czwartek, 20 października 2016

Rozdział 5

5.

Kurczę. Wczoraj był ostatni dzień ferii zimowych, a ja nadal szukam pracy. Problem w tym, że prawie wszystkie oferty w gazetach dotyczą posady księgowego czy innego menedżera, a bez studiów raczej nie mam na to szans. Czyli kiepsko.
Takie czarne myśli przychodzą mi do głowy, kiedy rano, już ubrana, myję zęby. Nagle drzwi do łazienki otwierają się gwałtownie i staje w nich mój ulubiony świr. I wszystko byłoby normalne (jak na niego, oczywiście), gdyby nie to, że trzyma jedną rękę na oczach.
- Yyy… Mogę jakoś pomóc? – pytam skonfundowana.
- Nie, raczej ja tobie – odpowiada on.
- Aha, a… z tą ręką to tak wszystko okej?
- A dlaczego miałoby nie być okej?
- No wiesz, zwykle ludzie chodzą z otwartymi oczami.
- Gdybym wszedł tutaj, jak mówisz, z otwartymi oczami, ryzykowałbym, że zastanę cię w chwili, w której nie chciałabyś, żebym cię zastawał.
To po jaką cholerę wchodziłeś, myślę. Mogłeś przecież zwyczajnie zapukać, geniuszu.
- Nie masz się czym przejmować – mówię – Jestem kompletnie ubrana, jeśli o to ci chodzi. A w przyszłości po prostu pukaj. Wtedy albo pozwolę ci wejść, albo nie.
Na to on macha tylko ręką, którą przed chwilą wreszcie ściągnął z oczu.
- Dobra, nieważne. Tak naprawdę to przyszedłem do ciebie z pewną propozycją.
Trochę się boje, co znowu wymyślił.
- Tak? A jaką?
- Podobno szukasz pracy – bardziej stwierdza niż pyta Raphael – To aktualne?
- Aha… - odpowiadam ostrożnie.
- No to sprawa załatwiona.
- Jak to?
- Znajomy prowadzi księgarnię i szuka akurat osoby do pomocy. Praca łatwa, miła i przyjemna, trzeba tylko rozkładać książki na półkach, pomagać klientom i od czasu do czasu pobawić się w papierologię. Nawet ty sobie poradzisz – kiedy wypowiada ostatnie zdanie, zauważam na jego twarzy niemal niedostrzegalny drwiący uśmiech.
Pewnego dnia, gdy zaśnie, ogolę go na łyso. Na razie jednak udam, że niczego nie zauważyłam. Na razie.
- To świetnie. Kiedy zaczynam?
Chłopak patrzy na zegarek na swoim nadgarstku i odpowiada:
- Masz trzydzieści siedem minut.
- Że co?! – szeroko otwieram oczy – Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym wcześniej?!
- A po co miałem mówić? W stresie człowiek mobilizuje się szybciej – wzrusza ramionami mój współlokator. Mój już-prawie-ogolony-na-łyso współlokator.
Wzdycham poirytowana, jednocześnie czując coś na kształt wdzięczności do Raphaela, za to, że mi pomaga. A właśnie, dlaczego on to w ogóle robi?
- Mogę zadać ci pytanie? – zwracam się do chłopaka.
- Właśnie to zrobiłaś – zauważa gburowato. Zmuszam się, aby to także zignorować.
- Czemu załatwiasz mi tą pracę?
Oczekuję, że opowie mi, jak to go wzruszył mój ciężki, pustoportfelny los i postanowił wielkodusznie mi pomóc, ponieważ troszczy się o mnie, tak zacną i cudowną osobę.
- Ktoś musi płacić połowę rachunków – stwierdza bezdusznie – A im szybciej, tym lepiej.
Wiecie co? Mógłby czasem skłamać. Wtedy sprawiałby chociaż wrażenie, że posiada coś w rodzaju serca.
- Aha, bardzo… praktyczne podejście do tematu – nie udaje mi się wymyślić inteligentniejszej odpowiedzi. Poza tym, walczę z pokusą, aby nie wywrócić oczami – Dziękuję – dodaję jeszcze.
- Pewnie powinienem powiedzieć, że nie ma za co, ale nie widzę powodu, żeby kłamać- mówi Raphael z kamienną twarzą. Moja tylko przybiera czerwony kolor – W porządku. To ty się zbieraj, a ja poczekam w samochodzie – rzuca brunet nakładając kurtkę.
- Zaraz, zaraz – zatrzymuję go w drzwiach – Jedziesz ze mną? – jakoś niespecjalnie mi się ten pomysł podoba.
- Przecież właśnie to powiedziałem, czyż nie? – odpowiada on, jaz zwykle arogancko. – Poza tym, ktoś musi tłumaczyć twoją prymitywną mowę ludziom cywilizacji – pan Idiota-Do-Wynajęcia przybiera postawę agresja minus dziesięć. Problem w tym, że w moim przypadku ta wartość wzrosła dwukrotnie.
- Ja… cię… ty… uhg! – mam ochotę przerobić go na uroczy zestaw wypoczynkowy do salonu. Chcę mu to właśnie zakomunikować, jednak on zatyka mi usta swoją durną łapą i mówi:
- Spokojnie, nie pałaj taką żądzą krwi, bo się zmęczysz – po tych słowach zabiera ręce i wychodzi na klatkę schodową, zostawiając mnie sparaliżowaną z oburzenia,
Policzę teraz do dziesięciu, może nawet do jedenastu i dopiero jak skończę, to pójdę do auta. Jeśli podczas podróży do księgarni nie urwę łba temu zarozumiałemu, infantylnemu, zidiociałemu, zchamiałemu debilowi, to można to będzie nazwać sukcesem.
***
Uff, stoimy już pod księgarnią. Podczas jazdy nie zdekapitowałam Raphaela, więc mogę być dumna ze swojej silnej woli. Ale wróćmy do bieżących wydarzeń.
Ja szukam miejsca do zaparkowania, a Raphael już wyskakuje z auta i szybkim krokiem idzie do budynku.
Yes! Puste miejsce! Skoro tylko udaje mi się zaparkować, wysiadam z auta i kieruję się w stronę księgarni, gdzie…
No nie. Chyba jestem chora, ponieważ dwoi mi się w oczach. Przy ladzie stoją dwaj młodzi mężczyźni. Jednym z nich jest Raphael, a drugim… Cóż, obydwaj wyglądają bardzo podobnie. Tylko tak jakby kolory im się odwróciły. Raphael ma włosy czarne, a ten drugi (roboczo nazwijmy go Gem) ciemno-blond. Karnacja Gema jest dość ciemna, choć nie wygląda na sztuczną opaleniznę. Także jego oczy są ciemno-brązowe, jak w przypadku bruneta, szaro-błękitne. Obu chłopaków różni (choć nieznacznie, to jednak) postura. Każdy z nich ma smukłą, delikatnie ale wyraźnie umięśnioną sylwetkę, jednak Gem jest trochę wyższy i nieco szerszy w barach od Raphaela. Przyznaję także, z pewną dozą niechęci, że obaj są całkiem przystojni, chociaż każdy na swój sposób.
- To właśnie Rinelle – przedstawia mnie Raphael, tym samym przerywając moje rozmyślania.
- Miło mi - mówi blondyn wyciągając rękę i uśmiechając się do mnie przyjaźnie – Mam na imię Leonard.
Hm… To mi coś przypomina, ale nie do końca wiem co.
- Hej – odpowiadam uśmiechem – Ja jestem Rinelle, ale mów mi po prostu Rin.
Leonard, Leonard, no gdzieś dzwoni, ale nie wiem, w którym kościele.
- Bardzo się cieszę, że będę miał kogoś do pomocy. Nawet nie uwierzysz, jaki tu czasem panuje bałagan.
Ma rację. Nie wierzę. W księgarni panuje absolutny i porządek. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby kiedykolwiek było tu inaczej. Ale Leonard… Coś mi już chyba świta…
- Czyli mieszkasz z moim małym braciszkiem? – zagaja Leonard.
Dopiero po chwili dociera do mnie sens jego słów.
- Eee… braciszkiem? – pytam odrobinę zbyt wysokim tonem.
- Aaa, Raphael nic ci nie mówił, co? – blondyn spogląda na swojego… brata, a ten w odpowiedzi posyła mu tą minę. – No tak, to do niego podobne. Pozwól więc, że ja ci to wytłumaczę. Jak już wcześniej wspomniałem, Rafito jest moim młodszym bratem. Podobieństwo chyba widać, nawet mimo różnic w kolorach – Ciągnie dalej Leo (jest taki miły, że chyba mogę go tak nazywać) – Jednakże Raphael posiada osobowość trochę, hm… introwertyczną, ja za to cenię sobie miłe towarzystwo – kolejny promienny uśmiech. Czy mi się wydaje, czy on ze mną flirtuje?
Na razie nie doszukałam się w Leonardzie żadnej widocznej wady. Robot jakiś czy co?
- Okej, dość już tej uprzejmości – przerywa nam Raphael – Ja już sobie pójdę, a wy zabierzcie się do pracy. Aha, i pamiętaj – zwraca się do brata – Nie każdy zniesie twój uroczo-słodki charakter – krzywi się w kpiącym uśmiechu i wychodzi.
A ja zostaję z Panem Uroczo-Słodkim. Sama. Jakoś dziwnie się czuję ze świadomością, że będę z jakimkolwiek krewnym Raphaela w stosunkowo niewielkiej przestrzeni. Trochę to przerażające. Ale z drugiej strony może dowiem się czegoś o Leonardzie. I oczywiście o jego ukochanym młodszym braciszku.
- To… od czego mam zacząć? – pytam.
- Cóż.. – Leo w zamyśleniu pociera podbródek – O, już wiem! Widzisz te kartony, tam, za ladą? – pyta, a ja potakuję – Książki z pierwszego rozłóż na regale obok okna, a resztę zanieś do magazynu.
- Jasne, zaraz się tym zajmę! – moja próba udawania entuzjazmu jest nieco zbyt… entuzjastyczna.
Podchodzę do pierwszego pudła i zaczynam je rozpakowywać. Ech, gdyby to nie była moja praca… Spędziłabym tu cały dzień czytając wszystko, co wpadnie mi w ręce. Ale jak to się mówi, służba, nie drużba.
