniarka o azjatyckich rysach wychodząca właśnie z sali, na której leży Raphael.
- Może pani teraz porozmawiać ze swoim narzeczonym – zwraca się do mnie i oddala, zanim zdążę zaprotestować przeciwko nazywaniu tego wariata moim, a w szczególności narzeczonym. Wobec tego tylko wzdycham z dezaprobatą i kieruję się do sali. Zastaję tam obity worek treningowy walnięty za przeproszeniem na łóżko. W skrócie: Raphaela. Wygląda już trochę lepiej niż pół godziny temu. Ma te śmieszne cienkie plasterki na jednej z brwi i dolnej wardze. Jedna z jego źrenic jest trochę większa od drugiej, co, jak pamiętam, wskazuje na wstrząśnienie mózgu. Mam nadzieję, że lekkie.
Chłopak zauważa moją marsową minę oraz że lustruję go wzrokiem i odzywa się:
- Musisz być taka skrzywiona?
- Muszę – warczę w odpowiedzi.
- Uważaj, tylko nie zacznij szczerzyć kłów – prycha brunet. Wkładam naprawdę dużo wysiłku w to, aby go zignorować.
- To powiesz mi, co się stało? – krzyżuję ręce na piersi starając się wyglądać groźnie.
- To chyba nie wymaga tłumaczenia – tym razem to on się krzywi – Pobili mnie, chyba widzisz.
- Kto? – naciskam.
- A co, chcesz im nakopać? – sarka chłopak.
- Nie mam nastroju do żartów – już nie tylko mnie irytuje, ale także męczy tymi swoimi unikami – Pytam jeszcze raz: kto ci to zrobił.
- Och, daj spokój – wzdycha Raphael i wywraca oczami – To nie jest ważne.
W porządku, wygrał tę rundę. Mam dość. Później to z niego wyciągnę.
- Świetnie. Nie chcesz, to nie mów. A co powiedział lekarz?
- Dużo siniaków, ale żadnych złamań, tylko lekki wstrząs mózgu. Zostanę tu tylko na noc, na obserwację.
- Czyli od jutra będę twoją niańką, tak? – żart wymyka mi się mimo woli.
- Obejdzie się – mruczy brunet.
- Hej, to tylko żart, odpuść trochę – tym razem to ja wywracam oczami – Czasem naprawdę jesteś strasznie niedotykalski – siadam w nogach łóżka i wyciągam telefon.
- Do kogo dzwonisz? – pyta czujnie chłopak.
- Do Leonarda – odpowiadam – Przecież nie zniosę twoich  humorów sama.
Raphael nic nie mówi, tylko wciska się głębiej w poduszkę. I chyba zamierza ustanowić rekord w przewracaniu gałami.
***
Leonard wpadł do szpitala jakieś dziesięć minut po moim telefonie i jeśli z początku był przerażony, to teraz jest tylko zły na Raphaela, któremu suszy właśnie głowę. Ja stoję za ścianą, w poczekalni, ale i tak wychwytuję kilka słów. Wreszcie starszy z braci wychodzi z sali i zwraca się do mnie:
- Idź do domu, Rin, temu głupkowi nic nie jest.
- Zgadzam się – odpowiadam.
- Że nic mu nie jest?
- Że jest głupkiem.
Chłopak parska cichym śmiechem, co oznacza, że osiągnęłam zamierzony rezultat.
- Nie martw się – staram się uspokoić Leonarda – On jest dorosły.
- I dlatego mogą mu się dziać dorosłe krzywdy – wzrusza ramionami mój rozmówca.
- Nie możesz go wiecznie chronić.
- Wiecznie na pewno nie, ale póki mogę, to będę.
Nic nie mówię, bo też nie mam nic więcej do powiedzenia. Ich relacje – ich sprawa. Postanawiam, że już czas, abym wróciła do domu.
- To ja już chyba będę się zbierać – przerywam chwilową ciszę.
- Pa, Rin – żegna mnie blondyn – I dziękuję za ratowania tyłka mojego genialnego braciszka.
- Nie ma za co. Cześć – rzucam i kieruję się do wyjścia. Tam prawie na kogoś wpadam.
- Och, przepraszam – uśmiecha się smukła Mulatka z burzą loków na głowie.
- To ja przepraszam – mówię grzecznie i ominąwszy ją wychodzę.
***
- Czy tobie na mózg padło? – „przywitał” mnie brat, kiedy tylko wszedł.
- Nawet nie wiesz, czy to z mojej winy – zaprotestowałem.
- A więc dobrze. Czy to z twojej winy? – moje milczenie wystarczyło Leonardowi za odpowiedź – Cholera jasna, przecież ty się kiedyś zabijesz! A ja jestem już za stary na twoją niańkę.
- Co wy dzisiaj wszyscy z tą niańką?! – krzyknąłem, a on otworzył szeroko oczy – Nieważne – mruknąłem w odpowiedzi na nieme pytanie.
- Wiesz co, czasem się zastanawiam, po co ci ta twoja ponadprzeciętna inteligencja, skoro nigdy jej nie używasz, kiedy powinieneś!
- A ja się zastanawiam, dlaczego ciągle próbujesz mi matkować?!
- Bo cię kocham, Raphaelu! – mój brat jeszcze bardziej podniósł głos – Bo cię kocham, skończony idioto – dodał już spokojnie – Martwię się, kiedy wpadasz w jakieś tarapaty, ponieważ boję się stracić i ciebie.
Powiedziawszy to Leonard wyszedł zostawiając mnie samego. I dobrze. Musiałem na spokojnie przetrawić jego słowa, bo choć był skłonny do przereagowywania, to ten przypływ emocji był dość, hm… przejmujący.
Mój brat wrócił po krótkiej chwili, ale nie sam.
- No co tam? – przywitała mnie radośnie Naomi – Nie uściskasz mnie na dzień dobry?
- Ha. Ha. Ha. Wybitny żart – sarknąłem.
- Ja myślę. Pracowałam nad nim całe dwie minuty – typowa Naomi. Denerwująca aż do bólu. Ale ludzie z jakiegoś powodu ją lubili – Minęłam się w drzwiach z twoją dziewczyną.
- To nie jest moja dziewczyna. To po prostu dziewczyna – westchnąłem z irytacją.
- No tak, zapomniała. Pan Ponuriusz Wspaniały nie potrzebuje nikogo oprócz siebie, żeby jaśnieć czystą doskonałością.
Tym razem parsknąłem, ale to było raczej kpiące.
- Okej, ja już muszę lecieć – powiedziała Naomi – Przyszłam tylko sprawdzić, czy żyjesz.
- Jeszcze – rzuciłem pod nosem. Chyba nikt nie usłyszał.
- Cześć, wariacie, kuruj się. Pa, Leo! – dziewczyna pożegnała się i wyszła.
Zaraz, zaraz. Leo? Nigdy wcześniej nie zdrabniała jego imienia…
- Braciszku? – zapytałem ze złośliwym uśmiechem – Czy ty i Naomi coś razem, no wiesz?
- Oj, Rafi, chyba cię uderzyli mocniej niż myślałem – Leonard pokręcił głową, ale zauważyłem, że zrobił się czerwony – W porządku, na dzisiaj dam ci już spokój. Ale kiedyś i tak dowiem się komu zalazłeś za skórę.
Udało mi się. Zawstydziłem go, więc będę mógł od niego odpocząć, przynajmniej na chwilę,
- Do zobaczenia, Leonito – powiedziałem z miną niewiniątka. Mój brat popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem, ale odpowiedział:
- Do zobaczenia. I, proszę cię, spróbuj przez tą noc nie wysadzić szpitala w powietrze, dobrze?
Powiem tak… Spróbuję, ale niczego nie obiecuję (złowieszczy śmiech szaleńca).
Nagle zachciało mi się spać. Bardzo. Chyba się…
***

Już wiem, czym był spowodowany mój niecodzienny przypływ humoru. Środki przeciwbólowe. Zapamiętać: nie rozmawiać z nikim, kiedy jestem na haju.

sobota, 26 listopada 2016

Rozdziały 7 i 8

***
Tej samej nocy, rozmowa telefoniczna
- I co?
- Chłopak chyba się jeszcze nie domyślił.
- Chyba czy na pewno?
- Nie wiem, nie siedzę mu w głowie.
- Płacą ci za to, żebyś wiedział. Zabraliście chociaż teczkę?
- Nie udało się. Dziewczyna nas zaskoczyła.
- Tamta mała? I co?
- Nic, nastraszyliśmy ją, ale nagle przyszedł najmłodszy Cortez i musieliśmy się zbierać.
- Kretyni. Przecież mogą was rozpoznać.
- Wątpię.
- Obyś się nie mylił.
- Spokojna głowa, siedzę w tym fachu nie od dziś.
- Ta, świetnie. No dobra, koniec rozmowy. Bez odbioru.

7

Budzi mnie światło dnia wpadające przez okno. Nie otwieram od razu oczu. Jest mi ciepło i miękko. Tylko dlaczego ten miękki grzejnik, do którego się przytulam, porusza się? Nagle wszystko do mnie wraca. Wydarzenia z wczoraj przewijają się w mojej głowie aż do momentu rozmowy z… A, no tak. Raphael. To wiele wyjaśnia.
Decyduję się więc rzucić okiem na sytuację. Czyli tak, mój policzek znajduje się tuż przy klatce piersiowej chłopaka. Wędruję wzrokiem dalej, aż do jego ramienia. Okazuje się, że ręka Raphaela przerzucona jest przez moją talię.
Nie ruszam się w obawie, że go obudzę. A więc, jak już wspomniałam, leżę nieruchomo z zamkniętymi oczami i udaj że, że śpię.
W pewnym momencie ciało Raphaela sztywnieje. Oho, myślę, budzi się. Ja nadal trwam w bezruchu. On natomiast przez chwilę wykonuje drobne, niespokojne ruchy,  jednak po kilku sekundach wstaje i idzie do wyjścia. Mam wrażenie, jakby zatrzymywał się jeszcze, ale może mi się tylko wydaje.
Czekam parę minut, a potem odrzucam kołdrę. Od razu stwierdzam, że mi zimno. Termometr na zewnątrz wskazuje nieubłaganie tylko kilka stopni powyżej zera. Drepczę więc do mojego pokoju po bluzę. Tam też postanawiam, że pójdę na śniadanie, jak gdyby nigdy nic, jakby tamta sytuacja nie miała miejsca. Jest to dość kłopotliwe dla mnie, a dla Raphaela pewnie jeszcze bardziej, ponieważ on jest taki… hm, zamknięty, żeby nie powiedzieć totalnie aspołeczny i po prostu dziwny. A poza tym, kto normalny po tak krótkim czasie znajomości pakuje się w podobne akcje?
Ale wracając. Idę do kuchni, gdzie zastaję swojego współlokatora siedzącego przy stole.
- Hej – rzucam.
- Dzień dobry – odpowiada.
Następnie zapada cisza. Wykorzystuję ją, aby przyjrzeć się chłopakowi znad robionej właśnie kanapki. Wczoraj byłam zbyt przejęta sobą, żeby to zauważyć, ale teraz widzę, że Raphael ma „pamiątki” po wczorajszej przygodzie z bandytami. Kłykcie prawej ręki ma otarte, a wargę rozciętą. Jeśli odniósł jeszcze jakieś obrażenia, zakrywają je ubrania.
- Trochę cię poturbowali – mruczę pod nosem.
- Cóż, powiem tyle, że przez jakiś czas moje żebra będą protestować przeciwko oddychaniu – prycha on. Jego słowa sprawiają, że czuję ukłucie winy.
- Raphaelu – zmuszam go głosem, aby na mnie popatrzył – Ja… no wiesz, chciałabym ci się jakoś odwdzięczyć i…
- Nic nie mów – brunet przerywa mi ruchem ręki – Nie zrobiłem tego, ponieważ oczekiwałem od ciebie czegoś w zamian, tylko dlatego, że każdy zdrowy na umyśle człowiek powinien zareagować w taki sposób. Cóż, niepełnosprawność ruchowa byłaby pewnie utrudnieniem w realizacji tego konkretnego schematu działania, ale zbaczam z tematu. Mam na myśli, że zwykłe „dziękuję” wystarczy – ostatnie zdanie wypowiada jakby cieplejszym tonem. – A, Rinelle? – dodaje po chwili – Masz chyba mało czasu.
Najpierw nie rozumiem, o co mu chodzi, jednak potem patrzę na zegar. Poniedziałek, siódma czterdzieści trzy… O, jasna cholera, spóźnię się do pracy! Zaczynam miotać się po mieszkaniu, aby jakoś przygotować się do wyjścia. Nagle staję na środku i uświadamiam sobie oczywisty fakt. Auto! Nie zdążę bez auta! Autobus jechałby zbyt długo. Ale tu pojawia się pewien problem. Ja nie posiadam auta. Cholera. Cholera, cholera, cholera. Rozglądam się gorączkowo naokoło, szukając jakiegoś cudownego rozwiązania. W pewnym momencie mój wzrok pada na Raphaela, który ze stoickim spokojem obserwuje moje rozpaczliwe wysiłki. Spoglądam na niego błagalnie.
- W kieszeni mojej kurtki – rzuca czytając mi w myślach.
Rzucam się do wieszaka i grzebię w jego kurtce. Jest! Tak! Kluczyki do czarnego potwora! Nadal jestem zdania, że to maszyna zagłady, jednak dzisiaj jest sytuacja nadzwyczajna. Już mam wychodzić, kiedy zatrzymuje mnie mój współlokator.
- Na pewno chcesz iść dzisiaj do pracy? Może jednak wolałabyś odpocząć ze względu na wczorajszy… incydent? – pyta.
Jestem mu wdzięczna za troskę, ale wolę się zająć pracą niż rozmyślaniem nad „wczorajszym incydentem”, jak to ładnie określił Raphael.
- Martwisz się? – szczerzę zęby w trochę naciąganym uśmiechu.
Chłopak otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale po chwili z tego rezygnuje. Wzdycha ciężko, kręci głową i idzie do swojego pokoju mrucząc coś niezrozumiale pod nosem.
Lepszego pożegnania zapewne nie dostanę, więc po prostu szybko wychodzę z mieszkania. Zbiegając po schodach sprawdzam czas – do rozpoczęcia pracy zostało mi zaledwie kilka, może kilkanaście minut. Oby potwór był w formie.

