piątek, 4 listopada 2016

Rozdział 6


Przepraszam za ten poślizg, mało czasu! Ale tym razem rozdział, choć jeden, to trochę dłuższy :)

6.

- Cholera jasna!
Zrywam się na równe nogi. Dopiero po paru sekundach orientuję się, że obudził mnie okrzyk. Wiadomo czyj.
Z cichym westchnieniem rezygnacji odrzucam kołdrę i człapię do kuchni. Tam widzę mojego ulubionego kolegę przeszukującego wszystkie szafki po kolei.
- Czego szukasz? – pytam lekko chrypiąc.
- Kawy – odpowiada mi przytłumiony przez wnętrze szafki głos Raphaela.
- Chodzi ci o to? – podaję mu stojącą na stole (wielkie słowo, tak naprawdę powinnam powiedzieć na stoliczku dla skarłowaciałych anorektyczek) puszkę z rozpuszczalną.
Brunet odwraca się do mnie i artykułuje powoli i dobitnie, jak dla debila:
- To. Jest. Beznadziejne. Badziewie. A ja chcę normalnej kawy.
Teraz mam okazję mu się przyjrzeć. Ma cienie pod oczami i jakieś takie nieobecne spojrzenie, a jego włosy są rozczochrane bardziej niż zwykle. Wygląda, jakby nie spał całą noc.
- Wszystko u ciebie dobrze? – zadaję kolejne pytanie.
Na twarzy chłopaka pojawia się grymas, mający być zapewne kpiącym uśmiechem, jednak jego oczy pozostają chłodne i zmrużone.
- Jasne, nie widać? – prycha.
- Nie – odpowiadam ze złością, obracam się na pięcie i wychodzę z kuchni.
Co z nim jest nie tak? Najpierw zachowuje się jak cham, potem ma jakieś przebłyski człowieczeństwa, a później znowu zmiana. Idiota.
Postanawiam jednak nie przejmować się tym zbytnio. Biorę z szafy ubrania na dzisiaj i zamykam się w łazience. Chwilę później słyszę dźwięk telefonu komórkowego, a niedługo po tym trzask zamykanych drzwi.
Po doprowadzeniu się do stanu używalności wracam do kuchni. Tam na stoliku zastaję dwa kubki z kawą, jeden z nich do połowy opróżniony, oraz karteczkę samoprzylepną. Z zaciekawieniem zaczynam ją czytać.
Wrócę późno. Księgarnia jest dzisiaj jak w każdą niedzielę zamknięta, więc masz wolne.
R.
Aha. Czyli klasyczny przypadek choleryka. Szybko wybucha i równie szybko mu przechodzi. Ciekawe dlaczego wyszedł tak nagle. No cóż, wychodzi na to, że mam cały dzień na zastanawianie się. Może pomyślę nad tym nad kubkiem kawy, bo ten drugi, pełny, najwyraźniej jest dla mnie. Oby nie była zatruta.
***
Nie planowałam niczego specjalnego na dzisiaj, więc uznałam, że najpierw odwalę brudną robotę, a potem czas na relaks. Z tą brudną robotą, to tak nie do końca żartuję, chociaż wcale nie chodzi tu o żadne zbrodnie. Jedynie sprzątanie. Ustaliliśmy z Raphaelem, że co tydzień się zmieniamy raz on sprząta „wspólny teren” (czyli kuchnie, łazienkę i pokój o wielkiej nazwie salon). Nasze sypialnie to już we własnym zakresie. Z grafiku wynika, że dzisiaj to ja zamieniam się w perfekcyjną panią domu. Zabieram się więc za poszukiwanie jakichś detergentów. Nie jest to jakieś specjalnie interesujące zajęcie, więc głowę zajmuję czymś innym. I wtedy odkrywam, dlaczego kojarzyłam imiona Raphael i Leonard. Była taka bajka, którą oglądałam z młodszym bratem. „Wojownicze Żółwie Ninja”. Opowiada, jak sama nazwa wskazuje, o kilku zmutowanych wojowniczych żółwiach ninja i ich przygodach. Każdy z czterech braci-żółwi ma imię po renesansowym artyście – Michelangelo, Donatello, Leonardo i Raphael. Wiem, wiem, nie jest to specjalnie błyskotliwe skojarzenie, ale jakbyście prawie codziennie wieczorem oglądali odcinek jakiejś bajki, to imiona bohaterów prędzej by wam się kojarzyły z nią, a nie z żyjącymi setki lat temu artystami.