***
No, koniec. To znaczy, prawie koniec. Przed chwilą wyszedł ostatni klient, ale trzeba jeszcze posprzątać i pozamykać. I to chyba będzie najmniej ekstremalne zajęcie, jakie dzisiaj zrobiłam. A co takiego ciekawego miałam do roboty? Już mówię.
1. Rozładowanie pięciu wielkich, wypełnionych po brzegi książkami pudeł. Z tym uwinęłam się w jakieś dwie godziny, mimo monstrualnych gabarytów niektórych tomów.
2. Bitwa z ekspresem do kawy, który nie dość, że postanowił nie robić tej kawy, to jeszcze psykał i syczał na mnie, a ilekroć próbowałam go wyłączyć, kopał mnie prądem.
3. Starcie ze staruszką, której nie udało mi się wytłumaczyć, że książka pod tytułem „Historia motoryzacji” to nie katalog skuterów dla seniorów.
4. Opanowaniu dwóch smarkaczy, którzy bawili się w bombowce, rozwalając przy tym dział książek dla dzieci (ja nie wiem co im matka zrobiła, zamiast ich wychować).
W sumie to nie było tak źle, ale jak na pierwszy dzień pracy to zbyt dużo atrakcji dla mnie.
Właśnie nadchodzi Leonard, który w zasadzie cały dzień był w swojej pracy (okazuje się, że to księgarnia jego matki, a on tylko zajął się zatrudnieniem pomocy). Myślę, że nadszedł czas na podpytanie go.
- Co tam, zmęczona? – zagaduje chłopak.
- Tylko trochę – uśmiecham się odrobine krzywo na wspomnienie braci-bombowców.
- Masz prawo, spisałaś się dzisiaj – odwzajemnia uśmiech – Nie każdemu udaje się to w pierwszy dzień – opiera się łokciami o ladę.
Kolejny raz odnoszę wrażenie, że próbuje na mnie swojego czaru.
- Jedziesz gdzieś po pracy? – pyta – Chętnie cię podwiozę.
Okej, teraz to już jestem pewna, że stara się mnie poderwać. A może mi się jednak wydaje…
- To bardzo miłe, dziękuję – powstrzymuję się od nawijania włosów na palec i trzepotania rzęsami. Nieładnie byłoby naśmiewać się z własnego szefa. – Dam sobie radę. A… mogę o coś zapytać? – zmieniam temat.
- Jasne – odpowiada Leonard. Raphael na jego miejscu powiedziałby „właśnie to zrobiłaś”.
- Gdzie tak w ogóle pracuje twój brat? Mieszkam z nim już jakiś czas, a praktycznie nic o nim nie wiem – to nie do końca prawda. Wiem przecież, że Raphael jest nadętym i przemądrzałym narcyzem. Ale może jednak przemilczę ten fakt.
- Gdzie on pracuje, tak? – chłopak marszczy brwi – Łatwiej byłoby wymienić miejsca, w których nie pracuje. Restauracja, kino – miał mnóstwo dorywczych prac, ale z tego co wiem, udziela teraz korepetycji i tłumaczy książki jakiemuś wydawnictwu.
- Czyli taki człowiek pracujący, żadnej pracy się nie boi, co? – żartuję. – Ale czekaj, mówiłeś, że coś tłumaczy. Studiował jakiś język?
- Nie do końca – kręci głową blondyn – Jesteśmy jakby… dwujęzyczni.
- Rozwiniesz? – chyba domyślam się, o co chodzi, ale wolę być pewna.
- Bo widzisz, z nami to jest tak: nasza matka pochodzi stąd, dokładnie z tego miasta. Natomiast tata jest Hiszpanem – wydaje mi się, że na wspomnienie o rodzicach przez jego twarz przemyka cień, ale może to być tylko przywidzenie – Obaj z bratem urodziliśmy się właśnie w Hiszpanii, tam też chodziliśmy do podstawówki. Dopiero od jakichś dziesięciu lat mieszkamy tutaj. Tak więc siłą rzeczy mówimy w dwóch językach. Dodam, że całkiem biegle – kolejny uśmiech.
No dobrze, to tłumaczy parę rzeczy. Na przykład ich wygląd. Chciałabym zadać jeszcze kilka pytań, ale mój wzrok pada na zegar wiszący na ścianie, co uświadamia mi, że czas już iść do domu.
- To co, zamykamy? – pytam.
- Tak, tylko wezmę parę rzeczy z zaplecza – słyszę w odpowiedzi – Jak chcesz, możesz czekać przed samochodem.
- Super, dzięki – mówię i zostawiam klucze wyciągnięte z kieszeni na blacie, po czym wychodzę na zewnątrz.
***
Zmierzcha już, kiedy parkujemy przed blokiem. Wysiadam z auta. Ku mojemu lekkiemu zdumieniu okazuje się, że Leonard robi to samo.
- O, czyli będziesz dzisiaj na kolacji? – cieszę się, ponieważ po raz pierwszy od dłuższego czasu nie musiałabym jeść sama albo w towarzystwie milczącego zarozumialca spożywającego w tempie szalonej wiewiórki z ADHD.
- Niestety nie, wpadnę tylko na chwilę, żeby zamienić kilka słów z Raphaelem – mówi chłopak przepraszającym tonem.
- Nie ma sprawy – odpowiadam, choć trochę mi szkoda.
Po wejściu do mieszkania zastajemy Raphaela krzyczącego coś po hiszpańsku do telefonu. Chyba nie jest to rozmowa, a jedynie ostry monolog, bo z kilku słów, które udaje mi się zrozumieć, wynika, że głównie kogoś wyzywa. Zawsze wydawało mi się, że hiszpański to taki radosny język. Teraz, w ustach najwyraźniej wściekłego Raphaela brzmi raczej groźnie.
Nie wiem, jak mam zareagować, więc tylko stoję przy drzwiach. Leonard natomiast wydaje się być przyzwyczajony do takich sytuacji, ponieważ podchodzi do brata i mówi cicho do niego coś uspokajającego, po czym bierze mu z ręki telefon. Chwilę rozmawia, już nie po hiszpańsku, więc rozumiem, że usprawiedliwia Raphaela i przeprasza osobę po drugiej stronie. Najwyraźniej ta osoba jest bardzo wzburzona, ponieważ chłopak w końcu trochę już poirytowany mówi:
- Tak, wiem, że niczego nie zrozumiałaś, ale uwierz mi, to dobrze, bo on się tylko uzewnętrzniał – po tych słowach rozłącza się, a następnie wychodzi z bratem na klatkę schodową. To znaczy, blondyn wychodzi, a brunet  wypada jak z procy.
Podchodzę do okna i wyglądam na podwórko. Po chwili widzę na nim Raphaela i Leonarda. Ten pierwszy jest bardzo rozdrażniony, cały czas intensywnie gestykuluje i chyba krzyczy na brata. Ten z kolei stara się go uspokoić, choć widać, że również jest poruszony. Następnie bierze Raphaela za ramiona i patrząc mu prosto w oczy wypowiada kilka słów, które najwyraźniej ostudzają gniew chłopaka. Teraz starszy z braci przytula młodszego, który jednak wyplątuje się z uścisku niemal momentalnie i po machnięciu Leonardowi ręką wraca do budynku.
Odskakuję od okna i idę do przedpokoju. Kiedy wchodzi Raphael, pytam:
- Coś się stało?
- Nie, wcale, nie widzisz, że tryskam humorem? – warczy on.
- Może jednak jestem w stanie jakoś ci pomóc? – nie daję zbić się z tropu.
- Nie, nie jesteś – odpowiada gniewnie chłopak – Czy mogłabyś przestać zachowywać się jakbym miał trzy lata? Nie każdy problem da się rozwiązać oklepanym tekstem z głupiego amerykańskiego filmu.
Tego już za wiele.
- Ej, to, że masz jakieś kłopoty, nie oznacza, że wolno ci tak do mnie mówić – denerwuję się – Wyobraź sobie, że nie cały świat kręci się wokół ciebie. Spytałam dlatego, że naprawdę chciałam coś zrobić, żebyś poczuł się lepiej. A wiesz dlaczego? Bo się o ciebie martwię, tak samo, jak martwiłby się każdy normalny człowiek na moim miejscu. Ty, jak widać, nie potrafisz tego docenić – dodaję z nutą żalu w głosie.
Raphael wygląda tak, jakby chciał powiedzieć coś obraźliwego, jednak w ułamku sekundy jego twarz łagodnieje.
- Masz rację – mówi spokojnie, czym wprawia mnie w zdumienie. Nie tego się spodziewałam.
- Słucham? – mrugam kilka razy oczami.
- Masz rację – powtarza chłopak – Rzeczywiście nie zasłużyłaś sobie na takie słowa z mojej strony. Wybacz.
- W porządku, przyjmuję przeprosiny – odpowiadam, po czym robię rzecz, której chyba nie przemyślałam.
Delikatnie przytulam Raphaela. Ten napina się cały, jakby szykował się na coś nieprzyjemnego, jednak po chwili rozluźnia się, mimo, że nie odwzajemnia objęcia.
- Ja… dziękuję – mówi, gdy się odsuwam, jednak ma przy tym taki wyraz twarzy, że nie wiem, czy to naprawdę, czy po prostu nie wie co innego powiedzieć.
- Nie ma za co – odpowiadam – I, wiesz, chciałabym, abyś wiedział, że jeśli masz potrzebę pogadać to… no, jestem obok i zawsze wysłucham.
- Będę pamiętał – odpowiada brunet – Ale teraz jedyna konwersacja, na jaką mam ochotę to ta z moją własną poduszką. Dobranoc, Rinelle. I… - nie dowiaduję się, co miało nastąpić po „i”, ponieważ w tym momencie Raphael macha ręką w nieokreślony kierunku i idzie do swojej sypialni. Ja zresztą robię to samo.
W łóżku długo nie mogę zasnąć, więc rozmyślam nad tym, co też mogło tak poruszyć Raphaela. Nie znałam go jeszcze z tej strony. Praktycznie rzecz biorąc, prawie w ogóle go nie znam. Mimo to chcę mu pomóc, chcę, żeby poczuł się lepiej, ponieważ… lubię go.
W końcu zasypiam, jednak przeczucie, że dzieje się tu coś dziwnego, nie opuszcza mnie aż do zapadnięcia w sen.
***