***
Wpadam do księgarni jak huragan. Co prawda spóźniłam się tylko kilka minut, ale jednak spóźniłam.
Zastaję Leonarda stojącego za ladą i przerzucającego jakieś papiery.
- Cześć – witam się zdyszana – Przepraszam za ten poślizg.
On wzdryga się słysząc mój głos i dopiero po kilku sekundach gapienia się na mnie zaskakuje.
- Cześć, Rin. Nie zauważyłem, jak wchodziłaś – mówiąc to chowa papiery.
- Taa, właśnie taki był plan. To jakie zadania czekają mnie dzisiaj?
- Dzisiaj… O, właśnie przyszła dostawa z drukarni. Wszystkie książki trzeba zakatalogować. Poradzisz sobie, co?
- Jasne – odpowiadam trochę niepewnie – Leonard?
- Tak?
- Wiesz, że to zajmie mi tylko chwilę, tak?
- No wiesz…
- Rozmawiałeś z bratem, prawda? – domyślam się.
- Tak. I jeśli będziesz chciała dzisiaj wziąć wolne, całkowicie zrozumiem.
- To nie będzie konieczne – staram się nie zabrzmieć oschle, chociaż niestety pewnie tak właśnie brzmi.
- Rinelle, przeżyłaś coś bardzo stresującego, więc…
- Nie – protestuję stanowczo – Nie potrzebuję odpoczynku. Tak, to prawda, wczoraj o mało nie umarłam ze strachu. Myślę jednak, że dobrze mi zrobi, jak się czymś zajmę zamiast myśleć o tamtym. Wolałabym zapomnieć o wczoraj, więc jeśli się zgodzisz, to zostanę – ostatnie zdanie mówię już łagodniej.
Leonard podnosi ręce na znak poddania.
 Wolałabym zapomnieć o wczoraj, więc jeśli się zgodzisz, to zostanę – ostatnie zdanie mówię już łagodniej.
Leonard podnosi ręce na znak poddania.
- W porządku, jak chcesz – kapituluje – W ciągu dnia na pewno znajdziesz sobie coś do roboty. Ja już muszę lecieć do pracy, ale gdyby coś…
- Spokojnie – wywracam teatralnie oczami – Poradzę sobie.
- W porządku – powtarza blondyn – W takim razie do zobaczenia – żegnamy się i wychodzi.
Kiedy już zostaję sama ze stertą książek to skatalogowania, niestety zaczynam myśleć. O wczorajszym popołudniu, nocy, dzisiejszym poranku. I o tym, jak traktują mnie Raphael i Leonard. Mam dziwne wrażenie, że nie chodzi tu tylko o zwykłą troskę i współczucie. To znaczy, gdyby tylko starszy z braci się tak zachowywał, zupełnie niczego bym nie podejrzewała. Ale młodszy… Cóż, powiedzieć, że tak ludzkie odruchy nie leżą w jego naturze, to jak nic nie powiedzieć. A tu taka (jeśli mogę tak nazwać tę noc) pomoc, eee… duchowa. Tak więc musi tu chodzić o coś więcej. Nie wiem jak, nie wiem o co, ale wydaje mi się to co najmniej dziwne.
Potrząsam głową, żeby przestać się nad tym zastanawiać, bo nerwy zaczynają mi puszczać. Postanawiam włożyć całą energię w rozkładanie książek. Jakoś to będzie.
***
Prawie nie zauważam powrotu Leonarda. Oczywiście mimo, iż wymyśliłam sobie dzisiaj wiele różnych zajęć, nie udało mi się uniknąć rozmyślań. Te bezpośrednio dotyczące bandytów nadal wyprowadzają mnie z równowagi, więc zajmuję się innym tematem, o którym nawiasem mówiąc można by napisać wiele pracy magisterskich – Raphaelem.
Poważnie zastanawiam się, czy z nim aby na pewno jest wszystko w porządku. Jego zachowanie zaczyna mnie trochę martwić. No bo jaki normalny facet przez cały czas jest zimnym, antypatycznym gburem, a nagle tak znikąd włącza mu się tryb „opiekunka”. Może to przez jakieś wydarzenie z przeszłości, coś, przez co teraz ma jakieś, hm… problemy emocjonalne, nazwijmy to. Albo co jeśli on nie jest do końca zdrowy psychicznie? Szybko odsuwam od siebie tę myśl. Przecież nie każdy człowiek, który ma wahania nastroju, musi być od razu świrem. Ale gdyby…
- Halo, ziemia do Rin – wyrywa mnie z zamyślenia głos Leonarda – Słyszałaś w ogóle, o co cię pytałem?
- Och, nie, przepraszam bardzo – mrugam kilka razy, aby szybciej powrócić do rzeczywistości – A o co pytałeś?
- Co pasowałoby do mojej karnacji lepiej: kamizelka w odcieniu ciepłego różu czy może jednak białego złota?
- Złota – odpowiadam odruchowo. Zaraz jednak robię skonsternowaną minę, ponieważ pytanie wydaje mi się co najmniej dziwne.
- Spokojnie – śmieje się chłopak – To było tylko tak kontrolnie, żeby sprawdzić, czy słuchasz. Ale w każdym razie dziękuję za opinię.
Tak, teraz mam pewność, że on i Raphael są spokrewnieni. Ten sarkazm musi być rodzinny.
- No i tu mnie masz, nie słuchałam – przyznaję.
- A powiesz mi o czym wtedy myślałaś? – pyta Leonard.
- O niczym ważnym – krzywię się lekko.
- Mnie możesz powiedzieć, nikomu nie wygadam – blondyn wykonuje gest zasuwania ust na zamek.
Przez chwilę biję się z myślami. Postanawiam jednak podzielić się z nim moimi przemyśleniami.
- Dobrze, w takim razie trzymam cię za słowo – mówię – Zastanawiałam się nad Raphaelem. Dlaczego on jest taki… - dyplomatycznie urywam.
- Wredny, niegrzeczny, irytujący i opryskliwy? – dokańcza za mnie Leonard.
- Ja tego nie powiedziałam – unoszę rozbawiona ręce w obronnym geście – Ale tak, masz rację. Myślałam o jego zachowaniu, zarówno tym, eee… standardowym jak i wczorajszym.
- Wczorajszym? – chłopak podnosi jedną brew, dokładnie tak, jak  jego brat.
- Mhm – przytakuję – Był… zaskakująco miły i wyrozumiały.
- Rozumiem – zamyśla się na chwilę mój rozmówca, po czym odzywa się – Raphael nie byłby zadowolony, że ci to powiem, ale myślę, że w ten sposób łatwiej będzie ci go zrozumieć. On... był bardzo wrażliwym dzieckiem, choć teraz tego po nim nie widać. Kiedy byliśmy jeszcze dziećmi i mieszkaliśmy w Hiszpanii, nasza mama zachorowała. Miesiącami nie wstawała z łóżka. Nie wiem do końca, co to było, miałem wtedy jakieś osiem, dziesięć lat. Wydaje mi się, że chodziło o coś na podłożu psychicznym, chyba była to depresja. Jakaś wyjątkowo ciężka. Nasz tata, który zawsze dużo pracował, jeszcze więcej czasu spędzał w pracy i zamknął się w sobie. Jedyne wspólne chwile z nim były bardzo krótkie i w przypadku mojego brata niestety też bardzo nerwowe. Kilkuletni Raphael źle znosił brak rodziców, przeżywał to. Ojciec nie mógł go zrozumieć, uważał, że jego synowie muszą być twardzi, a szczególnie młodszy. Ja starałem się jakoś sobie radzić. Pomogło to, że miałem się kim zająć. Opiekowałem się moim małym braciszkiem, bo w zasadzie nie miał nikogo innego. Oczywiście zajmowały się nami jakieś nianie, ale one bardzo często się zmieniały, nie było więc mowy o nawiązywaniu jakichś więzi. Raphael nie mógł się odnaleźć. Rósł bez jakichkolwiek porządnych wzorców, bo przecież mnie nie można do nich zaliczyć. Byłem wtedy zwykłym dzieciakiem, tylko trzy lata starszym, który zresztą sam próbował jakoś wszystko ogarnąć. Z biegiem lat mój brat stawał się coraz bardziej zamknięty w sobie. Nie miał przyjaciół, nigdzie nie wychodził. Nawet, gdy mama czuła się już dobrze. Jego stosunki z naszym ojcem coraz bardziej się pogarszały. Raphael w pewnym momencie zajął się tylko nauką, na co zresztą nalegał nasz tata. W między czasie przeprowadziliśmy się tutaj, ponieważ mama bardzo tęskniła za swoją siostrą. Raphael w niecały rok niemal perfekcyjnie nauczył się języka, którym rozmawialiśmy z mamą tylko od święta, kiedy akurat nie miała koszmarnych bólów głowy, czy innych dolegliwości. Od razu także wdrożył się w tryb nauki, chociaż przez pierwsze tygodnie miał problemy z czytaniem. Ale nowe wyzwanie naprawdę go ożywiło. Spędzał nad książkami jeszcze więcej czasu, widocznie sprawiało mu to przyjemność. Tym samym rodzina przegrywała, traciliśmy go. Jedynie mamie czasem udawało się do niego dotrzeć. Jest z nią bardzo związany, chociaż nigdy tego nie przyzna, no chyba, że jej. Na co dzień jednak był bardzo skryty i niechętnie nawiązywał kontakty z ludźmi. Robił to tylko, jeśli musiał. W Hiszpanii jako dziecko miał przynajmniej jedną przyjaciółkę, Carmen. Wtedy jeszcze więcej z nami rozmawiał, czasem się śmiał, był wesoły. Ale ona… Cóż, to już zamknięty rozdział.
Leonard na chwilę przerywa, ale ja z niecierpliwiona pytam:
- I co dalej? Co się z nią stało?
- Zginęła w wypadku samochodowym – powiedział po prostu chłopak – Jechała gdzieś z rodziną. Sekunda – i już ich nie było.
- O Boże, to…
- Niesprawiedliwe? Okropne? Tak, masz rację. To okropnie niesprawiedliwe, że oni zginęli. Jedyna osoba, która potrafiła wykrzesać z mojego brata choć odrobinę życia, przepadła na zawsze. Udawał, że nie ruszyło go to, że wcale nie byli ze sobą blisko, ale ja widziałem, że stał się jeszcze bardziej ponury i zamknięty. Jakby zniknęły z niego wszystkie kolory. Aż do teraz.
- Co masz na myśli? - marszczę brwi.
- Nie co, lecz kogo, Rinelle. Ciebie – odpowiada Leonard.
- Mnie? – wybałuszam oczy ze zdziwienia.
- Dokładnie. Możesz tego nie zauważać, ale ja go znam. Kiedy cię tu przyprowadził, widziałem te iskierki w jego oczach.
- Ty chyba nie sugerujesz, że ja mu się… no wiesz.
- Niczego nie sugeruję. Przecież to Raphael, nigdy do końca się nie dowiemy, co siedzi w jego głowie. Ale faktem jest, że znowu nabiera kolorów. Nie całkiem, ale jednak. Te jego docinki czy sarkazm – dawno już ich nie słyszałem, ponieważ po prostu ze mną, z nikim nie rozmawiał. A teraz wraca.
- Myślę, że moja rola w jego życiu nie jest aż tak znacząca – mówię, a on zauważa, że ta rozmowa mnie krępuje.
- Jak uważasz. Ale przynajmniej udzieliłem wyczerpującej odpowiedzi na twoje pytanie, prawda?
- Prawda – przytakuję – Raphael jest taki jest, ponieważ stare blizny nadal go bolą.
- Poetycko ujęte – uśmiecha się smutno blondyn.
- Ale ty taki nie jesteś – dodaję.
- To prawda – odpowiada chłopak – Ale, jak już mówiłem, miałem dla kogo być silny, między moim ojcem a mną układa się nie najgorzej, a moi znajomi mają się dobrze. Za to mój brat nie miał tyle szczęścia i walczy z samym sobą, ponieważ nie było nikogo mądrego, kto nauczyłby go, że uczucia nie są słabością.
Może i nie znam się na tym, co jest naprawdę mądre, ale to zdanie właśnie takie mi się wydało. Nie wiem co powiedzieć, ale na szczęście to Leonard się odzywa.
- No dobrze, myślę że i tak za długo cię zatrzymałem tym swoim rozgadaniem – uśmiecha się lekko – Idź już do domu, ja pozamykam. A, i dziękuję tak w ogóle.
- Za co? – dziwię się po raz kolejny – To raczej ja powinnam ci podziękować. I tak powiedziałeś mi więcej osobistych rzeczy, niż prosiłam.
- Właśnie – odpowiada mój rozmówca – Bardzo dobrze, że prosiłaś. Chyba od dawna potrzebowałem z kimś o tym wszystkim porozmawiać.
- Na pewno masz od tego lepszych ludzi, niż dziewczyna, która mieszka z twoim bratem i znasz ją ledwie od kilku dni.
- Zdziwiłabyś się – teraz jego uśmiech jest już tylko smutny.
Znowu nie wiem, jak mam zareagować, więc tylko powtarzam:
- Dziękuję.
- Nie ma za co – mówi on – A teraz już naprawdę powinnaś wrócić do domu. Ja zamknę. Należy ci się odpoczynek.
- Może i masz rację. Do zobaczenia jutro – żegnam się.
- Pa, Rin. Do jutra.
Po tych słowach wychodzę i wsiadam do auta. W głowie aż mi huczy od nadmiaru myśli. Jadę do domu, ledwo zwracając uwagę na drogę. Chcę jak najszybciej dostać się do domu, zobaczyć się z Raphaelem. Ta myśl mnie trochę zaskakuje. Ledwo go znam, a już przywiązałam się do niego. Oczywiście katalizatorem było wczorajsze popołudnie oraz dzisiejsza rozmowa z Leonardem, jednak w tym momencie uświadamiam sobie jedną rzecz. Ja go naprawdę polubiłam. Nie tylko dlatego, co dla mnie zrobił. Nie z litości. Po prostu dla niego samego. Teraz, gdy już wiem, że jego zachowanie nie wynika jedynie z jego przekonania o własnej wartości, mogę na niego popatrzeć inaczej. I co najważniejsze – zaczynam w końcu go widzieć.