Kończę bezowocne poszukiwania. No nic, chyba muszę iść do sklepu. Zdejmuję więc kurtkę z wieszaka, w kieszeni której znajduję trzy zmięte banknoty, zgarniam klucze z kuchennego stołu i wychodzę na zewnątrz. Zbiegając schodami kalkuluję w głowie (no dobrze, trochę też na palcach), czy wystarczy mi na wszystko, co chcę kupić. Po wyjściu z bloku z zadowoleniem dochodzę do wniosku, że owszem, wystarczy. Od razu kieruję się w stronę „Dobrego Sąsiada”. A w sklepie – jak to w sklepie. Spotyka mnie wiele przygód. Już na wejściu tracę równowagę i ślizgam się na kałuży błota, którą postanowił zostawić przysadzisty ratlerek równie przysadzistej starszej pani w moherowym berecie, studiującej właśnie w uwagą opakowanie herbatników. Wstaję z podłogi, mrucząc pod nosem jakieś cholery jasne. Muszę jednak zrobić to, po co przyszłam, i nie przeszkodzą mi żadne zakichane (i zabłocone) ratlerki.
Idę w stronę pierwszych półek, na których znajdują się ciastka. Z czystej ciekawości chcę sprawdzić, jaki mają wybór… Dobra, przyznaję się. Chciałam kupić sobie coś na deser. Właśnie sięgam po opakowanie ciasteczek maślanych, gdy nagle przybywa huragan w postaci rozczochranych trojaczków. Okręcam się wokół własnej osi raz, a potem następny, ale tym razem na szczęście nie tracę równowagi. Zauważam też, że od strony drzwi nadchodzi nieśpiesznym krokiem przysadzista kobieta, którą z powodzeniem mogę przyrównać do bezy, zarówno przez strój, jak i gabaryty. Woła ona piskliwym głosem do niknących w oddali chłopców:
- Micky, Ricky, Zicky, poczekajcie na mamusię! – ale dzieciaki ani myślą jej słuchać.
Po chwili całą czwórka znika mi z oczu. Ich pojawienie biorę za zły znak i szybko odchodzę od regału ze słodyczami. Omijam także nabiał, owoce i warzywa, ponieważ obawiam się kolejnych niespodzianek. Szybko kieruję się do celu, to jest, działu z chemią. Tam bez przeszkód wybieram potrzebne mi środki czyszczenia. Zadowolona kieruję się do kasy, jednak w drodze do niej potrąca mnie jakiś klient biegnący do kasy, w rezultacie czego ląduję na półce, która odwdzięcza mi się kilkoma butelkami płynu do mycia szyb spadającymi mi na głowę.
***
Z ulgą wracam do domu. Idąc tą samą drogą, mijam te same budynki i alejki. A jednak, kiedy staję przed klatką mojego bloku. Przez chwilę zastanawiam się co takiego. Po kilku sekundach zdaję sobie sprawę z tego, że kiedy wychodziłam do sklepu, jedno z miejsc parkingowych było wolne. Teraz jednak stoi na nim ciemny samochód z szerokim tyłem, wyróżniający się na tle małych autek mieszkańców. Wcześniej go tu nie widziałam. Wzruszam jednak ramionami. Pewnie do kogoś przyjechali jacyś goście. Normalne.
To dlaczego mam jakieś złe przeczucia?
Macham ręką i kręcę głową, aby odpędzić ten irracjonalny niepokój. Wyciągam z kieszeni klucze i otwieram drzwi na klatkę. Po wspięciu się na właściwe piętro chcę otworzyć mieszkanie, jednak ze zdziwieniem stwierdzam, że jest już otwarte. Czyżbym zapomniała zamknąć? Nie, przecież sprawdzałam dwa razy. W takim razie może Raphael wrócił?
- Raphael? – po naciśnięciu klamki wołam od progu – Jesteś ta… - urywam i zamieram z przerażenia.