Zaczekałem, aż Rinelle zaśnie i wyszedłem przed blok, gdzie umówiłem się z Leonardem, po raz drugi tego wieczoru. Mimo panującego półmroku, zauważyłem go niemal od razu.
- Co robimy? – zapytałem, gdy tylko się zbliżył.
- Nic, czekamy, co powie Eriksson.
- Oby tylko nie trwało to zbyt długo.
Znałem dowódcę Oriona odkąd sięgałem pamięcią. Jego reakcja zawsze była szybka, ale w tej sytuacji liczył się każdy dzień, każda godzina.
- Raphaelu – odezwał się mój brat – Popatrz na mnie. Działamy razem z Orionem – powiedział z naciskiem – Razem, rozumiesz?
- Oczywiście, że tak. Masz mnie za idiotę? – warknąłem.
- Dobrze wiesz, że nie. Po prostu często działasz… impulsywnie. A to jest niewskazane.
Mimo, że Leonard był jak zwykle irytująco uciążliwy, doskonale rozumiałem, o co u chodziło.  Choć nigdy nie lubiłem działać w zespole, ten jeden raz musiałem się przemóc.
- Rozumiem. Jeśli to wszystko, to myślę, że możesz wracać do domu – wyczerpałem już limit na konieczne rozmowy tego dnia. Wiedziałem, że mówiąc to sprawiłem mu przykrość, czy raczej spowodowałem u niego zrezygnowane rozczarowanie, ponieważ zdążył się już przyzwyczaić do mojego zachowania przez te dwadzieścia jeden lat.
- W takim razie do zobaczenia, braciszku – odparł z westchnieniem Leonard.
I odszedł.
Ja też wróciłem do domu. Po drodze do swojej sypialni sprawdziłem tylko, czy Rinelle nadal śpi. Na szczęście tak. Ostatnim, co chciałbym teraz robić, było zwierzanie się jej z moich problemów.
Chwilę później leżałem już w łóżku i zmusiłem się do zaśnięcia.

niedziela, 9 października 2016

Rozdział 3 i 4

3

Już od kilku dni mieszkam z Raphaelem. Od tamtej kłótni dość mało ze sobą rozmawiamy, ale jemu wydaje się to nie przeszkadzać. Ja natomiast ubolewam nad tym, że jedyna osoba, do której mogę gębę otworzyć, jest… antypatyczna i aspołeczna, delikatnie mówiąc.
Od dłuższego czasu szukam sobie także jakiejś pracy. Kelnerka? Czemu nie, chociaż przeszkodę może stanowić u mnie problem z koordynacją ruchową. Niania? Nie, jak lubię dzieci, tak cały czas bałabym się, że może im się coś przeze mnie stać.
Okej. Muszę to jeszcze przemyśleć.
Po całodniowym przeglądaniu ofert pracy (ja) i miotaniu się po domu w niewiadomym celu, wyjąwszy parogodzinną przerwę na wyjście dokądś (Raphael), jedno głośnie uznajemy, że możemy włączyć telewizję. Rozsiadam się więc (względnie) wygodnie w kanciastym fotelu naprzeciwko telewizora. Do wyboru mamy kilka kanałów różnego rodzaju, a ja, jak to zwykle ja, wybieram jakąś głupią komedię. Kiedy już zaczynam wciągać się w fabułę, mój ukochany współlokator przełącza film na program informacyjny.
- Hej! – protestuję – Ja to oglądałam!
- A ja nie – stwierdza chłodno chłopak.
- Wiesz co, chyba już to kiedyś słyszałeś, ale jesteś nieznośny.
- No cóż – Raphael wzrusza ramionami – Geniusze już tak mają
- Czyżby? A co to ma do rzeczy? – droczę się z nim. Nie reaguje.
Ta, jasne. Nasz kochany egocentryk geniuszem? Jak już mówiłam: ta, jasne.
- Jak chcesz – posyłam mu spojrzenie znaczące „i tak ci nie wierzę”.
Po tej jakże cudownej potyczce słownej mam ochotę znów przełączyć na komedię, ale przypominam sobie, że pilot nadal znajduje się w rękach buraczanego buraka. W tym wypadku pozostaje mi albo oglądanie wiadomości, albo powrót do mojego pokoju. Niestety, aby tam się udać, musiałabym poprosić Raphaela, żeby usunął się z przejścia. A nie mam ochoty odzywać się do niego.
W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak siedzenie cicho i oglądanie najnowszych wydarzeń ze świata. Na początku nic mnie nie ciekawi, kursy walut, ustawa o sprzedaży czegoś tam – nie moja bajka. Dopiero ostatnia informacja przykuwa moją uwagę.
­- Kilka dni temu w godzinach wieczornych zaginął znany prawnik – mówi spiker – Ostatnio zajmował się sprawą znanego polityka, Johna Brumby’ego, który przed dwoma tygodniami został oskarżony o defraudację znacznej sumy pieniędzy z rządowego budżetu. Wraz z adwokatem zniknęła jego żona. Policja nie wyklucza, że to porwanie.
Następnie zostaje pokazane zdjęcie małżeństwa. Oboje są w średnim wieku. Mężczyzna ma urodę typowo południową: ciemne oczy, czarne, przyprószone siwizną włosy i broda, ciemna karnacja. Kobieta natomiast jest jego przeciwieństwem. Ma proste blond włosy do ramion, szare oczy i delikatne, niemal elfie rysy twarzy.
- Jaka szkoda – mówię – Jak można kogoś porwać, do tego wraz z żoną! Jakikolwiek nie byłby powód.
- Żałujesz ich tak bardzo głównie dlatego, że wyglądają tak a nie inaczej. Gdybyś zobaczyła dwóch obdartusów, mniej przejmowałabyś się ich losem – stwierdza cynicznie Raphael.
- Skąd możesz to wiedzieć? – obruszam się.
- Ludzie już tacy są – odpowiada.
Już mam temu zaprzeczyć, kiedy zdaję sobie sprawę, że to wcale niegłupie spostrzeżenie.
- Nie myśl sobie, że tak dobrze potrafisz rozgryźć każdego człowieka – nie daję jednak za wygraną.
Chłopak nic nie mówi. Zamiast tego spogląda na mnie z tą miną.
- Okej, okej, poddaję się – unoszę ręce do góry – Tylko już nie patrz na mnie taj, jakbym ci ojca gazetą zabiła.
- Świetny żart – sarka on w odpowiedzi – Naprawdę wybitny.
A jednak udaje mi się go trochę rozweselić. No, nie jest to może najlepsze sformułowanie. Po prostu jego pochmurna twarz w końcu się rozluźnia i minę ma teraz neutralną.
- Masz może prawo jazdy? – pyta Raphael znienacka.
- Tak. A do czego ci to potrzebne? – dziwię się, choć domyślam się już odpowiedzi.
- Chciałbym, żebyś mnie jutro gdzieś zawiozła. Możesz? – jest to chyba najgrzeczniejsza prośba, jaką w życiu wyraził.
- No dobra. A masz samochód? – raczej nie pytam na poważnie.
- O to się nie martw – brzmi odpowiedź, która sprawia, że właśnie się martwię.