8.

Zadzwonił mój telefon. Wyświetlacz pokazał imię Leonarda.
- Halo? – odebrałem z, przyznaję, niechęcią.
- Raph, myślę, że już czas – odezwał mój brat.
- Niby na co? – udałem, że nie zrozumiałem.
- Na to, aby powiedzieć Rinelle o naszych rodzicach.
- Nie – sprzeciwiłem się stanowczo – To nie jej sprawa.
- Ach, tak? A ja myślę, że jednak trochę jej. Mieszka z tobą, a nie wie, na co się pisze. Poza tym, te bandziory mogły jej skręcić kark.
- I ty myślisz, że wtajemniczenie jej by pomogło, tak?
- Tak – odrzekł twardo Leonard.
- Nie – powtórzyłem – Nie zgadzam się.
- Okej, rozumiem, że…
- Powiedziałem NIE! – krzyknąłem do telefonu.
- Popełniasz błąd, Raphaelu. Ale jak chcesz. Tylko wierz mi, kiedyś będziesz musiał jej powiedzieć. A jeśli nie, zrobię to za ciebie.
Nie odpowiedziałem.
- Jesteś tam jeszcze? – zapytał mój brat zdenerwowanym głosem.
- Niestety – prychnąłem.
- To świetnie, bo chciałem ci coś jeszcze powiedzieć.
- Mianowicie?
- Jesteś idiotą.
- Po czym wnosisz? – próbowałem pohamować złość.
- Po twoi zachowaniu. Jesteś idiotą, a na dodatek tchórzem i jeśli nie weźmiesz się w końcu do kupy, to stanie jej się krzywda – zapewne miał na myśli Rinelle.
- To ma mnie jakoś zmotywować? – warknąłem
- Powinno – odparł Leonard – Bo ona nie jest ci zupełnie obojętna, nieważne jak bardzo chcesz to sobie wmówić…
Rozłączyłem się. Po prostu nie chciałem tego więcej słuchać.
Kiedy jesteś inny od reszty, wszyscy myślą, że wiedzą, dlaczego i jak funkcjonujesz w ten inny sposób. Bzdury. Cholernie wnerwiające zresztą. A ja mam jak na razie wystarczająco dużo bodźców. Mam dość. Idę spać.

piątek, 4 listopada 2016

Rozdział 6


Przepraszam za ten poślizg, mało czasu! Ale tym razem rozdział, choć jeden, to trochę dłuższy :)

6.