W pokoju Raphaela stoi jakiś wielki facet i przekopuje jego biurko. Kiedy zdaje sobie sprawę z mojej obecności, wbija we mnie spojrzenie swoich małych, ciemnych oczu, które są jedyną częścią jego twarzy, jaką widać spod kominiarki. Trwa to może sekundę. Potem jego wzrok wędruje wyżej, jakby patrzył na coś znajdującego się za mną. Zbyt późno uświadamiam sobie, co to jest. A raczej kto. Nie zdążam nawet krzyknąć, ponieważ nagle czuję krótki ból z tyłu głowy i momentalnie zapada ciemność.
***
- Macie coś? – zapytał Leonard.
- Nic – odparła Naomi.
- Zero – odpowiedział Julian.
- Minus jeden – mruknął Con.
Westchnąłem cicho z irytacją, powstrzymując się od komentarza. Chociaż w takiej sytuacji mógłby zachować powagę.
- A ty, Raphaelu? – zwrócił się do mnie mój brat.
- Nic, tak samo jak godzinę temu.
Odsunąłem się na chwilę od leżących przede mną papierów. Rękami przejechałem po twarzy i włosach. Kiedy my ich w końcu znajdziemy, do cholery?! Gdzie ich schował, że policja, że ja nie potrafię go znaleźć?!
My, poprawiłem się w myślach. My nie możemy go znaleźć. Przypomniałem sobie wczorajszą rozmowę z Leonardem o działaniu w zespole. Z czysto matematycznego punktu widzenia jego rozumowanie było logiczne. Teoretycznie w pięć (sześć, jeśli liczyć Erikssona) osób możemy zdziałać więcej, niż ja w pojedynkę. Tylko dlaczego nadal nie mamy żadnych postępów? Zgrzytnąłem zębami ze złości, ale szybko się opanowałem. Musiałem wrócić do pracy. Tylko tak mogłem cokolwiek zdziałać.
Zostawiłem papiery i podszedłem do Conweara siedzącego przy komputerze. Przeglądał właśnie monitoring miejski. Udało mu się kiedyś tam włamać i dzięki temu mieliśmy możliwość oglądać miasto zarówno w czasie teraźniejszym, jak i przeszłym.
- Pokaż na chwilę mój blok – rzuciłem do chłopaka.
- Co, zobaczyć, czy twoja dziewczyna nigdzie nie uciekła?
Nie było nawet sensu odpowiadać.
Mimo głupiego przytyku Conwear spełnił moje życzenie. Spojrzałem więc na monitor. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło, może za wyjątkiem kilku nieistotnych szczegółów. W pewnej chwili mój wzrok padł na ciemny, chyba czarny samochód stojący na parkingu. Nie należał do nikogo z mieszkańców, tego byłem pewien.
- Leonard – mruknąłem – Popatrz na to – pokazałem mu monitor.
- Co takiego?
- Ciemne auto pod blokiem.
- No widzę.
- Nie jest stąd.
- Może jacyś goście – mój brat wzruszył ramionami.
- Wątpię – obstawałem przy swoim – Nie podoba mi się to. Zadzwoń do Rinelle.
- Ja?
- Tak, ty, ja nie mam do niej numeru. Od razu uprzedzę twoje pytanie: dlatego, że nie był mi do tej pory potrzebny.
- Skoro cię to uspokoi – Leonard wybrał numer.
Czekał, aż ktoś się odezwie. Ja nie. Czerwona lampka w mojej głowie paliła się zbyt jasno.
***
Budzę się. Czuję pulsujący ból z tyłu czaszki. Przez chwilę nie wiem, gdzie się znajduję. I wtedy wszystko wraca. Sklep, dom, otwarte drzwi, włamywacze, cios w głowę. Rozglądam się dookoła, aby zorientować się w sytuacji. Siedzę na podłodze w głównym pokoju. Ręce i nogi mam skrępowane. Spoglądam na zegar wiszący nad telewizorem. Z jakiegoś powodu zapamiętałam godzinę sprzed utraty świadomości, więc zauważam, że byłam nieprzytomna około dziesięciu minut. Dalej wodzę wzrokiem po pokoju i wzdrygam się, gdy w jednym z kątów zauważam mężczyznę przekopującego wcześniej biurko Raphaela. Nie spuszcza ze mnie wzroku swoich. Chwilę później przychodzi drugi zbir, pewnie ten, który mnie uderzył. Również ma na sobie kominiarkę, ale to jedyna, co łączy tych dwóch. Ten, który właśnie przyszedł, wydaje się młodszy od swojego towarzysza. Ma także smuklejszą sylwetkę. Jego oczy są jasne, jakby niebieskie. Trochę podobne do oczu Raphaela, ale w tych widzę okrutne błyski, które tylko potęgują moje przerażenie. Czekam w bezruchu na dalszy bieg wydarzeń.