4

Nazajutrz budzą mnie jakieś podejrzane drgania mojej prawicy. Otwieram jedno oko i patrzę na rzeczoną kończynę. Ku mojemu zdziwieniu wyrasta z niej inna ręka, tylko taka jakby trochę większa. Po chwili zauważam też, że do tej jakby trochę większej ręki przytwierdzona jest reszta ciała potwora. Przepraszam, powinnam być politycznie poprawna, a więc nie potwora, tylko Raphaela.
- Czego? – pytam uroczo zachrypniętym od snu głosem.
- Twojego wstania – opowiada budziciel.
- Nie ma opcji.
- Obiecałaś, że mnie gdzieś dzisiaj podwieziesz, pamiętasz?
To mnie trochę rozbudza. Zaraz jednak wszystkiego mi się wszystkiego, ponieważ zauważam godzinę wyświetloną na zegarku.
- Siódma trzydzieści? – jęczę – Dokąd ty się teraz wybierasz, przecież jest środek nocy.
- Och, wschód słońca był o szóstej czterdzieści dziewięć.
- Ty tak na serio?
- Nie. Tak naprawdę to słońce wyszło kilka minut później, ale to wina szerokości geograficznej.
W odpowiedzi jęczę głośniej.
- No już, wstawaj, leniu – Raphael ściąga ze mnie kołdrę – Ale ruchy, bo wyjazd za pół godziny – dodaje i w końcu zostawia mnie samą.
Nie mam innej opcji, jak tylko zwlec swoje nieszczęsne zwłoki z łóżka i poczłapać do szafy po ubrania. Normalnie spędziłabym przed nią dość dużo czasu, ale dzisiaj nie za wiele go mam. Decyduję się więc szybko na czarny, obcisły t-shirt i standardową parę jeansów. Biorę ubrania do łazienki, potem prysznic i cała reszta. W rezultacie jestem gotowa do wyjścia o siódmej pięćdziesiąt dziewięć.
- No, wreszcie skończyłaś – rozlega się za mną niespodziewanie, aż podskakuję – Chodź, jesteśmy już spóźnieni – chłopak wychodzi szybko z mieszkania, pozostawiając mi zaszczyt zamknięcia drzwi. Tak więc zabezpieczam naszą rezydencję przed niepożądanymi gośćmi i schodzę na dół. A przed klatką co stoi? No właśnie niespodziewana niespodzianka stoi!
- C-co to jest? – dukam na widok czarnego samochodu, którego sam prezydent USA by się nie powstydził.
- Auto – odpowiada Raphael ze stoickim spokojem.
- Ja… Ja tym nie pojadę! – protestuję – Cholera jest za duża! Ta fura plus ja za kierownicą równa się pewna śmierć, a przynajmniej przystanek na najbliższym drzewie!
- Och, nie dramatyzuj tak – wariat, który chce mnie posadzić za kółkiem tego czarnego potwora, przewraca oczami – To tylko zwykły samochód. Zresztą jego obsługa jest prosta jak drut. Nawet ty sobie poradzisz.
Puszczam mimo uszu fakt, iż mnie obraża. W tej samej chwili do głowy wpada mi pewna myśl,
- Po co ci auto, skoro nie umiesz prowadzić? Bo zakładam, że to twoje auto, a nie kradzione.
- Nie powiedziałem, że nie umiem prowadzić.
- W takim razie do czego ja ci jestem potrzebna?
- Nie musisz być koniecznie ty. Po prostu potrzebuję kogoś z prawem jazdy, a akurat ty byłaś pod ręką.
Okej, Rin, tylko spokojnie. Spróbuj nie trzasnąć tego burola w gębę.
- Czyli podsumowując: masz auto, umiesz prowadzić, ale nie masz prawka, więc potrzebna ci jestem ja, tak?
- Tak.
- W takim razie powtórzę: nic z tego. Nie wsiądę za kierownicę tej maszyny zagłady.
Raphael nie odpowiada. Zamiast tego w jego oczach pojawia się dziwny błysk. Rozkaz, aby uciekać, za późno dociera z mózgu do moich kończyn. Chłopak chwyta mnie za ramiona i niezbyt delikatnie pakuje na siedzenie kierowcy. Sam siada obok i przyciskiem blokuje wszystkie drzwi.
- Hej! – głośno protestuję, otrząsnąwszy się z pierwszego szoku – To jest porwanie!
- Przecież to ty siedzisz za kierownicą. Jak już, to ty porywasz mnie.
- Ale to ty zamknąłeś drzwi!
- Możesz je otworzyć w każdej chwili tym guzikiem po prawej – wzdycha – A zamknąłem je ze względów bezpieczeństwa. Normalnie auta robią to automatycznie, ale temu chyba się coś popsuło.
Dobra, może i ma rację. Ale to i tak nie zmienia faktu, że Raphael znowu zachował się jak psychol.
- Nie jadę – oznajmiam dobitnie.
Brunet patrzy na mnie zmęczonym wzrokiem i, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, mówi:
- Proszę.
Że co?! On mnie o coś poprosił?! No nie wierzę. Jestem jednak dość podejrzliwa wobec niego. Patrzę spod byka, ale nie widzę żadnego podstępu malującego się na jasnej twarzy.
- W porządku – odpowiadam – Pojadę, ale masz ograniczyć swoje komentarze do minimum. Żadnego poprawiania mnie, dogadywania. Tylko te uwagi, które są potrzebne. Dociera?
- Oczywiście, wasza wysokość – uśmiecha się kpiąco chłopak.
Okej, teraz mogę jechać, a przynajmniej spróbuję. Nie mogę jednak znaleźć stacyjki z kluczami. Nagle przypominam sobie, że te nowsze samochody włącza się takimi guzikami…
- Tam po lewej masz przycisk „start” – rozlega się z boku.
Rzucam Raphaelowi mordercze spojrzenie. Może mi się wydaje, ale tak jakby kurczy się w sobie. I dobrze mu tak.
***
Po dwudziestu minutach i kilku (nie)zbędnych komentarzach mojego ukochanego współlokatora docieramy do celu. Hm. Myślałam, że Raphael poprowadzi mnie do jakiejś mrocznej speluny, gdzie będzie załatwiał swoje ciemne interesy. A tymczasem proszę bardzo! Ładna, zadbana kamieniczka w centrum miasta
- Poczekaj w samochodzie – mówi chłopak i wraz z jakąś płaską paczuszką, której wcześniej nie zauważyłam wychodzi z auta. Podejrzanie znajomą paczuszką.
Ale wróćmy na chwilę do samego niosącego. Tak więc staje on przed drzwiami wcześniej wspomnianej kamieniczki i naciska domofon. Przez chwilę nic się nie dzieje. Nagle z klatki wychodzi młoda (ładna, nawet bardzo) blondynka. Oczywiście uśmiecha się promiennie do Raphaela, który wydaje się na to nie zwracać uwagi. No ale to przecież Raphael. Chłopak chyba coś mówi i podaje dziewczynie to, co trzyma w ręku. Ona wtedy błyska białymi zębami i trzepoczę rzęsami jak jakaś niepełnosprytna. Po chwili jednak opanowuje się i podaje brunetowi jakąś szarą teczkę. On już chce się oddalić, ale ona jeszcze coś nawija, odrzuca włosy zgrabnym ruchem ręki i tak zasuwa tymi rzęsami, że poważnie obawiam się o efekt motyla. W końcu dziewczyna daje dojść do głosu swojemu rozmówcy, ale chyba jednak nie mówi on niczego, co by jej się podobało, ponieważ robi smutną minkę, głaska go po ramieniu i po szybkim „pa!” (wyczytałam z ruchu warg) znika w kamieniczce.
Raphael wraca do samochodu i z powrotem zajmuje miejsce obok mnie.
- I jak się udała transakcja? – rzucam
- Wprost cudownie. W tej teczce mam milion dolarów w nowiutkich banknotach – chłopak nawet nie sili się na żartobliwy ton.
- Super. W takim razie pięćdziesiąt procent dla mnie jako kierowcy – mówię w podobnym tonie.
- Dobra, koniec głupich żartów – ucina mój ukochany współlokator, po czym ruszamy w stronę domu.