- Cholera jasna!
Zrywam się na równe nogi. Dopiero po paru sekundach orientuję się, że obudził mnie okrzyk. Wiadomo czyj.
Z cichym westchnieniem rezygnacji odrzucam kołdrę i człapię do kuchni. Tam widzę mojego ulubionego kolegę przeszukującego wszystkie szafki po kolei.
- Czego szukasz? – pytam lekko chrypiąc.
- Kawy – odpowiada mi przytłumiony przez wnętrze szafki głos Raphaela.
- Chodzi ci o to? – podaję mu stojącą na stole (wielkie słowo, tak naprawdę powinnam powiedzieć na stoliczku dla skarłowaciałych anorektyczek) puszkę z rozpuszczalną.
Brunet odwraca się do mnie i artykułuje powoli i dobitnie, jak dla debila:
- To. Jest. Beznadziejne. Badziewie. A ja chcę normalnej kawy.
Teraz mam okazję mu się przyjrzeć. Ma cienie pod oczami i jakieś takie nieobecne spojrzenie, a jego włosy są rozczochrane bardziej niż zwykle. Wygląda, jakby nie spał całą noc.
- Wszystko u ciebie dobrze? – zadaję kolejne pytanie.
Na twarzy chłopaka pojawia się grymas, mający być zapewne kpiącym uśmiechem, jednak jego oczy pozostają chłodne i zmrużone.
- Jasne, nie widać? – prycha.
- Nie – odpowiadam ze złością, obracam się na pięcie i wychodzę z kuchni.
Co z nim jest nie tak? Najpierw zachowuje się jak cham, potem ma jakieś przebłyski człowieczeństwa, a później znowu zmiana. Idiota.
Postanawiam jednak nie przejmować się tym zbytnio. Biorę z szafy ubrania na dzisiaj i zamykam się w łazience. Chwilę później słyszę dźwięk telefonu komórkowego, a niedługo po tym trzask zamykanych drzwi.
Po doprowadzeniu się do stanu używalności wracam do kuchni. Tam na stoliku zastaję dwa kubki z kawą, jeden z nich do połowy opróżniony, oraz karteczkę samoprzylepną. Z zaciekawieniem zaczynam ją czytać.
Wrócę późno. Księgarnia jest dzisiaj jak w każdą niedzielę zamknięta, więc masz wolne.
R.
Aha. Czyli klasyczny przypadek choleryka. Szybko wybucha i równie szybko mu przechodzi. Ciekawe dlaczego wyszedł tak nagle. No cóż, wychodzi na to, że mam cały dzień na zastanawianie się. Może pomyślę nad tym nad kubkiem kawy, bo ten drugi, pełny, najwyraźniej jest dla mnie. Oby nie była zatruta.
***
Nie planowałam niczego specjalnego na dzisiaj, więc uznałam, że najpierw odwalę brudną robotę, a potem czas na relaks. Z tą brudną robotą, to tak nie do końca żartuję, chociaż wcale nie chodzi tu o żadne zbrodnie. Jedynie sprzątanie. Ustaliliśmy z Raphaelem, że co tydzień się zmieniamy raz on sprząta „wspólny teren” (czyli kuchnie, łazienkę i pokój o wielkiej nazwie salon). Nasze sypialnie to już we własnym zakresie. Z grafiku wynika, że dzisiaj to ja zamieniam się w perfekcyjną panią domu. Zabieram się więc za poszukiwanie jakichś detergentów. Nie jest to jakieś specjalnie interesujące zajęcie, więc głowę zajmuję czymś innym. I wtedy odkrywam, dlaczego kojarzyłam imiona Raphael i Leonard. Była taka bajka, którą oglądałam z młodszym bratem. „Wojownicze Żółwie Ninja”. Opowiada, jak sama nazwa wskazuje, o kilku zmutowanych wojowniczych żółwiach ninja i ich przygodach. Każdy z czterech braci-żółwi ma imię po renesansowym artyście – Michelangelo, Donatello, Leonardo i Raphael. Wiem, wiem, nie jest to specjalnie błyskotliwe skojarzenie, ale jakbyście prawie codziennie wieczorem oglądali odcinek jakiejś bajki, to imiona bohaterów prędzej by wam się kojarzyły z nią, a nie z żyjącymi setki lat temu artystami.
Kończę bezowocne poszukiwania. No nic, chyba muszę iść do sklepu. Zdejmuję więc kurtkę z wieszaka, w kieszeni której znajduję trzy zmięte banknoty, zgarniam klucze z kuchennego stołu i wychodzę na zewnątrz. Zbiegając schodami kalkuluję w głowie (no dobrze, trochę też na palcach), czy wystarczy mi na wszystko, co chcę kupić. Po wyjściu z bloku z zadowoleniem dochodzę do wniosku, że owszem, wystarczy. Od razu kieruję się w stronę „Dobrego Sąsiada”. A w sklepie – jak to w sklepie. Spotyka mnie wiele przygód. Już na wejściu tracę równowagę i ślizgam się na kałuży błota, którą postanowił zostawić przysadzisty ratlerek równie przysadzistej starszej pani w moherowym berecie, studiującej właśnie w uwagą opakowanie herbatników. Wstaję z podłogi, mrucząc pod nosem jakieś cholery jasne. Muszę jednak zrobić to, po co przyszłam, i nie przeszkodzą mi żadne zakichane (i zabłocone) ratlerki.
Idę w stronę pierwszych półek, na których znajdują się ciastka. Z czystej ciekawości chcę sprawdzić, jaki mają wybór… Dobra, przyznaję się. Chciałam kupić sobie coś na deser. Właśnie sięgam po opakowanie ciasteczek maślanych, gdy nagle przybywa huragan w postaci rozczochranych trojaczków. Okręcam się wokół własnej osi raz, a potem następny, ale tym razem na szczęście nie tracę równowagi. Zauważam też, że od strony drzwi nadchodzi nieśpiesznym krokiem przysadzista kobieta, którą z powodzeniem mogę przyrównać do bezy, zarówno przez strój, jak i gabaryty. Woła ona piskliwym głosem do niknących w oddali chłopców:
- Micky, Ricky, Zicky, poczekajcie na mamusię! – ale dzieciaki ani myślą jej słuchać.
Po chwili całą czwórka znika mi z oczu. Ich pojawienie biorę za zły znak i szybko odchodzę od regału ze słodyczami. Omijam także nabiał, owoce i warzywa, ponieważ obawiam się kolejnych niespodzianek. Szybko kieruję się do celu, to jest, działu z chemią. Tam bez przeszkód wybieram potrzebne mi środki czyszczenia. Zadowolona kieruję się do kasy, jednak w drodze do niej potrąca mnie jakiś klient biegnący do kasy, w rezultacie czego ląduję na półce, która odwdzięcza mi się kilkoma butelkami płynu do mycia szyb spadającymi mi na głowę.
***
Z ulgą wracam do domu. Idąc tą samą drogą, mijam te same budynki i alejki. A jednak, kiedy staję przed klatką mojego bloku. Przez chwilę zastanawiam się co takiego. Po kilku sekundach zdaję sobie sprawę z tego, że kiedy wychodziłam do sklepu, jedno z miejsc parkingowych było wolne. Teraz jednak stoi na nim ciemny samochód z szerokim tyłem, wyróżniający się na tle małych autek mieszkańców. Wcześniej go tu nie widziałam. Wzruszam jednak ramionami. Pewnie do kogoś przyjechali jacyś goście. Normalne.
To dlaczego mam jakieś złe przeczucia?
Macham ręką i kręcę głową, aby odpędzić ten irracjonalny niepokój. Wyciągam z kieszeni klucze i otwieram drzwi na klatkę. Po wspięciu się na właściwe piętro chcę otworzyć mieszkanie, jednak ze zdziwieniem stwierdzam, że jest już otwarte. Czyżbym zapomniała zamknąć? Nie, przecież sprawdzałam dwa razy. W takim razie może Raphael wrócił?
- Raphael? – po naciśnięciu klamki wołam od progu – Jesteś ta… - urywam i zamieram z przerażenia.
W pokoju Raphaela stoi jakiś wielki facet i przekopuje jego biurko. Kiedy zdaje sobie sprawę z mojej obecności, wbija we mnie spojrzenie swoich małych, ciemnych oczu, które są jedyną częścią jego twarzy, jaką widać spod kominiarki. Trwa to może sekundę. Potem jego wzrok wędruje wyżej, jakby patrzył na coś znajdującego się za mną. Zbyt późno uświadamiam sobie, co to jest. A raczej kto. Nie zdążam nawet krzyknąć, ponieważ nagle czuję krótki ból z tyłu głowy i momentalnie zapada ciemność.
***
- Macie coś? – zapytał Leonard.
- Nic – odparła Naomi.
- Zero – odpowiedział Julian.
- Minus jeden – mruknął Con.
Westchnąłem cicho z irytacją, powstrzymując się od komentarza. Chociaż w takiej sytuacji mógłby zachować powagę.
- A ty, Raphaelu? – zwrócił się do mnie mój brat.
- Nic, tak samo jak godzinę temu.
Odsunąłem się na chwilę od leżących przede mną papierów. Rękami przejechałem po twarzy i włosach. Kiedy my ich w końcu znajdziemy, do cholery?! Gdzie ich schował, że policja, że ja nie potrafię go znaleźć?!
My, poprawiłem się w myślach. My nie możemy go znaleźć. Przypomniałem sobie wczorajszą rozmowę z Leonardem o działaniu w zespole. Z czysto matematycznego punktu widzenia jego rozumowanie było logiczne. Teoretycznie w pięć (sześć, jeśli liczyć Erikssona) osób możemy zdziałać więcej, niż ja w pojedynkę. Tylko dlaczego nadal nie mamy żadnych postępów? Zgrzytnąłem zębami ze złości, ale szybko się opanowałem. Musiałem wrócić do pracy. Tylko tak mogłem cokolwiek zdziałać.
Zostawiłem papiery i podszedłem do Conweara siedzącego przy komputerze. Przeglądał właśnie monitoring miejski. Udało mu się kiedyś tam włamać i dzięki temu mieliśmy możliwość oglądać miasto zarówno w czasie teraźniejszym, jak i przeszłym.
- Pokaż na chwilę mój blok – rzuciłem do chłopaka.
- Co, zobaczyć, czy twoja dziewczyna nigdzie nie uciekła?
Nie było nawet sensu odpowiadać.
Mimo głupiego przytyku Conwear spełnił moje życzenie. Spojrzałem więc na monitor. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło, może za wyjątkiem kilku nieistotnych szczegółów. W pewnej chwili mój wzrok padł na ciemny, chyba czarny samochód stojący na parkingu. Nie należał do nikogo z mieszkańców, tego byłem pewien.
- Leonard – mruknąłem – Popatrz na to – pokazałem mu monitor.
- Co takiego?
- Ciemne auto pod blokiem.
- No widzę.
- Nie jest stąd.
- Może jacyś goście – mój brat wzruszył ramionami.
- Wątpię – obstawałem przy swoim – Nie podoba mi się to. Zadzwoń do Rinelle.
- Ja?
- Tak, ty, ja nie mam do niej numeru. Od razu uprzedzę twoje pytanie: dlatego, że nie był mi do tej pory potrzebny.
- Skoro cię to uspokoi – Leonard wybrał numer.
Czekał, aż ktoś się odezwie. Ja nie. Czerwona lampka w mojej głowie paliła się zbyt jasno.
***
Budzę się. Czuję pulsujący ból z tyłu czaszki. Przez chwilę nie wiem, gdzie się znajduję. I wtedy wszystko wraca. Sklep, dom, otwarte drzwi, włamywacze, cios w głowę. Rozglądam się dookoła, aby zorientować się w sytuacji. Siedzę na podłodze w głównym pokoju. Ręce i nogi mam skrępowane. Spoglądam na zegar wiszący nad telewizorem. Z jakiegoś powodu zapamiętałam godzinę sprzed utraty świadomości, więc zauważam, że byłam nieprzytomna około dziesięciu minut. Dalej wodzę wzrokiem po pokoju i wzdrygam się, gdy w jednym z kątów zauważam mężczyznę przekopującego wcześniej biurko Raphaela. Nie spuszcza ze mnie wzroku swoich. Chwilę później przychodzi drugi zbir, pewnie ten, który mnie uderzył. Również ma na sobie kominiarkę, ale to jedyna, co łączy tych dwóch. Ten, który właśnie przyszedł, wydaje się młodszy od swojego towarzysza. Ma także smuklejszą sylwetkę. Jego oczy są jasne, jakby niebieskie. Trochę podobne do oczu Raphaela, ale w tych widzę okrutne błyski, które tylko potęgują moje przerażenie. Czekam w bezruchu na dalszy bieg wydarzeń.
Nagle słyszę jakieś wibracje. Okazuje się, że to mój telefon, który znajduje się aktualnie w ręce starszego zbira.
- Znowu – mruczy pod nosem i z irytacją wyciąga baterię z telefonu. Ten drugo natomiast podchodzi do mnie i kuca. Jest tak blisko, że czuję bijące od niego ciepło.
Serce wali mi jak szalone, a oddech przyspiesza jeszcze bardziej, kiedy podnoszę wzrok na mężczyznę i widzę jego zimne oczy wpatrujące się prosto w moje. Zaczynam zastanawiać się, dlaczego jeszcze nie krzyczę? Wtedy zdaję sobie sprawę z tego, że nie mogę. Zakneblowali mnie.
- Podnieś ją – pada krótki rozkaz i tęższy włamywacz zbliża się, łapie mnie za ramiona i podciąga go góry, abym mogła stanąć. Szczuplejszy również staje na rozstawionych nogach i krzyżuje ramiona na piersi.
- A teraz zapytamy cię, co wiesz – zaczyna cichym, pozornie miłym tonem – Zaraz wyjmę ci knebel. Tylko nie krzycz, bo zrobi się nieprzyjemnie – dotyka swojego paska, przy którym ma pewnie jakąś broń. Następnie robi to, co zapowiedział i mogę już mówić. To znaczy, mogłabym, gdyby nie paraliżował mnie strach.
- No dalej – mówi włamywacz tym samym, spokojnym tonem. Naprawdę wolałabym, żeby wrzeszczał – Nie chcesz? W porządku. W takim razie zacznę odliczać. A jak skończę… - na jego twarzy pojawia się sadystyczny uśmiech – Dziesięć… dziewięć…
Zamykam oczy i modlę się o cud. Nie potrafię wydusić z siebie ani słowa. Nawet nie wiem, o co mu chodzi! Po policzkach ciekną mi łzy. Przerażona czekam, aż odliczanie się skończy.
***
Wziąłem auto Leonarda i pojechałem do domu. Poruszałem się po bocznych drogach, co zajmowało mi więcej czasu, niż jazda przez miasto, ale przynajmniej minimalizowałem ryzyko powstania problemów związanych z zatrzymaniem przez patrol policji za przekraczanie prędkości i oczywiście brak prawa jazdy.
Gdy zaparkowałem przed blokiem i zobaczyłem ciemne auto nadal stojące na parkingu, poczułem ukłucie niepokoju. Chciałbym, żeby moje przeczucia okazały się mylne, ale coś podpowiadało mi, że nie był to zwykły samochód. Wszedłem na klatkę mając nadzieję, że wszystkie te czarne scenariusze, które miałem w głowie, to tylko wytwory mojej wyobraźni niemające pokrycia w rzeczywistości.
***
- Trzy… dwa… jeden…
Zamieram i czekam na to, co ma się wydarzyć. Przez sekundę nic się nie dzieje, a potem słyszę huk, jednak nie jest to dźwięk wydawany przez żadną broń. To brzmi raczej jak drzwi popchnięte na ścianę z dużą siłą. Słyszę także jakąś szamotaninę i okrzyki bólu. Przepychanka trwa jakąś chwilę, następnie do moich uszu docierają przekleństwa i szybkie, oddalające się kroku. Po tym nastaje cisza.
Oczy nadal mam zaciśnięte. Nagle ktoś mną delikatnie potrząsa. Wtedy jakby otrząsam się i zaczynam krzyczeć.
- Zostaw mnie! Zabieraj łapy, won!
- Rinelle – mówi bandyta głosem bardzo podobnym do Raphaelowego – Rinelle, to ja!
Otwieram lekko oczy, żeby przekonać się, czy to prawda. Tak, to on! Dopiero teraz dociera do mnie, jak bardzo się bałam.
Raphael bierze mnie pod brodę i zmusza, abym skupiła wzrok na nim.
- Rinelle – mówi miękko, choć stanowczo – Posłuchaj mnie teraz. Za chwilę cię rozwiążę i zadzwonimy na policję. Nie masz się już czego bać, tamci dwaj uciekli. Już wszystko w porządku.
- Tak, ale… ja nie… bo oni… to było – nie potrafię się jeszcze uspokoić.
- Spokojnie, nic nie mów – chłopak stara się mówić kojącym tonem, jednak wyczuwam w nim napięcie – Gotowe, jesteś wolna. Dasz radę sama wstać?
Kiwam głową, jednak wkrótce okazuje się, że ledwo stoję na nogach, więc brunet mi pomaga.
- Czy coś ci zrobili? – pyta, ale ja nie jestem w stanie odpowiedzieć – Rinelle, czy tamci dwaj zrobili ci jakąś krzywdę?
Wobec mojego dalszego milczenia Raphael chyba sam postanawia odpowiedzieć sobie na pytanie. Nachyla się i zaczyna szybko przesuwać dłońmi po moim ciele, aby znaleźć ewentualne obrażenia. Z jakiegoś powodu działa to na mnie jak płachta na byka.
- Ej, łapy przy sobie! To, że właśnie uratowałeś mnie przed jakimiś bandytami nie oznacza, że możesz sobie pozwalać!
- Dobrze, już w porządku! – chłopak gwałtownie się odsuwa i unosi ręce do góry – Chyba nic poważnego ci nie dolega.
- Uderzyli mnie w głowę i straciłam przytomność – skarżę się.
- Czyli oprócz policji potrzebna będzie też karetka. Już dzwonię.
- Czekaj – przerywam mu. – Weź… Zabierz mnie stąd. Ja… nie chcę tu być.
- W takim razie idziemy na zewnątrz. Możesz dać mi rękę, jeśli ci to pomoże.
Z wdzięcznością przyjmuję jego propozycję i schodzę z nim na dół.
Policja z karetką przyjechały w kilka minut. Siedzę właśnie na ławce przed blokiem, troskliwie owinięta kocem przez jednego z ratowników. Jakieś kilkanaście metrów ode mnie, tuż przy wejściu do budynku stoi dwóch funkcjonariuszy, trzeci poszedł na górę z Raphaelem coś sprawdzić, a czwarty siedzi obok mnie i zadaje pytania na temat tego całego zajścia, jak to określił. Staram się skupiać na zadawanych przez mężczyznę pytaniach, ale zbyt dużo myśli i emocji we mnie buzuje. Mieszankę strachu, adrenaliny i ulgi dopełniają wątpliwości. Dlaczego to się stało? O co im chodziło? Bo przecież chyba nie była to zwykła kradzież, skoro pytali mnie, co wiem.
Właśnie udzielam kolejnej odpowiedzi policjantowi, gdy nadchodzi Raphael.
- Czy mógłby pan dać jej chwilę odpocząć? – pyta funkcjonariusza.
- Młody człowieku – odzywa się mężczyzna protekcjonalnie – Robię to, co do mnie należy, więc nie…
- Tak, oczywiście – przerywa mu chłopak – Tyle, że ona jest teraz w szoku, nie sądzi pan? Na pewno powie więcej, jeśli dacie jej chwilę.
- Wiadomości trzeba zbierać na gorąco, panie… - policjant ostentacyjnie czeka, aż jego rozmówca się przedstawi.
- Cortez – rzuca brunet – A teraz proszę ją w końcu zostawić – w jego oczach dostrzegam ostrzegawczy błysk.
Mężczyzna próbuje jakoś zapanować nad sytuacją, jednak fakt, iż jest niższy od Raphaela o mniej więcej głowę, szybko ostudza jego zapał i funkcjonariusz oddala się mrucząc coś pod nosem.
Przenoszę wzrok na Raphaela, który przyklęka, aby znaleźć się na moim poziomie.
- I co powiedzieli? – ruchem swojej głowy wskazuje na moją.
- Wszystko jest w porządku, będę miała tylko guza – silę się na pogodny ton.
- To dobrze – chłopak przygląda mi się ze zmarszczonymi brwiami. Nawet nie próbuje udawać rozluźnionego.
- Ja… Nie zdążyłam ci nawet podziękować – odzywam się po chwili – Bo gdyby nie ty, to… nie wiem, czy bym mogła teraz z tobą rozmawiać.
- Nie dziękuj.
- Jesteś teraz zbyt skromny.
- Tu wcale nie chodzi o moją skromność – rzuca brunet ostrzej – Po prostu… Nie dziękuj mi.
- Jak sobie chcesz - jego słowa wydają mi się dziwne, ale jednak Raphael to Raphael – W każdym razie mam u ciebie dług.
- Przestań – mówi, przeciągając drugą sylabę – Skończmy ten temat, dobrze?
- Jak sobie chcesz – powtarzam.
- Cieszę się – chłopakowi jakby ulżyło – Mam nadzieję, że odpoczęłaś, ponieważ tamten miły policjant już wraca. Ja też będę musiał odpowiedzieć na kilka pytań. To… do zobaczenia na górze, co? – po tych słowach odchodzi.
Tak to właśnie jest. Kiedy zaczyna przejawiać jakieś ludzkie odruchy, nagle się wycofuje i odchodzi, a ja nic nie rozumiem.
Ponowne przyjście nadgorliwego funkcjonariusza przyjmuję z westchnięciem. Staram się udzielać konkretnych odpowiedzi, jednak gdzieś tracę mój chwilowy spokój i nie mogę się skupić. Myśli znowu zaczynają mi krążyć wokół wydarzeń sprzed pół godziny, przez co cichnący wcześniej niepokój zaczyna ponownie narastać.