Nagle słyszę jakieś wibracje. Okazuje się, że to mój telefon, który znajduje się aktualnie w ręce starszego zbira.
- Znowu – mruczy pod nosem i z irytacją wyciąga baterię z telefonu. Ten drugo natomiast podchodzi do mnie i kuca. Jest tak blisko, że czuję bijące od niego ciepło.
Serce wali mi jak szalone, a oddech przyspiesza jeszcze bardziej, kiedy podnoszę wzrok na mężczyznę i widzę jego zimne oczy wpatrujące się prosto w moje. Zaczynam zastanawiać się, dlaczego jeszcze nie krzyczę? Wtedy zdaję sobie sprawę z tego, że nie mogę. Zakneblowali mnie.
- Podnieś ją – pada krótki rozkaz i tęższy włamywacz zbliża się, łapie mnie za ramiona i podciąga go góry, abym mogła stanąć. Szczuplejszy również staje na rozstawionych nogach i krzyżuje ramiona na piersi.
- A teraz zapytamy cię, co wiesz – zaczyna cichym, pozornie miłym tonem – Zaraz wyjmę ci knebel. Tylko nie krzycz, bo zrobi się nieprzyjemnie – dotyka swojego paska, przy którym ma pewnie jakąś broń. Następnie robi to, co zapowiedział i mogę już mówić. To znaczy, mogłabym, gdyby nie paraliżował mnie strach.
- No dalej – mówi włamywacz tym samym, spokojnym tonem. Naprawdę wolałabym, żeby wrzeszczał – Nie chcesz? W porządku. W takim razie zacznę odliczać. A jak skończę… - na jego twarzy pojawia się sadystyczny uśmiech – Dziesięć… dziewięć…
Zamykam oczy i modlę się o cud. Nie potrafię wydusić z siebie ani słowa. Nawet nie wiem, o co mu chodzi! Po policzkach ciekną mi łzy. Przerażona czekam, aż odliczanie się skończy.
***
Wziąłem auto Leonarda i pojechałem do domu. Poruszałem się po bocznych drogach, co zajmowało mi więcej czasu, niż jazda przez miasto, ale przynajmniej minimalizowałem ryzyko powstania problemów związanych z zatrzymaniem przez patrol policji za przekraczanie prędkości i oczywiście brak prawa jazdy.
Gdy zaparkowałem przed blokiem i zobaczyłem ciemne auto nadal stojące na parkingu, poczułem ukłucie niepokoju. Chciałbym, żeby moje przeczucia okazały się mylne, ale coś podpowiadało mi, że nie był to zwykły samochód. Wszedłem na klatkę mając nadzieję, że wszystkie te czarne scenariusze, które miałem w głowie, to tylko wytwory mojej wyobraźni niemające pokrycia w rzeczywistości.
***
- Trzy… dwa… jeden…
Zamieram i czekam na to, co ma się wydarzyć. Przez sekundę nic się nie dzieje, a potem słyszę huk, jednak nie jest to dźwięk wydawany przez żadną broń. To brzmi raczej jak drzwi popchnięte na ścianę z dużą siłą. Słyszę także jakąś szamotaninę i okrzyki bólu. Przepychanka trwa jakąś chwilę, następnie do moich uszu docierają przekleństwa i szybkie, oddalające się kroku. Po tym nastaje cisza.
Oczy nadal mam zaciśnięte. Nagle ktoś mną delikatnie potrząsa. Wtedy jakby otrząsam się i zaczynam krzyczeć.
- Zostaw mnie! Zabieraj łapy, won!
- Rinelle – mówi bandyta głosem bardzo podobnym do Raphaelowego – Rinelle, to ja!