Po powrocie do mieszkania zaczynam aktywnie zastanawiać się, co znajdowało się w tamtej paczuszce. Mam pewną teorię, ale wydaje mi się ona niedorzeczna. Jednak z natury jestem dość ciekawska i lubię wtykać nos w nieswoje sprawy. Tak więc w końcu zadaję Raphaelowi pytanie:
- Czy w tej paczce było to, co myślę, że w niej było?
- Pomimo mojej ponadprzeciętnej inteligencji nie mogę odpowiedzieć na twoje, jakże dziwacznie sformułowane, pytanie, ponieważ nie wiem, co masz na myśli. Na szczęście – mówi chłopak i robi tą minę, chociaż tym razem trochę bardziej rozbawioną.
- To cię naprowadzę, geniuszu – odpowiadam, specjalnie akcentując ostatnie słowo. – Pamiętasz nasz ostatni spacer do sklepu i rzecz, którą w nim kupiłeś?
- Ach, o to ci chodzi! – Raphael udaje, że dopiero teraz zrozumiał – Tak, w tej paczce były rajstopy.
Czekam na jakieś dalsze wyjaśnienia, jednak one nie następują. Sama więc zaczynam ciągnąć go za język.
- Ale dlaczego je dałeś tej dziewczynie?
- A wiesz, że to nie twoja sprawa? – odpowiada pytaniem na pytanie Raphael.
- Moja – mówię zdecydowanie – Bo może ty i tamta blondyna planujecie napaść razem na bank w tych pończochach, a skoro jesteś moim współlokatorem, mam prawo interesować się, czyś nie spsychopaciał do reszty.
- Nie ma takiego słowa – zauważa trzeźwo, choć irytująco chłopak.
- Ty mnie tu za słówka nie łap i nie wymiguj się od odpowiedzi – marszczę brwi i staram się wyglądać groźnie, co nie za bardzo mi wychodzi, ponieważ cały czas muszę powstrzymywać się od parsknięcia śmiechem.
- No dobrze, zaspokoję twoją dziecinną ciekawość – facet wywala gałami, ale jednak udzieli mi odpowiedzi. Ha! I kto jest górą?
- Dawaj.
- To było coś w rodzaju wymiany handlowej. Ona podała mi pewne informacje, których potrzebowałem, a w zamian dostała ode mnie to, o co prosiła.
- Ale czemu te cholerne rajstopy?! Co to, cukiernie były zamknięte?! – nie wytrzymuję i ryczę śmiechem.
Raphael patrzy na mnie odrobinę przerażonym wzrokiem, z czego czerpię małą satysfakcję.
- Proponuję zakończyć temat – mówi chłopak, kiedy jestem na tyle spokojna, że jakakolwiek informacja może do mnie dotrzeć.
- Jak sobie chcesz – krztuszę się własnym chichotem – Ale wiesz co? Ty chyba ślepy jesteś. Bo dziewczyna raczej nie prosi o kupno rajstop zwykłego znajomego.
- Co masz na myśli? – pyta ze stoickim spokojem mój współlokator.
- Nie widziałeś jak tamta…
- Molly.
- … tamta Molly wypróbowuje na tobie wszystkie możliwe sztuczki?
- Sztuczki? – brunet unosi jedną brew – A o jakież to sztuczki chodzi?
- O Jesss… - tym razem to ja wywraca oczami – Dziewczęce! No wiesz, trzepotanie rzęsami, poprawianie włosów, powłóczyste spojrzenia – demonstruję kolejno wszystkie te czynności.
- Ach, tak, tę dziwaczną mimikę i gestykulację zauważyłem. Co w związku z tym?
Ja wysiadam. Jedyny facet (poza pewną ich grupą), którego takie rzeczy nie ruszają.
- Cóż, większość mężczyzn odbiera to jako sygnał pod tytułem: „podobasz mi się”.
- A skąd możesz wiedzieć, jak większość mężczyzn to odbiera, co?
- Po prostu mogę. Jak widać bardziej od ciebie – wcale nie chcę niczego insynuować, ale tak po prostu wyszło.
- Czy ty coś sugerujesz?
Milczę zakłopotana. On patrzy na mnie wyczekująco.
- Słuchaj, nie chciałam cię urazić… Naprawdę nie myślę, że…
- Jestem gejem? – dopowiada za mnie – Nie, nie jestem. Jak już, to raczej staram się być w ogóle aseksualny przez większość czasu, bo to pomaga w zachowaniu profesjonalizmu. Ale skoro już jesteśmy w temacie, to mogę ci udowodnić, że myliłaś się co do mojej orientacji.
Okej…
- Wyjaśnię ci to na najprostszym przykładzie – ciągnie dalej Raphael – Weźmy na przykład ciebie. Mieścisz się w granicach przeciętnej atrakcyjności, chociaż w zależności od sędziego można uznać cię za mniej lub bardziej ładną. Do ogólnie przyjętego pojęcia walorów można by u ciebie zaliczyć oczy, usta i odpowiednio kobiecą sylwetkę.
W tym momencie, nie ukrywam, mam ochotę po prostu mu przywalić, nie uderzyć, tylko przywalić. Co ja jestem, jakiś… jakiś… odkurzacz, żeby mówić o moich „walorach” i „przeciętnej atrakcyjności”?! Czuję się jak kawał mięsa na targu, a powód tego odczucia znajduje się w zasięgu mojej ręki. Hm, kusząca propozycja, ale chyba na razie powstrzymam się od zrobienia koledze krzywdy, ponieważ właśnie zbiera mu się na podsumowanie, a tego nie mogę przegapić.
- Tak więc, jak widzisz, a raczej słyszysz – kontynuuje gbur – nie mogę być homoseksualistą, ponieważ takowy nie zauważyłby z tak daleko idącą dokładnością twoich aspektów fizycznych.
Zaraz mu pokażę mój najsilniejszy „aspekt fizyczny”, jakim jest prawy sierpowy. Wstaję, aby mu porządnie przyłożyć, jednak kiedy on także zmienia pozycję z siedzącej na stojącą, uświadamiam sobie, że w konfrontacji nie miałabym z nim najmniejszych szans. Wobec tego rzucam tylko wściekłe „burak!”. Na to on podchodzi bardzo blisko mnie, patrzy mi w oczy i poważnym tonem pyta:
- Czy uważasz, że jestem różowy?
Najpierw mnie zupełnie zatyka. Mrugam kilka razy oczami, a gdy mija mi osłupienie, wybucham niekontrolowanym śmiechem. Ja nie wiem jak on potrafi z granic furii doprowadzić mnie do stanu maksymalnej głupawki.
Śmieję się jak opętana, aż łzy ciekną mi po policzkach. Po chwili dołącza do mnie Raphael. Nie jest może tak radosny jak ja, ale całkiem przyjemnie jest widzieć go w dobrym nastroju.
- Po-poważnie obawiam się o na-nasze zdrowie psychiczne – daje mi się wykrztusić, co wywołuje u niego parsknięcie śmiechem, a u mnie kolejny atak wesołości.

piątek, 7 października 2016

POCZĄTEK

WSTĘP

W końcu spokój. To znaczy, ze szkołą. To znaczy, skończyłam ją. No świetnie. Teraz jednak muszę się skupić na tym, co będę robić podczas rocznej przerwy między liceum a studiami. Oczywiście mam tu na myśli jakąś pracę. I przydałoby się także ciasne, ale własne mieszkanie, co jest kolejnym powodem, dla którego przydałaby mi się jakaś robota. Ale wróćmy na razie to sprawy mieszkania. Potrzebuję go, a groszem nie śmierdzę, wobec czego moja ulubiona (bo jedyna) mama uruchomiła swoje znajomości. Obdzwoniła całą naszą rodzinę, a także wszystkie swoje koleżanki, czyli tak z pół globu. W końcu mademoiselle Chantal, znajoma mamy z Francji, powiedziała, że jej przyrodnia siostra ma przyjaciółkę, której to kuzynostwo mieszka w stolicy i poszukuje aktualnie współlokatora. Powiedziała, a raczej wydukała łamaną angielszczyzną z silnym, francuskim akcentem, ale to już szczegół.
Hmmm, stolica… Cóż, moim marzeniem nigdy nie było mieszkanie w dużym mieście, ale zawsze lubiłam wyzwania. To będzie moja wielka szansa. Znajdę pracę, skończę dobre studia, poznam nowych ludzi… Właśnie, a propos, jak Chantal mówiła, że to kuzynostwo ma na imię? A, tak, Rafi. Biedna dziewczyna. Dać dziecku imię, które można tak niefortunnie zdrobnić? No nic, nie moja sprawa.
Już nie mogę się doczekać wyjazdu. I nowej koleżanki. I nowego domu, i pracy. I w ogóle. Jej!