***

Po wydarzeniach dzisiejszego dnia nie mogę zasnąć. Jest środek nocy, a ja przewracam się z boku na bok w moim łóżku. Kiedy tylko próbuję zmrużyć oko, w mojej głowie pojawia się obraz włamywaczy i mam wrażenie, że zaraz wejdą przez drzwi i wpadną tutaj z bronią. Wiem, że to irracjonalny strach, ale nie umiem się go pozbyć.
Robię wdech i odrzucam kołdrę. Na paluszkach podchodzę do drzwi i wychylam głowę na korytarz. Pusto. Oddycham z ulgą, jednocześnie wiedząc, że nie mam ku temu powodu. Nasłuchuję jeszcze dla pewności. Cisza, żadnych podejrzanych dźwięków. Przechodzę szybko do kuchni, a następnie próbuję jak najciszej zrobić sobie kakao. Miałam nadzieję, że ono pomoże mi zasnąć, jednak po jego wypiciu nie jestem ani trochę bardziej senna niż wcześniej, może tylko jest mi cieplej.
Nie chcę teraz wracać do sypialni. I tak nie zasnę. Myślę, co by tu jeszcze zrobić, aby poczuć się choć odrobinę zmęczona i wtedy wpada mi do głowy pewien pomysł. Może porozmawiam z Raphaelem? Nie, to byłoby samolubne, tak go budzić w środku nocy. Do tego pewnie by na mnie nakrzyczał. Chociaż z drugiej strony lepsze to niż bezsenna noc z ciągłymi napadami strachu. Może jednak ten jeden raz nic się nie stanie, jeśli będę trochę samolubna? Mam nadzieję, że nie.
Wkładam kubek do zlewu i wycieram usta w ścierkę, a następnie idę do pokoju chłopaka. Drzwi ma przymknięte. W pierwszym odruchu chcę je delikatnie pchnąć, ale wtedy przypominam sobie o pewnej zasadzie. To było jakoś tak, że jeśli otworzyłabym drzwi powoli, zaskrzypiałaby by. Natomiast gdybym zrobiła to szybko, to dźwięk stanie się bardzo wysoki, niesłyszalny dla ludzkiego ucha. Wobec tego zdecydowanie uchylam drzwi na tyle, żebym mogła się przez nie przecisnąć. Podchodzę do łóżka Raphaela. Wydaje się taki spokojny. Twarz ma rozluźnioną, oddycha miarowo, normalnie jak nie on. Chyba jednak żal mi go budzić. Już wychodzę, kiedy nagle potykam się o coś leżącego na podłodze i upadam, robiąc przy tym tyle hałasu, że spokojnie obudziłabym trupa, gdyby jakiś był w pobliżu. A Raphael nie jest nieboszczykiem i sen ma, jak widać, o wiele lżejszy, ponieważ od razu zrywa się na równe nogi.
- Co do… - rozgląda się całkiem przytomnym wzrokiem po pokoju – Ach, to ty – mówi z ulgą widząc mnie podnoszącą się z ziemi – Zaraz, co ty tutaj robisz?
- Wiesz, no bo ja… - zacinam się, ale chłopak przypatruje mi się wyczekująco – Ja… nie mogłam spać i… no, pomyślałam… nie chciałam…
- Nie chciałaś być sama – kończy za mnie brunet. Nadal mi się przypatruje. Nawet w półmroku widzę jego przeszywające, jasno-błękitne oczy.
- Właśnie i chciałam cię obudzić, ale… - bawię się palcami – No, uznałam, że byłoby to trochę nie w porządku, tak spokojnie spałeś…
- I dlatego uznałaś, że należy wyjść z mojej sypialni z gracją ślepego niedźwiedzia, tak? – mówi to pozornie bezbarwnym tonem, jednak wydaje mi się, że hamuje mały przypływ wesołości.
- To wcale nie jest śmieszne – obruszam się. Mój strach naprawę go tak bawi?
- Masz rację. To byłoby śmieszne, gdyby nie to, że nie jest – Raphael nadal zachowuje kamienną twarz, ale ja parskam wbrew sobie.
- Przecież to wcale nie jest śmieszne, sama tak powiedziałaś – droczy się ze mną, chociaż wiem, że najpewniej chodzi mu o zajęcie mnie czymś innym niż wydarzenia sprzed paru godzin.
- Dziękuję – mówię cicho – No wiesz, za to wszystko. Gdybyś nie przyszedł, mogłoby być ze mną kiepsko.
- Ano mogło.
Przez chwilę siedzimy w milczeniu. Czuję, że powinnam już wyjść, ale jakoś wcale nie mam na to ochoty. Tyle, że wypadałoby już jednak dać chłopakowi spokój.
- To... może ja już pójdę – zbliżam się do drzwi – I… jeszcze raz dziękuję.
- Rinelle – zatrzymuje mnie Raphael – Chcesz spać ze mną?
Sztywnieję. Że co?! Już mam mu nawrzucać za taką propozycję, kiedy uświadamiam sobie, że w zasadzie tego właśnie potrzebuję. Drugiego człowieka, poczucia, że nie jestem sama. Wobec tego nic nie mówię, ale za to moje policzki przybierają kolor dojrzałego pomidora.
- Idź po swoją kołdrę – chłopak najwyraźniej bierze moje milczenie za potwierdzenie.
Ja jednak nadal się nie ruszam. Patrzę na jego twarz doszukując się w tym wszystkim jakiegoś podtekstu alb0 kpiny, jednak nic takiego nie dostrzegam. Dopiero wtedy idę po moją pościel. Kiedy wracam, kołdra Raphaela jest już rozłożona na podłodze,
- Na łóżku byśmy się nie zmieścili, a na spanie osobno nie ma wystarczająco rzeczy do przykrycia – tłumaczy Raphael i kładzie się na swojej kołdrze przykrywając moją. Idę w jego ślady. Jest mi całkiem wygodnie. Pewnie dlatego, że jestem przyzwyczajona do spania na podłodze. Jako mała dziewczynka robiłam to bardzo często, bo, paradoksalnie, uważałam swoje łóżko za wyjątkowo niewygodne. Układam się więc jak najwygodniej potrafię i mówię:
- Dobranoc.
- Dobranoc – odpowiada brunet i odwraca się do mnie plecami. Ja robię to samo.
Łączy nas jedna, czy raczej dwie kołdry, dzieli prawie pół metra. A jednak po raz pierwszy od momentu naszego poznania jesteśmy (nie tylko dosłownie) tak blisko. I pewnie po raz ostatni.

czwartek, 20 października 2016

Rozdział 5

5.