Otwieram lekko oczy, żeby przekonać się, czy to prawda. Tak, to on! Dopiero teraz dociera do mnie, jak bardzo się bałam.
Raphael bierze mnie pod brodę i zmusza, abym skupiła wzrok na nim.
- Rinelle – mówi miękko, choć stanowczo – Posłuchaj mnie teraz. Za chwilę cię rozwiążę i zadzwonimy na policję. Nie masz się już czego bać, tamci dwaj uciekli. Już wszystko w porządku.
- Tak, ale… ja nie… bo oni… to było – nie potrafię się jeszcze uspokoić.
- Spokojnie, nic nie mów – chłopak stara się mówić kojącym tonem, jednak wyczuwam w nim napięcie – Gotowe, jesteś wolna. Dasz radę sama wstać?
Kiwam głową, jednak wkrótce okazuje się, że ledwo stoję na nogach, więc brunet mi pomaga.
- Czy coś ci zrobili? – pyta, ale ja nie jestem w stanie odpowiedzieć – Rinelle, czy tamci dwaj zrobili ci jakąś krzywdę?
Wobec mojego dalszego milczenia Raphael chyba sam postanawia odpowiedzieć sobie na pytanie. Nachyla się i zaczyna szybko przesuwać dłońmi po moim ciele, aby znaleźć ewentualne obrażenia. Z jakiegoś powodu działa to na mnie jak płachta na byka.
- Ej, łapy przy sobie! To, że właśnie uratowałeś mnie przed jakimiś bandytami nie oznacza, że możesz sobie pozwalać!
- Dobrze, już w porządku! – chłopak gwałtownie się odsuwa i unosi ręce do góry – Chyba nic poważnego ci nie dolega.
- Uderzyli mnie w głowę i straciłam przytomność – skarżę się.
- Czyli oprócz policji potrzebna będzie też karetka. Już dzwonię.
- Czekaj – przerywam mu. – Weź… Zabierz mnie stąd. Ja… nie chcę tu być.
- W takim razie idziemy na zewnątrz. Możesz dać mi rękę, jeśli ci to pomoże.
Z wdzięcznością przyjmuję jego propozycję i schodzę z nim na dół.
Policja z karetką przyjechały w kilka minut. Siedzę właśnie na ławce przed blokiem, troskliwie owinięta kocem przez jednego z ratowników. Jakieś kilkanaście metrów ode mnie, tuż przy wejściu do budynku stoi dwóch funkcjonariuszy, trzeci poszedł na górę z Raphaelem coś sprawdzić, a czwarty siedzi obok mnie i zadaje pytania na temat tego całego zajścia, jak to określił. Staram się skupiać na zadawanych przez mężczyznę pytaniach, ale zbyt dużo myśli i emocji we mnie buzuje. Mieszankę strachu, adrenaliny i ulgi dopełniają wątpliwości. Dlaczego to się stało? O co im chodziło? Bo przecież chyba nie była to zwykła kradzież, skoro pytali mnie, co wiem.
Właśnie udzielam kolejnej odpowiedzi policjantowi, gdy nadchodzi Raphael.
- Czy mógłby pan dać jej chwilę odpocząć? – pyta funkcjonariusza.
- Młody człowieku – odzywa się mężczyzna protekcjonalnie – Robię to, co do mnie należy, więc nie…
- Tak, oczywiście – przerywa mu chłopak – Tyle, że ona jest teraz w szoku, nie sądzi pan? Na pewno powie więcej, jeśli dacie jej chwilę.
- Wiadomości trzeba zbierać na gorąco, panie… - policjant ostentacyjnie czeka, aż jego rozmówca się przedstawi.
- Cortez – rzuca brunet – A teraz proszę ją w końcu zostawić – w jego oczach dostrzegam ostrzegawczy błysk.
Mężczyzna próbuje jakoś zapanować nad sytuacją, jednak fakt, iż jest niższy od Raphaela o mniej więcej głowę, szybko ostudza jego zapał i funkcjonariusz oddala się mrucząc coś pod nosem.
Przenoszę wzrok na Raphaela, który przyklęka, aby znaleźć się na moim poziomie.