1.

Uch! Podróż była koszmarna. Myślałam, że pociągi są fajne. Nie są. A raczej są, ale nie wtedy, gdy musisz siedzieć obok miłośnika kanapek z serami pleśniowymi i podstarzałej Britney Spears ze słowotokiem i komórką przy uchu. No już, Rin, wdech, wydech. Spokojnie. Mogło być gorzej.
***
JEST gorzej. Rafi miała mnie odebrać z dworca. Jak widać miała ważniejsze rzeczy na głowie, ponieważ stoję na nim już drugą godzinę przy kilkustopniowym mrozie. Na dodatek zaczyna padać śnieg z deszczem. Genialnie.
W ko
ńcu decyduję się pójść na nogach. Przeszkody: okropna pogoda, dwie ciężkie jak nie wiem torby i siedem kilometrów przez miasto. Podsumowując: kilka godzin upojnego marszu przez miasto, bo na taksówkę nie mam pieniędzy. Powtarzam: genialnie.
***
Nie wierzyłam, że mi się uda. A jednak. Stoję właśnie przed drzwiami Rafi i naciskam dzwonek. Powtarzam sobie, że wszystko będzie dobrze, tylko muszę się powstrzymać od nawrzucania mojej nowej współlokatorce.
Nikt nie otwiera.
- Halo? – wołam i tym razem pukam – To ja, Rinelle Morgan, miałyśmy razem mieszkać.
G
łucha cisza.
- Rafi? Jeste
ś tam?
Nagle słyszę szczęk zamka i drzwi otwierają się przede mną na oścież. O dziwo, wcale nie stoi w nich miła dziewczyna.
- Pierwsza zasada – mruczy jakiś facet stojący naprzeciwko mnie – Nie mów do mnie Rafi, jeśli chcesz tu mieszkać. I przeżyć.
Stoję osłupiała na wycieraczce. To on jest tą Rafi?! Czy tam nie-Rafi? Cholera. Ale się wkopałam. Nie da się przecież ukryć, że to jest on, nie ona. No, przynajmniej jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku.
Powoli mija mi os
łupienie i wchodzę za nim do mieszkania.
- Rozejrzyj si
ę – rzuca nie-Rafi.
W takim razie rozgl
ądam się. Mini łazienka, dwie sypialnie, mini kuchnia i mini salon.
- Pokój po prawej jest twój – s
łyszę za sobą.
Aha. Fajnie. Wobec tego stwierdzenia postanawiam wrzucić do mini pokoju moje dwie torby. Udało mi się, choć w sypialence nie zostaje już zbyt dużo miejsca.
- Więc mówisz, że masz na imię Rinelle? – odzywa się nie-Rafi.
No tak, kultura to podstawa. Chocia
ż chyba nie jest mocną stroną tego chłopaka.
- Wi
ęc mówię. A ty?
- A ja nie przecz
ę.
- Nie o to pytam.
W odpowiedzi ch
łopak robi dziwną minę, ale odpowiada.
- Raphael. Raphael Cortez.
- Mo
że być Raph?
Znowu dziwne spojrzenie i odpowied
ź.
- Nie.
- Aha.
Tak, niew
ątpliwie świetnie nam się rozmawia. I chyba tylko ja czuję się w tej sytuacji niezręcznie. Muszę uruchomić moją elokwencję.
- Ja za to wol
ę zdrobnienie od swojego imienia.
- Och, czyżby? – Raphael zajmuje się już czymś innym i raczej mnie nie słucha.
- Tak… - odpowiadam już mniej pewnie – Wolę „Rin” od „Rinelle”.
- Rin? – ożywia się na chwilę chłopak – To po japońsku znaczy „zimno”.
Super. Czyli kojarzę się facetowi z zimnem. Zupełnie normalne.
- A teraz idź sobie, proszę. Muszę popracować- zatrzaskuje drzwi do swojego pokoju.
Czyli za współlokatora mam totalnego buraka. Jak widać taki już mój los. Ja to mam szczęście.
Rozpakowując swoje rzeczy i mrucząc cicho obelgi pod adresem Raphaela, doznaję olśnienia. Już wiem, dlaczego myślałam, że Rafi ma być dziewczyną. Mademoiselle Chantal użyła słowa cousin, co może oznaczać zarówno kuzynkę, jak i kuzyna. Ja podświadomie wybrałam to pierwsze. Bo nawet przez myśl mi nie przeszło, że chłopak może mieć takie, ehm… niemęskie imię.
Usatysfakcjonowana swoim odkryciem, już w trochę lepszym humorze, wyciągam ostatnią koszulkę z walizki. Patrzę na zegarek. Jest już trochę za późno na kąpiel. A, chrzanić to. Równie dobrze mogę wziąć prysznic jutro rano. Wobec tego spostrzeżenia przebieram się w piżamę i wskakuję do łóżka. Bardzo chciałabym zasnąć od razu, ale jak zwykle nie mogę. Piszę więc wiadomość do mamy o tym, jak minął mój dzień, pomijając drobny fakt, którym jest zachowanie mojego nowego  kolegi. Potem zaczynam nasłuchiwać odgłosów swojego nowego domu. Chyba są w nim cienkie ściany, ponieważ słyszę, jak za ścianą Raphael stuka w klawiaturę komputera i wierci się na krześle. Poza tym, nie słyszę raczej nic, nie licząc burczenia w moim żołądku. Jednak jakoś mi tak głupio iść teraz do kuchni. Chwila, czy ja przypadkiem nie mam jakiegoś batonika w kieszeni bluzy? Rozglądam się w półmroku, aby zlokalizować rzeczoną część garderoby. Jest, wisi na krześle jakieś pół metra za moją głową. Wyciągam po nią rękę, ale nie mogę sięgnąć. Trudno. I tak poszłoby w biodra.




2.