Kurczę. Wczoraj był ostatni dzień ferii zimowych, a ja nadal szukam pracy. Problem w tym, że prawie wszystkie oferty w gazetach dotyczą posady księgowego czy innego menedżera, a bez studiów raczej nie mam na to szans. Czyli kiepsko.
Takie czarne myśli przychodzą mi do głowy, kiedy rano, już ubrana, myję zęby. Nagle drzwi do łazienki otwierają się gwałtownie i staje w nich mój ulubiony świr. I wszystko byłoby normalne (jak na niego, oczywiście), gdyby nie to, że trzyma jedną rękę na oczach.
- Yyy… Mogę jakoś pomóc? – pytam skonfundowana.
- Nie, raczej ja tobie – odpowiada on.
- Aha, a… z tą ręką to tak wszystko okej?
- A dlaczego miałoby nie być okej?
- No wiesz, zwykle ludzie chodzą z otwartymi oczami.
- Gdybym wszedł tutaj, jak mówisz, z otwartymi oczami, ryzykowałbym, że zastanę cię w chwili, w której nie chciałabyś, żebym cię zastawał.
To po jaką cholerę wchodziłeś, myślę. Mogłeś przecież zwyczajnie zapukać, geniuszu.
- Nie masz się czym przejmować – mówię – Jestem kompletnie ubrana, jeśli o to ci chodzi. A w przyszłości po prostu pukaj. Wtedy albo pozwolę ci wejść, albo nie.
Na to on macha tylko ręką, którą przed chwilą wreszcie ściągnął z oczu.
- Dobra, nieważne. Tak naprawdę to przyszedłem do ciebie z pewną propozycją.
Trochę się boje, co znowu wymyślił.
- Tak? A jaką?
- Podobno szukasz pracy – bardziej stwierdza niż pyta Raphael – To aktualne?
- Aha… - odpowiadam ostrożnie.
- No to sprawa załatwiona.
- Jak to?
- Znajomy prowadzi księgarnię i szuka akurat osoby do pomocy. Praca łatwa, miła i przyjemna, trzeba tylko rozkładać książki na półkach, pomagać klientom i od czasu do czasu pobawić się w papierologię. Nawet ty sobie poradzisz – kiedy wypowiada ostatnie zdanie, zauważam na jego twarzy niemal niedostrzegalny drwiący uśmiech.
Pewnego dnia, gdy zaśnie, ogolę go na łyso. Na razie jednak udam, że niczego nie zauważyłam. Na razie.
- To świetnie. Kiedy zaczynam?
Chłopak patrzy na zegarek na swoim nadgarstku i odpowiada:
- Masz trzydzieści siedem minut.
- Że co?! – szeroko otwieram oczy – Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym wcześniej?!
- A po co miałem mówić? W stresie człowiek mobilizuje się szybciej – wzrusza ramionami mój współlokator. Mój już-prawie-ogolony-na-łyso współlokator.
Wzdycham poirytowana, jednocześnie czując coś na kształt wdzięczności do Raphaela, za to, że mi pomaga. A właśnie, dlaczego on to w ogóle robi?
- Mogę zadać ci pytanie? – zwracam się do chłopaka.
- Właśnie to zrobiłaś – zauważa gburowato. Zmuszam się, aby to także zignorować.
- Czemu załatwiasz mi tą pracę?
Oczekuję, że opowie mi, jak to go wzruszył mój ciężki, pustoportfelny los i postanowił wielkodusznie mi pomóc, ponieważ troszczy się o mnie, tak zacną i cudowną osobę.
- Ktoś musi płacić połowę rachunków – stwierdza bezdusznie – A im szybciej, tym lepiej.
Wiecie co? Mógłby czasem skłamać. Wtedy sprawiałby chociaż wrażenie, że posiada coś w rodzaju serca.
- Aha, bardzo… praktyczne podejście do tematu – nie udaje mi się wymyślić inteligentniejszej odpowiedzi. Poza tym, walczę z pokusą, aby nie wywrócić oczami – Dziękuję – dodaję jeszcze.
- Pewnie powinienem powiedzieć, że nie ma za co, ale nie widzę powodu, żeby kłamać- mówi Raphael z kamienną twarzą. Moja tylko przybiera czerwony kolor – W porządku. To ty się zbieraj, a ja poczekam w samochodzie – rzuca brunet nakładając kurtkę.
- Zaraz, zaraz – zatrzymuję go w drzwiach – Jedziesz ze mną? – jakoś niespecjalnie mi się ten pomysł podoba.
- Przecież właśnie to powiedziałem, czyż nie? – odpowiada on, jaz zwykle arogancko. – Poza tym, ktoś musi tłumaczyć twoją prymitywną mowę ludziom cywilizacji – pan Idiota-Do-Wynajęcia przybiera postawę agresja minus dziesięć. Problem w tym, że w moim przypadku ta wartość wzrosła dwukrotnie.
- Ja… cię… ty… uhg! – mam ochotę przerobić go na uroczy zestaw wypoczynkowy do salonu. Chcę mu to właśnie zakomunikować, jednak on zatyka mi usta swoją durną łapą i mówi:
- Spokojnie, nie pałaj taką żądzą krwi, bo się zmęczysz – po tych słowach zabiera ręce i wychodzi na klatkę schodową, zostawiając mnie sparaliżowaną z oburzenia,
Policzę teraz do dziesięciu, może nawet do jedenastu i dopiero jak skończę, to pójdę do auta. Jeśli podczas podróży do księgarni nie urwę łba temu zarozumiałemu, infantylnemu, zidiociałemu, zchamiałemu debilowi, to można to będzie nazwać sukcesem.
***
Uff, stoimy już pod księgarnią. Podczas jazdy nie zdekapitowałam Raphaela, więc mogę być dumna ze swojej silnej woli. Ale wróćmy do bieżących wydarzeń.
Ja szukam miejsca do zaparkowania, a Raphael już wyskakuje z auta i szybkim krokiem idzie do budynku.
Yes! Puste miejsce! Skoro tylko udaje mi się zaparkować, wysiadam z auta i kieruję się w stronę księgarni, gdzie…
No nie. Chyba jestem chora, ponieważ dwoi mi się w oczach. Przy ladzie stoją dwaj młodzi mężczyźni. Jednym z nich jest Raphael, a drugim… Cóż, obydwaj wyglądają bardzo podobnie. Tylko tak jakby kolory im się odwróciły. Raphael ma włosy czarne, a ten drugi (roboczo nazwijmy go Gem) ciemno-blond. Karnacja Gema jest dość ciemna, choć nie wygląda na sztuczną opaleniznę. Także jego oczy są ciemno-brązowe, jak w przypadku bruneta, szaro-błękitne. Obu chłopaków różni (choć nieznacznie, to jednak) postura. Każdy z nich ma smukłą, delikatnie ale wyraźnie umięśnioną sylwetkę, jednak Gem jest trochę wyższy i nieco szerszy w barach od Raphaela. Przyznaję także, z pewną dozą niechęci, że obaj są całkiem przystojni, chociaż każdy na swój sposób.
- To właśnie Rinelle – przedstawia mnie Raphael, tym samym przerywając moje rozmyślania.
- Miło mi - mówi blondyn wyciągając rękę i uśmiechając się do mnie przyjaźnie – Mam na imię Leonard.
Hm… To mi coś przypomina, ale nie do końca wiem co.
- Hej – odpowiadam uśmiechem – Ja jestem Rinelle, ale mów mi po prostu Rin.
Leonard, Leonard, no gdzieś dzwoni, ale nie wiem, w którym kościele.
- Bardzo się cieszę, że będę miał kogoś do pomocy. Nawet nie uwierzysz, jaki tu czasem panuje bałagan.
Ma rację. Nie wierzę. W księgarni panuje absolutny i porządek. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby kiedykolwiek było tu inaczej. Ale Leonard… Coś mi już chyba świta…
- Czyli mieszkasz z moim małym braciszkiem? – zagaja Leonard.
Dopiero po chwili dociera do mnie sens jego słów.
- Eee… braciszkiem? – pytam odrobinę zbyt wysokim tonem.
- Aaa, Raphael nic ci nie mówił, co? – blondyn spogląda na swojego… brata, a ten w odpowiedzi posyła mu tą minę. – No tak, to do niego podobne. Pozwól więc, że ja ci to wytłumaczę. Jak już wcześniej wspomniałem, Rafito jest moim młodszym bratem. Podobieństwo chyba widać, nawet mimo różnic w kolorach – Ciągnie dalej Leo (jest taki miły, że chyba mogę go tak nazywać) – Jednakże Raphael posiada osobowość trochę, hm… introwertyczną, ja za to cenię sobie miłe towarzystwo – kolejny promienny uśmiech. Czy mi się wydaje, czy on ze mną flirtuje?
Na razie nie doszukałam się w Leonardzie żadnej widocznej wady. Robot jakiś czy co?
- Okej, dość już tej uprzejmości – przerywa nam Raphael – Ja już sobie pójdę, a wy zabierzcie się do pracy. Aha, i pamiętaj – zwraca się do brata – Nie każdy zniesie twój uroczo-słodki charakter – krzywi się w kpiącym uśmiechu i wychodzi.
A ja zostaję z Panem Uroczo-Słodkim. Sama. Jakoś dziwnie się czuję ze świadomością, że będę z jakimkolwiek krewnym Raphaela w stosunkowo niewielkiej przestrzeni. Trochę to przerażające. Ale z drugiej strony może dowiem się czegoś o Leonardzie. I oczywiście o jego ukochanym młodszym braciszku.
- To… od czego mam zacząć? – pytam.
- Cóż.. – Leo w zamyśleniu pociera podbródek – O, już wiem! Widzisz te kartony, tam, za ladą? – pyta, a ja potakuję – Książki z pierwszego rozłóż na regale obok okna, a resztę zanieś do magazynu.
- Jasne, zaraz się tym zajmę! – moja próba udawania entuzjazmu jest nieco zbyt… entuzjastyczna.
Podchodzę do pierwszego pudła i zaczynam je rozpakowywać. Ech, gdyby to nie była moja praca… Spędziłabym tu cały dzień czytając wszystko, co wpadnie mi w ręce. Ale jak to się mówi, służba, nie drużba.
***
No, koniec. To znaczy, prawie koniec. Przed chwilą wyszedł ostatni klient, ale trzeba jeszcze posprzątać i pozamykać. I to chyba będzie najmniej ekstremalne zajęcie, jakie dzisiaj zrobiłam. A co takiego ciekawego miałam do roboty? Już mówię.
1. Rozładowanie pięciu wielkich, wypełnionych po brzegi książkami pudeł. Z tym uwinęłam się w jakieś dwie godziny, mimo monstrualnych gabarytów niektórych tomów.
2. Bitwa z ekspresem do kawy, który nie dość, że postanowił nie robić tej kawy, to jeszcze psykał i syczał na mnie, a ilekroć próbowałam go wyłączyć, kopał mnie prądem.
3. Starcie ze staruszką, której nie udało mi się wytłumaczyć, że książka pod tytułem „Historia motoryzacji” to nie katalog skuterów dla seniorów.
4. Opanowaniu dwóch smarkaczy, którzy bawili się w bombowce, rozwalając przy tym dział książek dla dzieci (ja nie wiem co im matka zrobiła, zamiast ich wychować).
W sumie to nie było tak źle, ale jak na pierwszy dzień pracy to zbyt dużo atrakcji dla mnie.
Właśnie nadchodzi Leonard, który w zasadzie cały dzień był w swojej pracy (okazuje się, że to księgarnia jego matki, a on tylko zajął się zatrudnieniem pomocy). Myślę, że nadszedł czas na podpytanie go.
- Co tam, zmęczona? – zagaduje chłopak.
- Tylko trochę – uśmiecham się odrobine krzywo na wspomnienie braci-bombowców.
- Masz prawo, spisałaś się dzisiaj – odwzajemnia uśmiech – Nie każdemu udaje się to w pierwszy dzień – opiera się łokciami o ladę.
Kolejny raz odnoszę wrażenie, że próbuje na mnie swojego czaru.
- Jedziesz gdzieś po pracy? – pyta – Chętnie cię podwiozę.
Okej, teraz to już jestem pewna, że stara się mnie poderwać. A może mi się jednak wydaje…
- To bardzo miłe, dziękuję – powstrzymuję się od nawijania włosów na palec i trzepotania rzęsami. Nieładnie byłoby naśmiewać się z własnego szefa. – Dam sobie radę. A… mogę o coś zapytać? – zmieniam temat.
- Jasne – odpowiada Leonard. Raphael na jego miejscu powiedziałby „właśnie to zrobiłaś”.
- Gdzie tak w ogóle pracuje twój brat? Mieszkam z nim już jakiś czas, a praktycznie nic o nim nie wiem – to nie do końca prawda. Wiem przecież, że Raphael jest nadętym i przemądrzałym narcyzem. Ale może jednak przemilczę ten fakt.
- Gdzie on pracuje, tak? – chłopak marszczy brwi – Łatwiej byłoby wymienić miejsca, w których nie pracuje. Restauracja, kino – miał mnóstwo dorywczych prac, ale z tego co wiem, udziela teraz korepetycji i tłumaczy książki jakiemuś wydawnictwu.
- Czyli taki człowiek pracujący, żadnej pracy się nie boi, co? – żartuję. – Ale czekaj, mówiłeś, że coś tłumaczy. Studiował jakiś język?
- Nie do końca – kręci głową blondyn – Jesteśmy jakby… dwujęzyczni.
- Rozwiniesz? – chyba domyślam się, o co chodzi, ale wolę być pewna.
- Bo widzisz, z nami to jest tak: nasza matka pochodzi stąd, dokładnie z tego miasta. Natomiast tata jest Hiszpanem – wydaje mi się, że na wspomnienie o rodzicach przez jego twarz przemyka cień, ale może to być tylko przywidzenie – Obaj z bratem urodziliśmy się właśnie w Hiszpanii, tam też chodziliśmy do podstawówki. Dopiero od jakichś dziesięciu lat mieszkamy tutaj. Tak więc siłą rzeczy mówimy w dwóch językach. Dodam, że całkiem biegle – kolejny uśmiech.
No dobrze, to tłumaczy parę rzeczy. Na przykład ich wygląd. Chciałabym zadać jeszcze kilka pytań, ale mój wzrok pada na zegar wiszący na ścianie, co uświadamia mi, że czas już iść do domu.
- To co, zamykamy? – pytam.
- Tak, tylko wezmę parę rzeczy z zaplecza – słyszę w odpowiedzi – Jak chcesz, możesz czekać przed samochodem.
- Super, dzięki – mówię i zostawiam klucze wyciągnięte z kieszeni na blacie, po czym wychodzę na zewnątrz.
***
Zmierzcha już, kiedy parkujemy przed blokiem. Wysiadam z auta. Ku mojemu lekkiemu zdumieniu okazuje się, że Leonard robi to samo.
- O, czyli będziesz dzisiaj na kolacji? – cieszę się, ponieważ po raz pierwszy od dłuższego czasu nie musiałabym jeść sama albo w towarzystwie milczącego zarozumialca spożywającego w tempie szalonej wiewiórki z ADHD.
- Niestety nie, wpadnę tylko na chwilę, żeby zamienić kilka słów z Raphaelem – mówi chłopak przepraszającym tonem.
- Nie ma sprawy – odpowiadam, choć trochę mi szkoda.
Po wejściu do mieszkania zastajemy Raphaela krzyczącego coś po hiszpańsku do telefonu. Chyba nie jest to rozmowa, a jedynie ostry monolog, bo z kilku słów, które udaje mi się zrozumieć, wynika, że głównie kogoś wyzywa. Zawsze wydawało mi się, że hiszpański to taki radosny język. Teraz, w ustach najwyraźniej wściekłego Raphaela brzmi raczej groźnie.
Nie wiem, jak mam zareagować, więc tylko stoję przy drzwiach. Leonard natomiast wydaje się być przyzwyczajony do takich sytuacji, ponieważ podchodzi do brata i mówi cicho do niego coś uspokajającego, po czym bierze mu z ręki telefon. Chwilę rozmawia, już nie po hiszpańsku, więc rozumiem, że usprawiedliwia Raphaela i przeprasza osobę po drugiej stronie. Najwyraźniej ta osoba jest bardzo wzburzona, ponieważ chłopak w końcu trochę już poirytowany mówi:
- Tak, wiem, że niczego nie zrozumiałaś, ale uwierz mi, to dobrze, bo on się tylko uzewnętrzniał – po tych słowach rozłącza się, a następnie wychodzi z bratem na klatkę schodową. To znaczy, blondyn wychodzi, a brunet  wypada jak z procy.
Podchodzę do okna i wyglądam na podwórko. Po chwili widzę na nim Raphaela i Leonarda. Ten pierwszy jest bardzo rozdrażniony, cały czas intensywnie gestykuluje i chyba krzyczy na brata. Ten z kolei stara się go uspokoić, choć widać, że również jest poruszony. Następnie bierze Raphaela za ramiona i patrząc mu prosto w oczy wypowiada kilka słów, które najwyraźniej ostudzają gniew chłopaka. Teraz starszy z braci przytula młodszego, który jednak wyplątuje się z uścisku niemal momentalnie i po machnięciu Leonardowi ręką wraca do budynku.
Odskakuję od okna i idę do przedpokoju. Kiedy wchodzi Raphael, pytam:
- Coś się stało?
- Nie, wcale, nie widzisz, że tryskam humorem? – warczy on.
- Może jednak jestem w stanie jakoś ci pomóc? – nie daję zbić się z tropu.
- Nie, nie jesteś – odpowiada gniewnie chłopak – Czy mogłabyś przestać zachowywać się jakbym miał trzy lata? Nie każdy problem da się rozwiązać oklepanym tekstem z głupiego amerykańskiego filmu.
Tego już za wiele.
- Ej, to, że masz jakieś kłopoty, nie oznacza, że wolno ci tak do mnie mówić – denerwuję się – Wyobraź sobie, że nie cały świat kręci się wokół ciebie. Spytałam dlatego, że naprawdę chciałam coś zrobić, żebyś poczuł się lepiej. A wiesz dlaczego? Bo się o ciebie martwię, tak samo, jak martwiłby się każdy normalny człowiek na moim miejscu. Ty, jak widać, nie potrafisz tego docenić – dodaję z nutą żalu w głosie.
Raphael wygląda tak, jakby chciał powiedzieć coś obraźliwego, jednak w ułamku sekundy jego twarz łagodnieje.
- Masz rację – mówi spokojnie, czym wprawia mnie w zdumienie. Nie tego się spodziewałam.
- Słucham? – mrugam kilka razy oczami.
- Masz rację – powtarza chłopak – Rzeczywiście nie zasłużyłaś sobie na takie słowa z mojej strony. Wybacz.
- W porządku, przyjmuję przeprosiny – odpowiadam, po czym robię rzecz, której chyba nie przemyślałam.
Delikatnie przytulam Raphaela. Ten napina się cały, jakby szykował się na coś nieprzyjemnego, jednak po chwili rozluźnia się, mimo, że nie odwzajemnia objęcia.
- Ja… dziękuję – mówi, gdy się odsuwam, jednak ma przy tym taki wyraz twarzy, że nie wiem, czy to naprawdę, czy po prostu nie wie co innego powiedzieć.
- Nie ma za co – odpowiadam – I, wiesz, chciałabym, abyś wiedział, że jeśli masz potrzebę pogadać to… no, jestem obok i zawsze wysłucham.
- Będę pamiętał – odpowiada brunet – Ale teraz jedyna konwersacja, na jaką mam ochotę to ta z moją własną poduszką. Dobranoc, Rinelle. I… - nie dowiaduję się, co miało nastąpić po „i”, ponieważ w tym momencie Raphael macha ręką w nieokreślony kierunku i idzie do swojej sypialni. Ja zresztą robię to samo.
W łóżku długo nie mogę zasnąć, więc rozmyślam nad tym, co też mogło tak poruszyć Raphaela. Nie znałam go jeszcze z tej strony. Praktycznie rzecz biorąc, prawie w ogóle go nie znam. Mimo to chcę mu pomóc, chcę, żeby poczuł się lepiej, ponieważ… lubię go.
W końcu zasypiam, jednak przeczucie, że dzieje się tu coś dziwnego, nie opuszcza mnie aż do zapadnięcia w sen.
***