- I co powiedzieli? – ruchem swojej głowy wskazuje na moją.
- Wszystko jest w porządku, będę miała tylko guza – silę się na pogodny ton.
- To dobrze – chłopak przygląda mi się ze zmarszczonymi brwiami. Nawet nie próbuje udawać rozluźnionego.
- Ja… Nie zdążyłam ci nawet podziękować – odzywam się po chwili – Bo gdyby nie ty, to… nie wiem, czy bym mogła teraz z tobą rozmawiać.
- Nie dziękuj.
- Jesteś teraz zbyt skromny.
- Tu wcale nie chodzi o moją skromność – rzuca brunet ostrzej – Po prostu… Nie dziękuj mi.
- Jak sobie chcesz - jego słowa wydają mi się dziwne, ale jednak Raphael to Raphael – W każdym razie mam u ciebie dług.
- Przestań – mówi, przeciągając drugą sylabę – Skończmy ten temat, dobrze?
- Jak sobie chcesz – powtarzam.
- Cieszę się – chłopakowi jakby ulżyło – Mam nadzieję, że odpoczęłaś, ponieważ tamten miły policjant już wraca. Ja też będę musiał odpowiedzieć na kilka pytań. To… do zobaczenia na górze, co? – po tych słowach odchodzi.
Tak to właśnie jest. Kiedy zaczyna przejawiać jakieś ludzkie odruchy, nagle się wycofuje i odchodzi, a ja nic nie rozumiem.
Ponowne przyjście nadgorliwego funkcjonariusza przyjmuję z westchnięciem. Staram się udzielać konkretnych odpowiedzi, jednak gdzieś tracę mój chwilowy spokój i nie mogę się skupić. Myśli znowu zaczynają mi krążyć wokół wydarzeń sprzed pół godziny, przez co cichnący wcześniej niepokój zaczyna ponownie narastać.

***

Po wydarzeniach dzisiejszego dnia nie mogę zasnąć. Jest środek nocy, a ja przewracam się z boku na bok w moim łóżku. Kiedy tylko próbuję zmrużyć oko, w mojej głowie pojawia się obraz włamywaczy i mam wrażenie, że zaraz wejdą przez drzwi i wpadną tutaj z bronią. Wiem, że to irracjonalny strach, ale nie umiem się go pozbyć.
Robię wdech i odrzucam kołdrę. Na paluszkach podchodzę do drzwi i wychylam głowę na korytarz. Pusto. Oddycham z ulgą, jednocześnie wiedząc, że nie mam ku temu powodu. Nasłuchuję jeszcze dla pewności. Cisza, żadnych podejrzanych dźwięków. Przechodzę szybko do kuchni, a następnie próbuję jak najciszej zrobić sobie kakao. Miałam nadzieję, że ono pomoże mi zasnąć, jednak po jego wypiciu nie jestem ani trochę bardziej senna niż wcześniej, może tylko jest mi cieplej.
Nie chcę teraz wracać do sypialni. I tak nie zasnę. Myślę, co by tu jeszcze zrobić, aby poczuć się choć odrobinę zmęczona i wtedy wpada mi do głowy pewien pomysł. Może porozmawiam z Raphaelem? Nie, to byłoby samolubne, tak go budzić w środku nocy. Do tego pewnie by na mnie nakrzyczał. Chociaż z drugiej strony lepsze to niż bezsenna noc z ciągłymi napadami strachu. Może jednak ten jeden raz nic się nie stanie, jeśli będę trochę samolubna? Mam nadzieję, że nie.
Wkładam kubek do zlewu i wycieram usta w ścierkę, a następnie idę do pokoju chłopaka. Drzwi ma przymknięte. W pierwszym odruchu chcę je delikatnie pchnąć, ale wtedy przypominam sobie o pewnej zasadzie. To było jakoś tak, że jeśli otworzyłabym drzwi powoli, zaskrzypiałaby by. Natomiast gdybym zrobiła to szybko, to dźwięk stanie się bardzo wysoki, niesłyszalny dla ludzkiego ucha. Wobec tego zdecydowanie uchylam drzwi na tyle, żebym mogła się przez nie przecisnąć. Podchodzę do łóżka Raphaela. Wydaje się taki spokojny. Twarz ma rozluźnioną, oddycha miarowo, normalnie jak nie on. Chyba jednak żal mi go budzić. Już wychodzę, kiedy nagle potykam się o coś leżącego na podłodze i upadam, robiąc przy tym tyle hałasu, że spokojnie obudziłabym trupa, gdyby jakiś był w pobliżu. A Raphael nie jest nieboszczykiem i sen ma, jak widać, o wiele lżejszy, ponieważ od razu zrywa się na równe nogi.