Zrywam się z łóżka jak oparzona. Po kilku sekundach zaczynam zastanawiać się, dlaczego to zrobiłam. Przez chwilę nie dzieje się nic. Nagle słyszę takie głośnie „łup!”, a potem kolejne. Matko, bandyci?! Biorę do ręki pierwszy lepszy przedmiot (w tym wypadku jest to metalowy termos) i zaczynam skradać się w stronę, skąd dochodzi dźwięk. Staję przed drzwiami Raphaela i wtedy łupnięcia się powtarzają. Okej, tylko nie panikuj, dziewczyno. Wdech, wydech. No dobra, liczę do trzech i wchodzę. Jeden… dwa… dwa i pół… trzy!
Wpadam do pokoju z zamkniętymi oczami i celuję termosem w domniemanego włamywacza. Czekam sekundę. Potem drugą. Już mam otworzyć jedno oko, gdy nowe „łup!” rozlega się tuż obok mnie. Do tego intruz odzywa się raczej mało zainteresowanym tonem:
- Słucham.
Otwieram oczy i kogo widzę? Tego buraka, mojego współlokatora, który stoi w morzu książek przed szafką, co jakiś czas wyrzucając z niej parę tomów. Najinteligentniejsze, co udaje mi się wydusić to:
- Że co?!
- Czekam, aż mi powiesz, co tu robisz – buraczany burak wywraca gałami.
- Co ja robię?! To ty wywalasz na podłogę z tysiąc książek, robiąc przy tym hałas jak ślepy mamut z zaburzeniami równowagi i budząc mnie w środku nocy, a potem pytasz się mnie co ja robię?!
- Zgadłaś – odpowiada on z bezczelnie kamienną twarzą.
Mam ochotę obrzucić go teraz jakimiś inwektywami, ale coś czuję, że na niewiele by się to zdało. Wobec tego wybieram opcję wyjścia z trzaskiem drzwi.
W mojej sypialni ładuję się ponownie do łóżka i naciągam kołdrę aż po same uszy. Raphael jeszcze kilka razy prawie doprowadza mnie do szału swoim nocnym „hobby”. Na szczęście udaje mi się w końcu ponownie zasnąć.
***
Budzę się i patrzę na zegarek. Ósma trzydzieści. Nasuwające się pytanie: dlaczego wstałam tak wcześnie? Nasuwająca się odpowiedź: nie wiem, ale wolałabym pospać trochę dłużej. Niestety już się rozbudziłam. No trudno, w takim razie zwlekam swoje zwłoki z łóżka i powoli idę w stronę łazienki. To znaczy, robię dosłownie kilka kroków i już stoję przed lustrem. Spoglądam w nie i widzę… no, chciałabym powiedzieć, że piękną brunetkę z idealnym makijażem i wzrostem metr osiemdziesiąt, jednak tak nie jest. Zamiast tego z lustra patrzy na mnie dziewczyna o rozczochranych, lekko kręconych rudo-brązowych włosach do ramion i zielono-niebieskich oczach. Wzrost (aż!) metr sześćdziesiąt cztery, rozmiar 38, w porywach nawet 36. Do tego dochodzi jeszcze rozespany wzrok i wzorek od poduszki odbity na policzku. Całości dopełniają różowe szorty i podkoszulek z Jackiem Sparrowem.
Nie jest źle. A tak naprawdę, to dochodzę do wniosku, że moja prezencja wymaga natychmiastowej odmiany. Wobec tego cofam się tylko do sypialni po ciuchy, wrzucam je do łazienki i wchodzę pod prysznic. O, ciepła woda! To pierwsza miła rzecz, jaka mnie tutaj spotyka.
Po kilku (okej, kilkunastu) minutach w końcu czuję się odświeżona. Jeszcze tylko ręcznik, jeansy, koszulka i voila! Od razu lepiej. Następnie szybkie mycie zębów, delikatny makijaż, a potem tylko rozczesuję włosy, jak zwykle wyznając zasadę, że suszarka jest dla słabych.
Tak przygotowana wychodzę z łazienki. Nagle orientuję się, że w mieszkaniu jest cicho, zdecydowanie zbyt cicho. Na paluszkach podchodzę do drzwi Raphaela. Nic, żadnych dźwięków. Myślę, czy nie zapukać, ale on mógł przecież już leżeć martwy na podłodze, więc postanawiam po prostu wejść.
Po przekroczeniu progu staję jak wryta (chyba zaczyna mi to wchodzić w nawyk). Co jest powodem mojego osłupienia? Już tłumaczę.
W pokoju mojego współlokatora niewielkie biurko stoi pod oknem, a zaraz po lewej stronie znajduje się całkiem wysoka biblioteczka. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie, hm… udział Raphaela w kompozycji przestrzeni. Facet stoi jedną nogą na biurku, wygięty w stronę biblioteczki. Prawą ręką opiera się o nią, a w lewej trzyma otwartą książkę, nad którą się pochyla, co jest dość trudne, zważywszy na pozycję chłopaka.
- Wszystko okej? – pytam.
On, tradycyjnie już, posyła mi dziwne spojrzenie i wraca do lektury.
Dopiero teraz mam okazję do lepszego przyjrzenia mu się. Jest szczupły, chociaż nie chuderlak, wyższy ode mnie tak o głowę, może trochę mniej. Ma dużo czarnych włosów, które są na tyle krótkie, że sterczą mu we wszystkie strony. Chyba niedawno brał prysznic, ponieważ z każdego kosmyka co kilka sekund spływa mu kropla. Skórę ma jasną, odrobinę jaśniejszą od mojej. Ale chyba najciekawsze są jego oczy. Ich bardzojasnobłękitno-szara barwa, jeśli mogę je tak określić, całkiem przyjemnie kontrastuje z włosami.
No dobra. Powiem to, ale tylko ten jeden raz. Jest całkiem przystojny. Jak na buraka, oczywiście.
- Może jednak pomogę? – silę się na uprzejmość.
- Raczej nie – mruczy on pod nosem.
Siłą zmuszam się, żeby nie pociągnąć go za nogę, na której stoi. Decyduję się na bardziej pacyfistyczne rozwiązanie: tracę zainteresowanie nowym kolegą i idę do kuchni zjeść śniadanie. Zaglądam do lodówki. Tam czeka mnie przykre rozczarowanie. Pustka. Na półce stoi tylko smętna butelka mleka i jakiś serek homogenizowany sprzed pół wieku. Przetrząsam jeszcze pozostałe szafki. Nic oprócz płatków owsianych, cukru i soli
- Jedzenia nie ma – rozlega się tuż za moimi plecami.
Aż podskakuję. Odwracam się (teraz już podwójnie zła) do Raphaela.
- Naprawdę? Nie zauważyłam – odpowiadam z przekąsem.
- Trzeba iść do sklepu – rzuca buraczany burak z Burakolandii.
- Czy ty sugerujesz, że to ja mam pójść na zakupy? – gdyby spojrzenia mogły zabijać, facet byłby już trupem.
- W zasadzie to tak.
Mam ochotę go wyrzucić przez okno. Przez to największe, które jest w mojej sypialni. To samo, przez które pewnie i tak by się nie zmieścił. Jestem jednak damą, więc szybko się opanowuję.
- Ani mi się śni, Rafi – specjalnie podkreślam ostatnie słowo – Ja sobie zaraz zjem owsiankę, a potem razem wybierzemy się do sklepu, jasne?
Chłopak nic nie odpowiada, tylko patrzy się na mnie, jakby badawczo, a po chwili mruczy potakująco. Już miał wychodzić z kuchni, ale pyta:
- Zrobisz mi też owsiankę?
O, i tu cię mam, zachłanny pastuchu! No to teraz się postaraj, żebym ci śniadanie chciała zrobić.
- To zależy.
- Od tego, czy powiem „proszę”.
- Brawo, zgadłeś.
- Dobrze – mówi, a potem zaczyna monotonnym głosem – W takim razie proszę cię, średnio inteligentna przedstawicielko płci żeńskiej, przygotuj mi strawę cielesną, abym potem oddawać się mógł ciężkiej pracy intelektualnej. Może być?
Nie odpowiadam. Prawdopodobieństwo, że obrzuciłabym go bardzo niewybrednymi inwektywami sprawia, że wolę się nie odzywać.
- Nie, nie może – syczę – Sam sobie zrób owsiankę, kartoflu zapyziały. Proszę bardzo – wciskam mu do rąk mleko i płatki – Może być?
- A ty co będziesz w takim razie jeść? – pyta, zupełnie niewzruszony tym, co mu powiedziałam, przez co oczywiście irytuje mnie jeszcze bardziej.
- Nie wiem – warczę – A co cię to obchodzi?
- Poszukuję innych możliwości niż gotowanie. Jak na razie wynik jest taki: ja kontra moje lenistwo 0:1, co przekłada się na wygraną kanapki ze sklepu nad własnoręcznie przygotowaną owsianką – odpowiada jak zwykle z kamienną twarzą.
- Rób co chcesz – mruczę lekko zbita z tropu. Pakuję do kieszeni telefon, portfel i wychodzę. Kiedy już idę po schodach, słyszę dźwięk zamykanych drzwi, a następnie szybkie kroki. Po chwili Raphael mnie dogania.
- Masz parasol? – pyta.
- A po co mi? – dziwię się – Przecież świeci słońce.
- Aha. A widzisz te chmury przed nami? Te nad parkingiem? – pokazuje mi miejsce oddalone od nas o kilkaset metrów.
- Taaak… - odpowiadam z wahaniem.
- Poruszają się na północ, oczywiście zgodnie z wiatrem. Sądząc po ich ciemnym kolorze, lada chwila zacznie padać. Na razie są przed nami, ale zanim dotrzemy do najbliższego marketu, najprawdopodobniej nas zleje. Rozumiesz?
- Tak – jego logika jest… niezła.
- W takim razie ponawiam pytanie: Wzięłaś parasol?
- Nie.
- Cóż, nieważne. Ja wziąłem.
- To po co mnie pytałeś?
- Jeśli nie będziesz próbowała mnie zwyzywać, to myślę, że jakoś się pod nim zmieścimy – chłopak ignoruje moje słowa.
- Świetnie – mruczę – A teraz prowadź do tego sklepu.
***
Supermarket „Dobry Sąsiad” może nie ma imponującego metrażu, ale jego asortyment prezentuje się całkiem dobrze. Szczególnie przypada mi do gustu duży wybór owoców. No cóż, cierpię niestety na groźny owocoholizm. Tym razem decyduję się na wielką siatę jabłek. Do koszyka wrzucam jeszcze parę jogurtów, chleb, masło i obowiązkowo tabliczkę gorzkiej czekolady, potem jeszcze jakiś makaron i takie tam.
Rozglądam się za Raphaelem. Zniknął gdzieś jak tylko weszliśmy do sklepu. Nagle w oddali miga mi ciemna czupryna. Zaczajam się za najbliższym… Nie wiem jak nazwać te półki na towary. Może stojak? Dobra, będzie stojak. A więc, zaczajam się za najbliższym stojakiem, aby po chwili zza niego wyjść i zobaczyć… No dobra, tego się nie spodziewałam. Raphael stoi przy półce z damskimi pończochami i waha się między kolorem „kawa z mlekiem” a „pustynny piasek”. A ja się na niego gapię.
-Potrzebne do handlu wymiennego – tłumaczy znad pończoch, zupełnie nic nie wyjaśniając. – W zasadzie nie muszę ci tego mówić, ale może dzięki temu z twojej twarzy zniknie ten mało inteligentny grymas.
Dłuższą chwilę zajmuje mi wyduszenie czegokolwiek. W końcu jestem w stanie wykrztusić:
- Będziesz napadał na bank?
- Tylko na tyle cię stać? – pyta brunet z kpiącym uśmieszkiem nieobejmującym oczu. – Wymyśl jakąś lepszą hipotezę.
Nie mogę, po prostu nie mogę wytrzymać. Dopóki facet się nie odzywał, wszystko było okej. Ale teraz już nie potrafię się powstrzymać od regularnego ryknięcia śmiechem. Rechoczę, chichoczę, chichram się i haham jak opętana. A on z pełnym dezaprobaty wzruszeniem ramion wraca do przeszukiwania półki. Ludzie oczywiście gapią się na mnie jak na nienormalną. Szczerze mówiąc, wcale im się nie dziwię.
Kiedy uznaję, że, że jestem już dostatecznie opanowana, odzywam się:
- No fajnie, ale tak na serio. Po co ci to?
- A przeszedł ci atak infantylizmu? – upewnia się Raphael.
- Nie! – rzucam szybko i znowu dopada mnie dosłownie wstrząsający śmiech. Klienci nadal się na nas gapią, ale ja i tak nie mogę przestać. Sytuacja jest po prostu zbyt komiczna!
- Dobra, dość tego – postanawia mój współlokator. Staje za mną i delikatnie popycha mnie do wyjścia.
- A co z naszymi za… hahahaha! – tyle udaje mi się wyartykułować za drzwiami sklepu.
- O zakupy nie masz się co martwić, i tak wątpię, czy by cię tam jeszcze obsłużyli – prycha Raphael. – A teraz grzecznie tu na mnie poczekasz, dopóki nie minie ci ta fala idiotyzmu. Ja tymczasem wrócę po zakupy jak normalny człowiek – mówi z tą swoją kamienną i trochę groźną miną. Dla ułatwienia będę ją nazywać tą miną.
- Niech ci będzie – mruczę niezbyt zadowolona, ale już spokojna. Chłopak, najwyraźniej usatysfakcjonowany moją odpowiedzią, odwraca się bez słowa, a ja zostaję sama na chodniku.
Czekam przed sklepem już tak z dziesięć minut. Co ten ślimak robi tam tak długo? Przecież miał tylko podejść do kasy i zapłacić. Na marginesie, do zapamiętania: oddać mu połowę kasy.
Kiedy już znam budowę moich paznokci na pamięć, w drzwiach „Dobrego Sąsiada” pojawia się rozczochrana czupryna z całą resztą Raphaela i bonusowymi dwoma reklamówkami, które niesie. I może mi się wydaje, ale chyba jego standardowa „poker face” trochę się zmieniła. Dostrzegam przebłyski czegoś w rodzaju złości, zamyślenia i chyba jeszcze innych rzeczy, których nie potrafię zidentyfikować.
- Hej, wszystko w porządku? – pytam. On spogląda na mnie, a w jego oczach nie widzę już nic poza zwykłym rozdrażnieniem moją osobą.
- Tak, dlaczego pytasz?
- A nic, tak sobie. Bo… no wiesz, miałeś jakąś taką niewyraźną minę.
- Hm, chyba ci się wydawało.
- Jasne, nie pytam. A dlaczego tyle zajęło ci zapłacenie za zakupy?
- Właśnie pytasz – zauważa.
- A ty nie odpowiadasz – nie daję zbić się z tropu.
Jeden kącik jego ust wędruje do góry na ułamek sekundy.
- Miałem ważny telefon – łaskawie udziela mi odpowiedzi.
To z pracy?
- O, rozumiem. A mogę spytać, gdzie pracujesz?
- Nie.
- Dlaczego? – postanawiam go męczyć.
- Ponieważ nie chcę odpowiadać.
- Dlaczego?
- Zamilcz.
- Dla… - nie udaje mi się dokończyć, ponieważ Raphael staje na środku chodnika, rzuca siatki na ziemię i zatyka mi usta dłonią.
- Jeszcze jedno słowo a się wścieknę – grozi.
Ton jego głosu wydaje się spokojny, ale coś w jego spojrzeniu podpowiada mi, że nie chciałabym się przekonać, jak zły potrafi być.
- Dobrze, przepraszam – mamroczę.
Chłopak nic nie mówi. Po prostu bierze zakupy i odchodzi w stronę domu. W tym momencie zaczyna padać deszcz. Raphaelowi najwyraźniej to nie przeszkadza. Brnie dalej przez strugi deszczu, a ja za nim z irracjonalnym poczuciem, że zrobiłam coś złego.
Droga do domu upływa nam w milczeniu. Kiedy tylko wchodzimy do mieszkania, chłopak od razu idzie do swojego pokoju. Ja wnoszę zakupy do kuchni. Woda spływa mi z włosów, rzęs, nosa, słowem, ze wszystkiego. Postanawiam się przebrać. Włosów (oczywiście) nie suszę, jedynie wycieram ręcznikiem.
Jest mi jakoś tak głupio, że wkurzyłam Raphaela, nawet jeśli nie do końca wiem czym. Pewnie nie powinnam go tyle wypytywać. Takie to przemyślenia nasuwają mi się podczas wkładania suchych ubrań.
W końcu zbieram się na odwagę i idę do pokoju mojego współlokatora. Przejęta tym przypływem skruchy zapominam nawet zapukać i wchodzę od razu.
- Słuchaj, nie chciałam cię ura… ups! – wymyka mi się – To… może ja wrócę później?
A mogłam jednak zapukać. Nie powiem, żeby widok Raphaela bez koszulki był dla mnie jakoś specjalnie przykry, jednak mimo to czuję się nieswojo.
- Nie, zaczekaj – odpowiada brunet i w końcu ubiera się całkowicie – Co mówiłaś?
- Ja, no, eee… - dlaczego on jest teraz taki spokojny?! Przecież jeszcze przed chwilą… uch! Nie znoszę go!
- Twoja elokwencja jest po prostu porażająca – komentuje moją poprzednią wypowiedź buraczany burak z buraczanej Burakolandii.
- Wiesz co, chciałam cię przeprosić, ale ty jak zwykle psujesz wszystko swoim chamstwem
- Jak zwykle? Znasz mnie dopiero od wczoraj, mała złośnico – prycha. Nie wzrusza go nawet mój morderczy wzrok. Spokojnie dolewa oliwy do ognia – I w porządku, przyjmuję przeprosiny.
Mam nieodpartą ochotę go uderzyć. Mocno. Tak, żeby go zabolało. Jednak z drugiej strony szkoda mi na niego mojej ręki.
- Jesteś okropny – rzucam i wychodzę starając się zignorować jego „dziękuję staram się”. Kretyn.
To nie tak, że on mnie denerwuje w sposób, w jaki mógłby to robić złośliwy kolega. Tym razem naprawdę sprawił mi przykrość. Ja do niego z sercem, a on zachował się jak… jak… jak on. Zabolało.
Po kilku minutach słyszę pukanie do moich drzwi.
- Proszę – mruczę.
Raphael wchodzi i siada na przeciwnym końcu łóżka niż ja, wyprostowany jak struna. Przez krótką chwilę siedzimy w milczeniu, ja oczekując, on najprawdopodobniej zbierając myśli. Wreszcie ciszę przerywa jego głos.
- Rozumiem, że jestem nieznośny, naprawdę. Rozumiem także, że ty nie jesteś do tego przyzwyczajona. Ale ja po prostu taki jestem i od razu mówię, że się nie zmienię. I nie… nie bierz tego tak do siebie. Ja po prostu taki jestem – powtarza.
- Nic bliższego przeprosin nie dostanę, prawda? – zadaję pytanie, choć z góry znam odpowiedź.
- Nie.
- W porządku. No to zgoda?
- Zgoda.
Normalnego człowieka bym w tym momencie uścisnęła, ale, jak wiadomo, Raphael nie jest normalny. Ograniczam się zatem do powiedzenia:
- Fajnie.
- Mhm. Fajnie – odpowiada chłopak i zwyczajnie wychodzi.

Taak, niewątpliwie świetnie nam się rozmawia.