Zaczekałem, aż Rinelle zaśnie i wyszedłem przed blok, gdzie umówiłem się z Leonardem, po raz drugi tego wieczoru. Mimo panującego półmroku, zauważyłem go niemal od razu.
- Co robimy? – zapytałem, gdy tylko się zbliżył.
- Nic, czekamy, co powie Eriksson.
- Oby tylko nie trwało to zbyt długo.
Znałem dowódcę Oriona odkąd sięgałem pamięcią. Jego reakcja zawsze była szybka, ale w tej sytuacji liczył się każdy dzień, każda godzina.
- Raphaelu – odezwał się mój brat – Popatrz na mnie. Działamy razem z Orionem – powiedział z naciskiem – Razem, rozumiesz?
- Oczywiście, że tak. Masz mnie za idiotę? – warknąłem.
- Dobrze wiesz, że nie. Po prostu często działasz… impulsywnie. A to jest niewskazane.
Mimo, że Leonard był jak zwykle irytująco uciążliwy, doskonale rozumiałem, o co u chodziło.  Choć nigdy nie lubiłem działać w zespole, ten jeden raz musiałem się przemóc.
- Rozumiem. Jeśli to wszystko, to myślę, że możesz wracać do domu – wyczerpałem już limit na konieczne rozmowy tego dnia. Wiedziałem, że mówiąc to sprawiłem mu przykrość, czy raczej spowodowałem u niego zrezygnowane rozczarowanie, ponieważ zdążył się już przyzwyczaić do mojego zachowania przez te dwadzieścia jeden lat.
- W takim razie do zobaczenia, braciszku – odparł z westchnieniem Leonard.
I odszedł.
Ja też wróciłem do domu. Po drodze do swojej sypialni sprawdziłem tylko, czy Rinelle nadal śpi. Na szczęście tak. Ostatnim, co chciałbym teraz robić, było zwierzanie się jej z moich problemów.
Chwilę później leżałem już w łóżku i zmusiłem się do zaśnięcia.

niedziela, 9 października 2016

Rozdział 3 i 4

3

Już od kilku dni mieszkam z Raphaelem. Od tamtej kłótni dość mało ze sobą rozmawiamy, ale jemu wydaje się to nie przeszkadzać. Ja natomiast ubolewam nad tym, że jedyna osoba, do której mogę gębę otworzyć, jest… antypatyczna i aspołeczna, delikatnie mówiąc.
Od dłuższego czasu szukam sobie także jakiejś pracy. Kelnerka? Czemu nie, chociaż przeszkodę może stanowić u mnie problem z koordynacją ruchową. Niania? Nie, jak lubię dzieci, tak cały czas bałabym się, że może im się coś przeze mnie stać.
Okej. Muszę to jeszcze przemyśleć.
Po całodniowym przeglądaniu ofert pracy (ja) i miotaniu się po domu w niewiadomym celu, wyjąwszy parogodzinną przerwę na wyjście dokądś (Raphael), jedno głośnie uznajemy, że możemy włączyć telewizję. Rozsiadam się więc (względnie) wygodnie w kanciastym fotelu naprzeciwko telewizora. Do wyboru mamy kilka kanałów różnego rodzaju, a ja, jak to zwykle ja, wybieram jakąś głupią komedię. Kiedy już zaczynam wciągać się w fabułę, mój ukochany współlokator przełącza film na program informacyjny.
- Hej! – protestuję – Ja to oglądałam!
- A ja nie – stwierdza chłodno chłopak.
- Wiesz co, chyba już to kiedyś słyszałeś, ale jesteś nieznośny.
- No cóż – Raphael wzrusza ramionami – Geniusze już tak mają
- Czyżby? A co to ma do rzeczy? – droczę się z nim. Nie reaguje.
Ta, jasne. Nasz kochany egocentryk geniuszem? Jak już mówiłam: ta, jasne.
- Jak chcesz – posyłam mu spojrzenie znaczące „i tak ci nie wierzę”.
Po tej jakże cudownej potyczce słownej mam ochotę znów przełączyć na komedię, ale przypominam sobie, że pilot nadal znajduje się w rękach buraczanego buraka. W tym wypadku pozostaje mi albo oglądanie wiadomości, albo powrót do mojego pokoju. Niestety, aby tam się udać, musiałabym poprosić Raphaela, żeby usunął się z przejścia. A nie mam ochoty odzywać się do niego.
W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak siedzenie cicho i oglądanie najnowszych wydarzeń ze świata. Na początku nic mnie nie ciekawi, kursy walut, ustawa o sprzedaży czegoś tam – nie moja bajka. Dopiero ostatnia informacja przykuwa moją uwagę.
­- Kilka dni temu w godzinach wieczornych zaginął znany prawnik – mówi spiker – Ostatnio zajmował się sprawą znanego polityka, Johna Brumby’ego, który przed dwoma tygodniami został oskarżony o defraudację znacznej sumy pieniędzy z rządowego budżetu. Wraz z adwokatem zniknęła jego żona. Policja nie wyklucza, że to porwanie.
Następnie zostaje pokazane zdjęcie małżeństwa. Oboje są w średnim wieku. Mężczyzna ma urodę typowo południową: ciemne oczy, czarne, przyprószone siwizną włosy i broda, ciemna karnacja. Kobieta natomiast jest jego przeciwieństwem. Ma proste blond włosy do ramion, szare oczy i delikatne, niemal elfie rysy twarzy.
- Jaka szkoda – mówię – Jak można kogoś porwać, do tego wraz z żoną! Jakikolwiek nie byłby powód.
- Żałujesz ich tak bardzo głównie dlatego, że wyglądają tak a nie inaczej. Gdybyś zobaczyła dwóch obdartusów, mniej przejmowałabyś się ich losem – stwierdza cynicznie Raphael.
- Skąd możesz to wiedzieć? – obruszam się.
- Ludzie już tacy są – odpowiada.
Już mam temu zaprzeczyć, kiedy zdaję sobie sprawę, że to wcale niegłupie spostrzeżenie.
- Nie myśl sobie, że tak dobrze potrafisz rozgryźć każdego człowieka – nie daję jednak za wygraną.
Chłopak nic nie mówi. Zamiast tego spogląda na mnie z tą miną.
- Okej, okej, poddaję się – unoszę ręce do góry – Tylko już nie patrz na mnie taj, jakbym ci ojca gazetą zabiła.
- Świetny żart – sarka on w odpowiedzi – Naprawdę wybitny.
A jednak udaje mi się go trochę rozweselić. No, nie jest to może najlepsze sformułowanie. Po prostu jego pochmurna twarz w końcu się rozluźnia i minę ma teraz neutralną.
- Masz może prawo jazdy? – pyta Raphael znienacka.
- Tak. A do czego ci to potrzebne? – dziwię się, choć domyślam się już odpowiedzi.
- Chciałbym, żebyś mnie jutro gdzieś zawiozła. Możesz? – jest to chyba najgrzeczniejsza prośba, jaką w życiu wyraził.
- No dobra. A masz samochód? – raczej nie pytam na poważnie.
- O to się nie martw – brzmi odpowiedź, która sprawia, że właśnie się martwię.



4

Nazajutrz budzą mnie jakieś podejrzane drgania mojej prawicy. Otwieram jedno oko i patrzę na rzeczoną kończynę. Ku mojemu zdziwieniu wyrasta z niej inna ręka, tylko taka jakby trochę większa. Po chwili zauważam też, że do tej jakby trochę większej ręki przytwierdzona jest reszta ciała potwora. Przepraszam, powinnam być politycznie poprawna, a więc nie potwora, tylko Raphaela.
- Czego? – pytam uroczo zachrypniętym od snu głosem.
- Twojego wstania – opowiada budziciel.
- Nie ma opcji.
- Obiecałaś, że mnie gdzieś dzisiaj podwieziesz, pamiętasz?
To mnie trochę rozbudza. Zaraz jednak wszystkiego mi się wszystkiego, ponieważ zauważam godzinę wyświetloną na zegarku.
- Siódma trzydzieści? – jęczę – Dokąd ty się teraz wybierasz, przecież jest środek nocy.
- Och, wschód słońca był o szóstej czterdzieści dziewięć.
- Ty tak na serio?
- Nie. Tak naprawdę to słońce wyszło kilka minut później, ale to wina szerokości geograficznej.
W odpowiedzi jęczę głośniej.
- No już, wstawaj, leniu – Raphael ściąga ze mnie kołdrę – Ale ruchy, bo wyjazd za pół godziny – dodaje i w końcu zostawia mnie samą.
Nie mam innej opcji, jak tylko zwlec swoje nieszczęsne zwłoki z łóżka i poczłapać do szafy po ubrania. Normalnie spędziłabym przed nią dość dużo czasu, ale dzisiaj nie za wiele go mam. Decyduję się więc szybko na czarny, obcisły t-shirt i standardową parę jeansów. Biorę ubrania do łazienki, potem prysznic i cała reszta. W rezultacie jestem gotowa do wyjścia o siódmej pięćdziesiąt dziewięć.
- No, wreszcie skończyłaś – rozlega się za mną niespodziewanie, aż podskakuję – Chodź, jesteśmy już spóźnieni – chłopak wychodzi szybko z mieszkania, pozostawiając mi zaszczyt zamknięcia drzwi. Tak więc zabezpieczam naszą rezydencję przed niepożądanymi gośćmi i schodzę na dół. A przed klatką co stoi? No właśnie niespodziewana niespodzianka stoi!
- C-co to jest? – dukam na widok czarnego samochodu, którego sam prezydent USA by się nie powstydził.
- Auto – odpowiada Raphael ze stoickim spokojem.
- Ja… Ja tym nie pojadę! – protestuję – Cholera jest za duża! Ta fura plus ja za kierownicą równa się pewna śmierć, a przynajmniej przystanek na najbliższym drzewie!
- Och, nie dramatyzuj tak – wariat, który chce mnie posadzić za kółkiem tego czarnego potwora, przewraca oczami – To tylko zwykły samochód. Zresztą jego obsługa jest prosta jak drut. Nawet ty sobie poradzisz.
Puszczam mimo uszu fakt, iż mnie obraża. W tej samej chwili do głowy wpada mi pewna myśl,
- Po co ci auto, skoro nie umiesz prowadzić? Bo zakładam, że to twoje auto, a nie kradzione.
- Nie powiedziałem, że nie umiem prowadzić.
- W takim razie do czego ja ci jestem potrzebna?
- Nie musisz być koniecznie ty. Po prostu potrzebuję kogoś z prawem jazdy, a akurat ty byłaś pod ręką.
Okej, Rin, tylko spokojnie. Spróbuj nie trzasnąć tego burola w gębę.
- Czyli podsumowując: masz auto, umiesz prowadzić, ale nie masz prawka, więc potrzebna ci jestem ja, tak?
- Tak.
- W takim razie powtórzę: nic z tego. Nie wsiądę za kierownicę tej maszyny zagłady.
Raphael nie odpowiada. Zamiast tego w jego oczach pojawia się dziwny błysk. Rozkaz, aby uciekać, za późno dociera z mózgu do moich kończyn. Chłopak chwyta mnie za ramiona i niezbyt delikatnie pakuje na siedzenie kierowcy. Sam siada obok i przyciskiem blokuje wszystkie drzwi.
- Hej! – głośno protestuję, otrząsnąwszy się z pierwszego szoku – To jest porwanie!
- Przecież to ty siedzisz za kierownicą. Jak już, to ty porywasz mnie.
- Ale to ty zamknąłeś drzwi!
- Możesz je otworzyć w każdej chwili tym guzikiem po prawej – wzdycha – A zamknąłem je ze względów bezpieczeństwa. Normalnie auta robią to automatycznie, ale temu chyba się coś popsuło.
Dobra, może i ma rację. Ale to i tak nie zmienia faktu, że Raphael znowu zachował się jak psychol.
- Nie jadę – oznajmiam dobitnie.
Brunet patrzy na mnie zmęczonym wzrokiem i, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, mówi:
- Proszę.
Że co?! On mnie o coś poprosił?! No nie wierzę. Jestem jednak dość podejrzliwa wobec niego. Patrzę spod byka, ale nie widzę żadnego podstępu malującego się na jasnej twarzy.
- W porządku – odpowiadam – Pojadę, ale masz ograniczyć swoje komentarze do minimum. Żadnego poprawiania mnie, dogadywania. Tylko te uwagi, które są potrzebne. Dociera?
- Oczywiście, wasza wysokość – uśmiecha się kpiąco chłopak.
Okej, teraz mogę jechać, a przynajmniej spróbuję. Nie mogę jednak znaleźć stacyjki z kluczami. Nagle przypominam sobie, że te nowsze samochody włącza się takimi guzikami…
- Tam po lewej masz przycisk „start” – rozlega się z boku.
Rzucam Raphaelowi mordercze spojrzenie. Może mi się wydaje, ale tak jakby kurczy się w sobie. I dobrze mu tak.
***
Po dwudziestu minutach i kilku (nie)zbędnych komentarzach mojego ukochanego współlokatora docieramy do celu. Hm. Myślałam, że Raphael poprowadzi mnie do jakiejś mrocznej speluny, gdzie będzie załatwiał swoje ciemne interesy. A tymczasem proszę bardzo! Ładna, zadbana kamieniczka w centrum miasta
- Poczekaj w samochodzie – mówi chłopak i wraz z jakąś płaską paczuszką, której wcześniej nie zauważyłam wychodzi z auta. Podejrzanie znajomą paczuszką.
Ale wróćmy na chwilę do samego niosącego. Tak więc staje on przed drzwiami wcześniej wspomnianej kamieniczki i naciska domofon. Przez chwilę nic się nie dzieje. Nagle z klatki wychodzi młoda (ładna, nawet bardzo) blondynka. Oczywiście uśmiecha się promiennie do Raphaela, który wydaje się na to nie zwracać uwagi. No ale to przecież Raphael. Chłopak chyba coś mówi i podaje dziewczynie to, co trzyma w ręku. Ona wtedy błyska białymi zębami i trzepoczę rzęsami jak jakaś niepełnosprytna. Po chwili jednak opanowuje się i podaje brunetowi jakąś szarą teczkę. On już chce się oddalić, ale ona jeszcze coś nawija, odrzuca włosy zgrabnym ruchem ręki i tak zasuwa tymi rzęsami, że poważnie obawiam się o efekt motyla. W końcu dziewczyna daje dojść do głosu swojemu rozmówcy, ale chyba jednak nie mówi on niczego, co by jej się podobało, ponieważ robi smutną minkę, głaska go po ramieniu i po szybkim „pa!” (wyczytałam z ruchu warg) znika w kamieniczce.
Raphael wraca do samochodu i z powrotem zajmuje miejsce obok mnie.
- I jak się udała transakcja? – rzucam
- Wprost cudownie. W tej teczce mam milion dolarów w nowiutkich banknotach – chłopak nawet nie sili się na żartobliwy ton.
- Super. W takim razie pięćdziesiąt procent dla mnie jako kierowcy – mówię w podobnym tonie.
- Dobra, koniec głupich żartów – ucina mój ukochany współlokator, po czym ruszamy w stronę domu.

Po powrocie do mieszkania zaczynam aktywnie zastanawiać się, co znajdowało się w tamtej paczuszce. Mam pewną teorię, ale wydaje mi się ona niedorzeczna. Jednak z natury jestem dość ciekawska i lubię wtykać nos w nieswoje sprawy. Tak więc w końcu zadaję Raphaelowi pytanie:
- Czy w tej paczce było to, co myślę, że w niej było?
- Pomimo mojej ponadprzeciętnej inteligencji nie mogę odpowiedzieć na twoje, jakże dziwacznie sformułowane, pytanie, ponieważ nie wiem, co masz na myśli. Na szczęście – mówi chłopak i robi tą minę, chociaż tym razem trochę bardziej rozbawioną.
- To cię naprowadzę, geniuszu – odpowiadam, specjalnie akcentując ostatnie słowo. – Pamiętasz nasz ostatni spacer do sklepu i rzecz, którą w nim kupiłeś?
- Ach, o to ci chodzi! – Raphael udaje, że dopiero teraz zrozumiał – Tak, w tej paczce były rajstopy.
Czekam na jakieś dalsze wyjaśnienia, jednak one nie następują. Sama więc zaczynam ciągnąć go za język.
- Ale dlaczego je dałeś tej dziewczynie?
- A wiesz, że to nie twoja sprawa? – odpowiada pytaniem na pytanie Raphael.
- Moja – mówię zdecydowanie – Bo może ty i tamta blondyna planujecie napaść razem na bank w tych pończochach, a skoro jesteś moim współlokatorem, mam prawo interesować się, czyś nie spsychopaciał do reszty.
- Nie ma takiego słowa – zauważa trzeźwo, choć irytująco chłopak.
- Ty mnie tu za słówka nie łap i nie wymiguj się od odpowiedzi – marszczę brwi i staram się wyglądać groźnie, co nie za bardzo mi wychodzi, ponieważ cały czas muszę powstrzymywać się od parsknięcia śmiechem.
- No dobrze, zaspokoję twoją dziecinną ciekawość – facet wywala gałami, ale jednak udzieli mi odpowiedzi. Ha! I kto jest górą?
- Dawaj.
- To było coś w rodzaju wymiany handlowej. Ona podała mi pewne informacje, których potrzebowałem, a w zamian dostała ode mnie to, o co prosiła.
- Ale czemu te cholerne rajstopy?! Co to, cukiernie były zamknięte?! – nie wytrzymuję i ryczę śmiechem.
Raphael patrzy na mnie odrobinę przerażonym wzrokiem, z czego czerpię małą satysfakcję.
- Proponuję zakończyć temat – mówi chłopak, kiedy jestem na tyle spokojna, że jakakolwiek informacja może do mnie dotrzeć.
- Jak sobie chcesz – krztuszę się własnym chichotem – Ale wiesz co? Ty chyba ślepy jesteś. Bo dziewczyna raczej nie prosi o kupno rajstop zwykłego znajomego.
- Co masz na myśli? – pyta ze stoickim spokojem mój współlokator.
- Nie widziałeś jak tamta…
- Molly.
- … tamta Molly wypróbowuje na tobie wszystkie możliwe sztuczki?
- Sztuczki? – brunet unosi jedną brew – A o jakież to sztuczki chodzi?
- O Jesss… - tym razem to ja wywraca oczami – Dziewczęce! No wiesz, trzepotanie rzęsami, poprawianie włosów, powłóczyste spojrzenia – demonstruję kolejno wszystkie te czynności.
- Ach, tak, tę dziwaczną mimikę i gestykulację zauważyłem. Co w związku z tym?
Ja wysiadam. Jedyny facet (poza pewną ich grupą), którego takie rzeczy nie ruszają.
- Cóż, większość mężczyzn odbiera to jako sygnał pod tytułem: „podobasz mi się”.
- A skąd możesz wiedzieć, jak większość mężczyzn to odbiera, co?
- Po prostu mogę. Jak widać bardziej od ciebie – wcale nie chcę niczego insynuować, ale tak po prostu wyszło.
- Czy ty coś sugerujesz?
Milczę zakłopotana. On patrzy na mnie wyczekująco.
- Słuchaj, nie chciałam cię urazić… Naprawdę nie myślę, że…
- Jestem gejem? – dopowiada za mnie – Nie, nie jestem. Jak już, to raczej staram się być w ogóle aseksualny przez większość czasu, bo to pomaga w zachowaniu profesjonalizmu. Ale skoro już jesteśmy w temacie, to mogę ci udowodnić, że myliłaś się co do mojej orientacji.
Okej…
- Wyjaśnię ci to na najprostszym przykładzie – ciągnie dalej Raphael – Weźmy na przykład ciebie. Mieścisz się w granicach przeciętnej atrakcyjności, chociaż w zależności od sędziego można uznać cię za mniej lub bardziej ładną. Do ogólnie przyjętego pojęcia walorów można by u ciebie zaliczyć oczy, usta i odpowiednio kobiecą sylwetkę.
W tym momencie, nie ukrywam, mam ochotę po prostu mu przywalić, nie uderzyć, tylko przywalić. Co ja jestem, jakiś… jakiś… odkurzacz, żeby mówić o moich „walorach” i „przeciętnej atrakcyjności”?! Czuję się jak kawał mięsa na targu, a powód tego odczucia znajduje się w zasięgu mojej ręki. Hm, kusząca propozycja, ale chyba na razie powstrzymam się od zrobienia koledze krzywdy, ponieważ właśnie zbiera mu się na podsumowanie, a tego nie mogę przegapić.
- Tak więc, jak widzisz, a raczej słyszysz – kontynuuje gbur – nie mogę być homoseksualistą, ponieważ takowy nie zauważyłby z tak daleko idącą dokładnością twoich aspektów fizycznych.
Zaraz mu pokażę mój najsilniejszy „aspekt fizyczny”, jakim jest prawy sierpowy. Wstaję, aby mu porządnie przyłożyć, jednak kiedy on także zmienia pozycję z siedzącej na stojącą, uświadamiam sobie, że w konfrontacji nie miałabym z nim najmniejszych szans. Wobec tego rzucam tylko wściekłe „burak!”. Na to on podchodzi bardzo blisko mnie, patrzy mi w oczy i poważnym tonem pyta:
- Czy uważasz, że jestem różowy?
Najpierw mnie zupełnie zatyka. Mrugam kilka razy oczami, a gdy mija mi osłupienie, wybucham niekontrolowanym śmiechem. Ja nie wiem jak on potrafi z granic furii doprowadzić mnie do stanu maksymalnej głupawki.
Śmieję się jak opętana, aż łzy ciekną mi po policzkach. Po chwili dołącza do mnie Raphael. Nie jest może tak radosny jak ja, ale całkiem przyjemnie jest widzieć go w dobrym nastroju.
- Po-poważnie obawiam się o na-nasze zdrowie psychiczne – daje mi się wykrztusić, co wywołuje u niego parsknięcie śmiechem, a u mnie kolejny atak wesołości.