- Co do… - rozgląda się całkiem przytomnym wzrokiem po pokoju – Ach, to ty – mówi z ulgą widząc mnie podnoszącą się z ziemi – Zaraz, co ty tutaj robisz?
- Wiesz, no bo ja… - zacinam się, ale chłopak przypatruje mi się wyczekująco – Ja… nie mogłam spać i… no, pomyślałam… nie chciałam…
- Nie chciałaś być sama – kończy za mnie brunet. Nadal mi się przypatruje. Nawet w półmroku widzę jego przeszywające, jasno-błękitne oczy.
- Właśnie i chciałam cię obudzić, ale… - bawię się palcami – No, uznałam, że byłoby to trochę nie w porządku, tak spokojnie spałeś…
- I dlatego uznałaś, że należy wyjść z mojej sypialni z gracją ślepego niedźwiedzia, tak? – mówi to pozornie bezbarwnym tonem, jednak wydaje mi się, że hamuje mały przypływ wesołości.
- To wcale nie jest śmieszne – obruszam się. Mój strach naprawę go tak bawi?
- Masz rację. To byłoby śmieszne, gdyby nie to, że nie jest – Raphael nadal zachowuje kamienną twarz, ale ja parskam wbrew sobie.
- Przecież to wcale nie jest śmieszne, sama tak powiedziałaś – droczy się ze mną, chociaż wiem, że najpewniej chodzi mu o zajęcie mnie czymś innym niż wydarzenia sprzed paru godzin.
- Dziękuję – mówię cicho – No wiesz, za to wszystko. Gdybyś nie przyszedł, mogłoby być ze mną kiepsko.
- Ano mogło.
Przez chwilę siedzimy w milczeniu. Czuję, że powinnam już wyjść, ale jakoś wcale nie mam na to ochoty. Tyle, że wypadałoby już jednak dać chłopakowi spokój.
- To... może ja już pójdę – zbliżam się do drzwi – I… jeszcze raz dziękuję.
- Rinelle – zatrzymuje mnie Raphael – Chcesz spać ze mną?
Sztywnieję. Że co?! Już mam mu nawrzucać za taką propozycję, kiedy uświadamiam sobie, że w zasadzie tego właśnie potrzebuję. Drugiego człowieka, poczucia, że nie jestem sama. Wobec tego nic nie mówię, ale za to moje policzki przybierają kolor dojrzałego pomidora.
- Idź po swoją kołdrę – chłopak najwyraźniej bierze moje milczenie za potwierdzenie.
Ja jednak nadal się nie ruszam. Patrzę na jego twarz doszukując się w tym wszystkim jakiegoś podtekstu alb0 kpiny, jednak nic takiego nie dostrzegam. Dopiero wtedy idę po moją pościel. Kiedy wracam, kołdra Raphaela jest już rozłożona na podłodze,
- Na łóżku byśmy się nie zmieścili, a na spanie osobno nie ma wystarczająco rzeczy do przykrycia – tłumaczy Raphael i kładzie się na swojej kołdrze przykrywając moją. Idę w jego ślady. Jest mi całkiem wygodnie. Pewnie dlatego, że jestem przyzwyczajona do spania na podłodze. Jako mała dziewczynka robiłam to bardzo często, bo, paradoksalnie, uważałam swoje łóżko za wyjątkowo niewygodne. Układam się więc jak najwygodniej potrafię i mówię:
- Dobranoc.
- Dobranoc – odpowiada brunet i odwraca się do mnie plecami. Ja robię to samo.
Łączy nas jedna, czy raczej dwie kołdry, dzieli prawie pół metra. A jednak po raz pierwszy od momentu naszego poznania jesteśmy (nie tylko dosłownie) tak blisko. I pewnie po raz ostatni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz