niedziela, 25 czerwca 2017

Rozdział 13

Obudziłem się wcześnie, zdecydowanie za wcześnie jak na niedzielny poranek. Po odgłosach dobiegających zza ściany poznałem, że Rinelle też już wstała i chyba właśnie przygotowywała sobie śniadanie.
Matko, Rinelle. W tym momencie wróciły do mnie wszystkie wydarzenia minionego dnia. Ona, Orion i jeszcze ten… incydent w samochodzie. Tak, chyba najbardziej zły byłem na siebie za tę chwilę słabości. Jestem idiotą. A do tego jeszcze mięczakiem. Skończony debil bez kręgosłupa – powinni mi to wyryć na nagrobku. A to wszystko przez Rinelle. Nie, poprawiłem się w myślach, to wcale nie jej wina, tylko moja. Ale ta dziewczyna… Coś w niej sprawiało, że chciałem jej powiedzieć dosłownie wszystko, co działo się w mojej głowie. Inna sprawa, że nie mogłem i wcale nie podobało mi się, że tak na mnie działała. Tylko to wcale nie usprawiedliwiało mojego wczorajszego zachowania. Będę ją musiał przeprosić.
Po szybkiej wizycie pod prysznicem poszedłem do kuchni.
- Dzień dobry – powiedziałem na widok dziewczyny. Najwyraźniej nie usłyszała, jak wszedłem, ponieważ wzdrygnęła się na dźwięk mojego głosu.
- Och, cześć – odwróciła się od stołu – Już wstałeś? Trochę wcześnie, nawet jak na ciebie.
- Raczej nie spałem za dobrze – przyznałem – To chyba ze względu na… wczoraj. A jak tobie minęła noc? – starałem się trochę odwlec nieuchronny moment przeprosin.
- Szczerze? Nie najlepiej. Chyba z tego samego powodu co tobie – spojrzała na mnie badawczym wzrokiem, ale udałem, że go nie zauważyłem.
- No właśnie, a propos… Ja… - słowa uwięzły mi w gardle.
- Tak? – ponaglała mnie Rinelle, która najwyraźniej wyczuwała, co chciałem powiedzieć.
- Ja… przepraszam cię – wyrzuciłem z siebie – Naprawdę. Poniosło mnie, ale to nie znaczy, że powinienem na ciebie krzyczeć. A co do moich rodziców… Nie mówiłem tego nikomu. Leonard i reszta wiedzieli siłą rzeczy. Ale ja sam jeszcze nikomu tego nie powiedziałem i nie chciałem mówić. Chociaż tobie powinienem. Przepraszam – powtórzyłem jeszcze raz.
- To wszystko? – zapytała dziewczyna stając naprzeciwko mnie.
- Na chwilę obecną, owszem – odparłem. Wtedy Rinelle wspięła się na palce i objęła mnie za szyję, przytulając przy tym mocno. Sam nie bardzo wiedziałem, co zrobić z rękami, więc tylko je rozchyliłem i stałem tak przygarbiony, pozwalając Rinelle być Rinelle.
- Przeprosiny przyjęte – powiedziała i pocałowała mnie w policzek. W tym momencie już kompletnie nie miałem pojęcia, jak zareagować.
- Czym sobie zasłużyłem na ten przypływ uczuć? – zapytałem szatynki, kiedy w końcu mnie puściła.
- Byłeś szczery i szczerze przeprosiłeś – odparła – Oj, nie rób takiej zmartwionej miny, to normalne.
Zaśmiałem się trochę nerwowo.
- Normalne? Może dla ciebie. Dla mnie to nowość.
- Przytulanie czy przepraszanie?
- I to, i to.
Na te słowa dziewczyna roześmiała się. Całkiem ładnie przy tym wyglądała… Zaraz, że co ja właśnie pomyślałem?!
- To się przyzwyczajaj – rzuciła Rinelle i jeszcze raz szybko mnie uścisnęła. Tym razem chciałem się jej odwdzięczyć tym samym, ale nie zdążyłem. Po krótkiej chwili się odsunęła i przybrała poważniejszy wyraz twarzy.
- No dobrze – powiedziała – A teraz odpowiesz mi na kilka pytań.
- Chyba jestem ci to winien – odpowiedziałem i zająłem miejsce przy stole. Ona zrobiła to samo i rozpoczęła przesłuchanie.
- A więc, czemu Orion nie współpracuje z policją?
- Bo to pic na wodę fotomontaż – parsknąłem.
- Słucham? – moja rozmówczyni wydawała się zbita z tropu.
- Orion to papierowa zabawka – powtórzyłem – To nie jest tajna organizacja czy jakieś prywatne służby specjalne jak w filmach. To głupi klub założony raczej w ramach zabawy niż prawdziwa grupa poszukiwawcza. Ale przynajmniej daje nam złudne poczucie, że nie siedzimy bezczynnie – wzruszyłem ramionami.
- Rozumiem – Rinelle bardzo starała się zachować spokojny wyraz twarzy, ale i tak mogłem czytać z niej jak z otwartej księgi. Martwiła się.
- Nie przejmuj się tym aż tak – powiedziałem – Samo się jakoś rozwiążę. Policja ich szuka, my też robimy, co w naszej mocy.
- A właściwie na czym to polega? To znaczy, co robicie?
- Grzebiemy, głównie w papierach kancelarii ojca – odparłem – Pamiętasz może tamtą blondynkę, od której wziąłem teczkę?
- Molly?
- Być może, nie pamiętam jej imienia. W każdym razie pracuje jako asystentka mojego ojca – widać dlaczego – a zawartość teczki, którą mi dała, to akta sprawy tego polityka, którego broniła kancelaria.
- Wolno ci czytać takie rzeczy? To chyba poufne.
- Mnie może i nie wolno, ale Leonard pracuje u ojca i jemu już bardziej wolno.
- No dobra. I co było w tych aktach?
- Poza prawniczym bełkotem? Pewne notatki, które mogły wskazywać na to, że Brumby wcale nie był tak niewinny, jak twierdził.
- Czyli miał powód, żeby zlik… porwać waszego tatę. Ale co z mamą?
- Nie wiem, może coś wiedziała, a może po prostu znalazła się w złym miejscu i złym czasie. Nie mam pojęcia.
- Okej, chyba wystarczy mi na dzisiaj – Rinelle wstała od stołu – Jakie masz plany na dzisiaj? – niespodziewanie zmieniła temat.
- Jak zwykle, idę do pracy – wzruszyłem ramionami.
- Do pracy? – zainteresowała się szatynka.
- Do pracy – potwierdziłem.
- A jakiej?
- Mojej.
- A konkretniej.
- Mojej własnej osobistej.
- Wiesz, że nie o to pytam.
- Oczywiście.
- Więc co to za praca?
- Dorywcza
- Raphaelu…
- Już dobrze, powiem ci.
- Dzięki bogu, nareszcie.
- Korepetycje – rzuciłem w końcu.
- Uuu, dajesz korki?
- No raczej ich nie potrzebuję.
- A z czego?
- Głównie z matematyki.
- A komu?
- A musisz tak o wszystko wypytywać?
- Jasne, że tak.
- To irytujące.
- Mówisz?
- Przestań.
- Jedynym sposobem na uciszenie mnie jest odpowiedzenie na moje pytania.
- Niech ci będzie – westchnąłem ciężko – Tylko obiecaj, że dasz mi potem spokój.
- Zdefiniuj „dasz spokój”.
- Rinelle…
- Oj, dobra, dobra. Zamknę się, jeśli o to chodzi – dziewczyna wywróciła oczami. Jak dziecko.
- W porządku. Tak, udzielam korepetycji z matematyki, głównie uczniom przed liceum, ale tacy też się zdarzają. Zadowolona?
- W miarę.
- To przestań wreszcie tyle gadać.
W odpowiedzi Rinelle zrobiła gest zamykania ust na zamek. Tym razem to ja wywróciłem oczami.
- No dobra, muszę się już zbierać. Trzymaj się, Rinelle.
- Mhm. Ty też, Raph.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że użyła zdrobnienia mojego imienia. Dziwnym trafem wcale mi to nie przeszkadzało.

***
No to zostałam sama. A to znaczy, że wypadałoby ułożyć plan na dziś. Gdybym miała tu jakichś znajomych, pewnie poszłabym z nimi na miasto, ale że znajomych brak, to muszę sobie radzić inaczej. A więc… mój pokój. Przydałoby się go trochę ogarnąć. Szczególnie biurko. Przez moje coraz intensywniejsze poszukiwanie studiów zawalone jest mnóstwem papierów, zakreślaczy i kolorowych karteczek. Tak, wiem, że nie powinnam doprowadzać miejsca pracy do takiego stanu. Jednak jak to mawiał Einstein: „Jeśli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, to czego oznaką jest puste biurko?”. Czuję się więc usprawiedliwiona. Dobrze, skoro punkt pierwszy dzisiejszego poranka mam już ustalony, to czas na punkt drugi: rodzinka. Wypadałoby dać krewnym znak, że jeszcze żyję. A od czego jest Skype. Czyli został jeszcze punkt trzeci: absolutnie nie myśleć o rodzicach Raphaela, przynajmniej dzisiaj, bo inaczej głowa mi po prostu wybuchnie.
Skoro mam już plan działania, mogę zabierać się do roboty. Zaczynam odgruzowywać swoje biurko, ołówek po ołówku, kartka po kartce. Po kilku minutach dostrzegam białe drewno przebijające się spod sterty papierów. Po kolejnych kilku(nastu) minutach stój doprowadzony jest już do stanu jako-takiej używalności. Z resztą pokoju idzie już z górki., zresztą wcale nie miałam tam większego bałaganu.
Kiedy wreszcie kończę, odpalam laptopa i piszę do brata. Niemal natychmiast pojawia się okienko, a w nim… No właśnie nie bardzo wiem co. Chwilę zajmuje mi dojście do tego, że to Carlisle postanowił zrobić mi kawał i przyłożył swój otwór gębowy do kamerki.
- Car, daj spokój, to obrzydliwe – krzywię się.
- Ha, ha! Jestem potworem! – krzyczy mój brat i (dzięki bogom) odkleja się od monitora.
- Gdzie mama? – pytam.
- Poszła po coś do sklepu.
- A kiedy będzie?
- Za chwilę.
Biorąc pod uwagę, że pojęcie „chwila” jest u Carlisle’a bardzo względne, mama mogła przyjść do domu równie dobrze za godzinę jak i za minutę.
- No dobra. A ty co porabiasz tak sam? – pytam jak każda (w miarę) dobra siostra.
- Gadam z Colem i Jayem o nowym filmie. Wiesz, tym z kosmitami i superbohaterami.
Oczywiście.
- Rin? – mój braciszek przekrzywia głowę, przez co jego zawadiacki uśmiech wydaje się być jeszcze bardziej krzywy – A ty teraz robisz co? – Car wykazuje wybitną zdolność do wyrzucania zasad poprawnej gramatyki z głowy.
Już mam mu odpowiedzieć (a przy okazji go poprawić), gdy nagle otwierają się drzwi do mieszkania i słyszę znajomy głos.
- Zapomniałem książek – oznajmia Raphael, który właśnie wchodzi do kuchni z fryzurą jeszcze bardziej potarganą niż zwykle. Pewnie biegł.
- Kto to? Twój chłopak? – wypala wtórorodny moich rodziców i wygina się pod dziwnym kątem, aby móc lepiej widzieć bruneta.
- Nie – odpowiadam lekko zażenowana.
- O, a to z pewnością twój młodszy brat – Raphael przerywa poszukiwanie książek (w kuchni?) i zerka na monitor.
- Po czym wnosisz? – pytam kpiąco odwracając się w jego stronę.
- Macie ten sam błysk szaleństwa w oczach – parska chłopak – A tak naprawdę, to macie identyczne miny, kiedy się uśmiechacie – wskazuje laptop ruchem głowy.
- Jestem Carlisle – oznajmia chłopiec, dumny, że ktoś starszy zwrócił na niego uwagę.
- A ja Raphael, encantado – mój współlokator obdarza Carlisle’a jednosekundowym uśmiechem.
- Masz na nazwisko Encantado? – pyta braciszek.
- Nie. To taki rodzaj „miło mi”. Tyle, że w innym języku.
- Dziwnie mówisz. Jesteś z zagranicy?
Faktycznie, jak się tak nad tym zastanowić, to Raphael ma delikatny akcent. Oczywiście dziesięciolatek wyłapał go od razu. Pewnie powinnam być szybsza, ale co ja poradzę, że na Raphaela najpierw się patrzy, a dopiero potem ewentualnie słucha, jeśli wiecie, co mam na myśli.
- W połowie – odpowiada brunet, a kiedy widzi, że chłopiec nie rozumie, dodaje: - Mój tata jest Hiszpanem.
- Serio? – zachwyca się Car – Tak jak Messi?
- On akurat jest z Argentyny – zauważam.
- I umiesz mówić po hiszpańsku? – mój brat kompletnie mnie ignoruje.
- Jasne – przytakuje Raphael.
- O, o, powiedz coś, pooowiedz – dziesięciolatek robi minę smutnego psiaka.
- Wiesz co, Raphaelowi się chyba trochę śpieszy… - próbuję oponować.
- Nie, proszę! – protestuje chłopiec – Niech Rafa powie coś po hiszpańsku!
No, ładnie. Rafa. Czyli młody ma nowego ulubionego kolegę. Nie wiem, któremu z nich bardziej współczuć.
- A quien madruga, Dios le ayuda – mówi w końcu brunet.
- Super! – cieszy się Carlisle – A co to znaczy?
- „Kto rano wstaje, temu Bóg daje” – tłumaczę. A jednak te kilka lat nauki hiszpańskiego w szkole nie poszły na marne.
- Super – powtarza mała kreatura.
- Nie bardzo – odpowiada większa – Codziennie wstaję wcześniej, a Szef jakoś nigdy mi się nie objawił.
- Dobra, to nie czas na sekularyzację młodzieży – ucinam – Nie musisz przypadkiem szukać tych książek, Raphaelu?
- Hm? A, tak. W zasadzie to właśnie sobie przypomniałem, że dzisiaj ich nie potrzebuję. Niech sobie dzieciaki popiszą trochę przykładów – chłopak uśmiecha się demonicznie – Okej, muszę już lecieć. Cześć, Rinelle. Cześć, mniejsza wersjo Rinelle.
Po jego wyjściu uznaję, że najgorsze już minęło. I wtedy Carlisle wypowiada zdanie, które ostatecznie mnie dobija:
- Musisz się ładnie ubierać, żebyś była ładna i Rafa chciał się z tobą ożenić.
Nie odpowiadam. Po prostu uderzam się otwartą dłonią w twarz i próbuję nie zacząć walić głową w ścianę. Na szczęście zaraz potem przychodzi mama. Od razu zaczyna mnie wypytywać.
- Jak tam, słoneczko? Wszystko dobrze? Nie jesteś głodna? Ciepło ci? Jak się czujesz?
- Dobrze, tak, nie, tak i dobrze – odpowiadam.
- A jak ci się mieszka z tym, no…
- Rafą – wtrąca mój brat gdzieś z głębi pokoju.
- Raphaelem – prostuję – Tak, wszystko w porządku. Dogadujemy się jakoś.
- Mamusiu, on a nie wierzy w Boga, wiesz?
Cudownie. Teraz moja matka pomyśli, że zadaję się z jakimś antychrystem czy innym satanistą. Dzięki, mały.
- E… Rin? – mama spogląda na mnie pytająco.
- Nie ma się czym martwić. Rozmawiali sobie tylko przez chwilę – chyba udaje mi się ją uspokoić.
- No dobrze, ale powiedz mi coś jeszcze. Jak ci się układa z twoim współlokatorem? – ostatnie słowo wypowiada jakoś dziwnie i nie bardzo wiem, co ma na myśli. A raczej bardzo wiem, ale udaję, że wcale nie.
- Cóż… Jeśli chce, to potrafi być całkiem znośny – mówię ostrożnie.
- Mhm. A przystojny jest?
Zastrzeliła mnie tym.
- Jakie to ma znaczenie? – pytam z szeroko otwartymi oczami.
- No wiesz…
- Nie, nie wiem. A raczej wiem, ale wolałabym nie wiedzieć.
- Dobrze, dobrze, dotarło. Jestem wścibską matką. Ale chyba sama rozumiesz, jesteście w takim wieku…
- Nie. Jesteśmy. W. Żadnym. Wieku – cedzę, jednocześnie starając się zachować spokój.
- Jasne, rozumiem. Już nie będę.
- Dziękuję.
- Ale wy nie…
- Mama!
- Okej, okej! – moja rodzicielka unosi ręce w geście poddania – Zmieńmy temat.
- Proszę – wzdycham z ulgą.
- Musimy cię kiedyś odwiedzić.
- We trójkę?
- Raczej we dwójkę. Wiesz, jak to jest. Jamesa mogą w każdej chwili wezwać do szpitala.
Pewnie nie powinnam, ale ulżyło mi. To nie tak, że nie lubię chłopaka swojej mamy. Ma dobrą pracę, lubi mamę. Ogólnie jest w porządku, ale nieustannie stara się zastąpić naszego tatę. On jednak nie żyje i nie chcę nikogo innego na jego miejsce. Nawet Jamesa.
- Wiem, wiem – mówię – W każdym razie musicie do mnie przyjechać. Albo ja do was, cokolwiek będzie pierwsze.
- Dokładnie! – ożywia się mama – Musicie przyjechać.
- Musimy?
- To znaczy… Gdybyś chciała zabrać ze sobą Raphaela, to oczywiście jego też zapraszamy.
Już nawet nie mam siły protestować. Zastanawiam się tylko, czy wszystkie matki i młodsi bracia na świecie są tacy sami.
Po rozmowie z domem zasiadam do dalszych poszukiwań studiów. Po półtorej godzinie nie mogę już wytrzymać przed monitorem, postanawiam się trochę porozciągać. Potem postanawiam zrobić sobie przerwę i coś poczytać. Sięgam więc do biblioteczki i wyciągam książkę, którą ostatnio kupiłam sobie w pracy. Początkowo akcja jest prawie zerowa, ale z czasem powieść robi się tak zakręcona i absurdalna, że wciągam się bez reszty. Kiedy jestem już w okolicach setnej strony, nagle rozlega się głośna muzyka, a dokładniej czołówka z pewnej kreskówki o młodych superbohaterach. Potrzebuję kilku sekund, aby dotarło do mnie, że to mój telefon. Znajduje się na drugim końcu sypialni (czyli jakieś półtora metra ode mnie), więc wyginam się, aby po niego sięgnąć. Zerkam na wyświetlacz, żeby sprawdzić, kto to sobie o mnie przypomniał. Rany, Luna! Sto lat ze sobą nie rozmawiałyśmy. Z uśmiechem wpatruję się teraz w zdjęcie ciemnookiej brunetki o czekoladowych lokach. Pamiętam jak kilka lat temu złośliwe dziewczyny ze szkoły wyzywały ją od grubasek i tłuściochów. To było zupełnie bezpodstawne, bo choć Luny nigdy nie można było nazwać chudą, to jednak przy swoim wzroście (coś koło metra siedemdziesięciu lub więcej) po prostu nie jest w stanie nosić rozmiaru S. niech sobie te anorektyczne pustaki mówią co chcą, a ja i tak uważam, że Luna jest bardzo proporcjonalnie zbudowana.
A teraz może wypadałoby w końcu odebrać ten telefon zamiast rozmyślać nad przeszłością.
- Heja, zołzo – słyszę, gdy tylko naciskam zieloną słuchawkę.
- Też cię kocham, Lu – parskam.
- Czemu się nie odzywałaś przez tyle czasu? Umarłaś czy co?
- Nie, jeszcze żyję, sprawdziłam. A tak naprawdę to sorry, ale tyle się działo… - przypominam sobie wczorajszy dzie
[O11] ń, o którym jednak nie zamierzam mówić mojej rozmówczyni. Ani w ogóle nikomu.
- Aha, jasne. Cioci Luny nie okłamiesz. To przez tego twojego hiszpa
[O12] ńskiego amanta nie masz dla mnie czasu, co?
- Luna! – udaję oburzenie – Tobie tylko jedno w głowie!
Moja droga znajoma w przeciwieństwie do mnie jest istną, eee… mężczyźniarą? Nie wiem, jak to inaczej powiedzieć, bo jeśli facet może być kobieciarzem, to dziewczyna kim? Dobra, nieważne, wszyscy wiedzą, o co chodzi. Luna zawsze lubiła płeć brzydką, zresztą z wzajemnością. Kiedyś zapytałam ją o to, dlaczego zmienia chłopaków jak rękawiczki. Odpowiedziała mi wtedy, że szuka, cytuję, „takiego, który ją powali na kolana i będzie gotowa zrobić dla niego absolutnie wszystko”. Cóż, jak do tej pory było na odwrót, więc jeszcze trochę sobie poszuka. Ja nadal wolę swoje sposoby na znalezienie drugiej połówki. I co z tego, że nie mam żadnych.
- Ja i tak swoje wiem – głos brunetki przywraca mnie do rzeczywistości.
- Moja kochana Luno, to, że mieszkam z Raphaelem i przez większość czasu nie mam ochoty go zabić, nie oznacza jeszcze, że jesteśmy parą.
- Ach, Raphael, właśnie. Nie mogłam przypomnieć sobie jego imienia – Lu totalnie ignoruje resztę mojej wypowiedzi – Kiedy go poznam?
- Luna, co ty! Przecież ci mówię, że my nie…
- Ta, ta, ta. Każdy w meksykańskich telenowelach tak mówi, a potem i tak biorą ślub i mają gromadkę kędzierzawych dzieci.
- Nie wiem, czy wiesz, ale życie to niestety nie meksykańska telenowela. A swoją drogą, Hiszpan to nie to samo, co Meksykanin.
- No weź! – wyobrażam sobie, jak dziewczyna przewraca w tym momencie oczami – Nie trzeba kogoś kochać ani być razem, żeby się z nim przespać. A skoro jesteśmy w temacie. Przystojny jest?
Nie no, ja wysiadam, kolejna!
- Kobieto, a co… - zaczynam, ale przerywa mi przybycie rzeczonego „przystojniaka”.
- No cześć – wita mnie w drzwiach i zauważa, że rozmawiam, więc chce się wycofać.
- Nie, nie, nie, poczekaj! – zatrzymuję go i robię mu zdjęcie znienacka.
- Co to miało być? – pyta zdezorientowany i niespecjalnie zadowolony Raphael mrugając jednocześnie oczami z powodu flesza.
- Zupełnie nic – odpowiadam z miną niewiniątka trzymając telefon przyciśnięty do piersi, aby choć trochę stłumić trajkotanie Luny.
Raphael, choć nie wydaje się przekonany, wzdycha tylko ciężko i idzie do kuchni. Wydaje mi się, że mruczy przy tym pod nosem coś o „zanikającym pierwiastku normalności”. Cokolwiek to znaczy. Ja natomiast wracam do rozmowy z największą gadułą świata i wysyłam jej zdjęcie mojego współlokatora.
- No, no, no – słyszę aprobatę w głosie Luny – Panno Rinelle Serafino Morgan, ale się pani trafiło!
- Nie używaj mojego drugiego imienia, jest okropne – krzywię się – I nie, nie trafiło mi się, ponieważ Raphael wcale mi się nie podoba.
W życiu tak szybko nie wyświetliło się w mojej głowie słowo „kłamstwo”.
- Wątpię, masz za dobry gust. Ale dobrze, uznajmy, że nic do niego nie czujesz. No i co z tego? Popatrzeć zawsze możesz!
- Luna!
- No co? Ja tylko prawdę mówię.
- Jesteś nieznośna.
- Dziękuję.
- To nie był komplement.
- Wiem. Słuchaj, muszę kończyć, bo aktualnie wkuwam budowę trzeciego kolana środkowej nogi, dobra?
A właśnie, przecież Luna dostała się na studia medyczne. Nie mam pojęcia jak to zrobiła, ponieważ w liceum bardziej od przedmiotów interesowali ją panowie nauczyciele, którzy ich uczyli. Ale, trzeba przyznać, z biologii to ona zawsze dobra była.
- Jasne, Lu. Do usłyszenia – mówię.
- Byle za niedługo. I następnym razem chcę więcej szczegółów! – ostatnie słowo wypowiada tak sugestywnie, że nie mam najmniejszych wątpliwości, o jakie szczegóły  jej chodzi.
Rozłączam się, śmiejąc się pod nosem. Oj, ta dziewczyna nigdy się nie zmieni. Kręcąc głową odkładam telefon na biurko, a potem idę do kuchni. Tam zastaję Raphaela z miską zupy i dziwną miną.
- Rinelle, czyżby moja atrakcyjna osoba nie działała na ciebie oszałamiająco? – pyta nienaturalnie wysokim tonem, widocznie powstrzymując się od śmiechu.
- O – momentalnie robię się cała czerwona – Zapomniałam, jak cienkie są te ściany.
W tym momencie barki chłopaka zaczynają się trząść, a on sam przytyka sobie rękę do ust, aby powstrzymać atak śmiechu. Po kilku sekundach jednak przegrywa z własnym rozbawieniem.
- No i z czego rżysz? – pytam zbyt zawstydzona, żeby podnieść na niego wzrok.
- Z całej waszej rozmowy – przyznaje szczerze Raphael – Masz bardzo głośno nastawiony telefon, wiesz?
- Podsłuchiwałeś? – nagle wstępuje we mnie buntowniczy duch. Wbijam we współlokatora wzrok i biorę się pod boki.
- Nie. Słyszałem, a to różnica – brunet stara się opanować, co jednak niespecjalnie mu wychodzi.
Już mam coś odburknąć, kiedy dociera do mnie, że to dobrze, że się śmieje. Jest mu to potrzebne. Mogę tylko zgadywać, jak ciężka jest dla niego sytuacja z rodzicami. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, przez co on teraz przechodzi. Jednak stara się żyć w miarę normalnie, pewnie żeby nie oszaleć z nerwów. Każda taka chwila normalności jest na wagę złota, więc chociaż głupio się czuję z tym, że słyszał moją rozmowę, to nie zamierzam mu przerywać.
Stoję taka zamyślona, a kiedy Raphael zauważa moją minę, również poważnieje.
- Wiem, też o tym myślę – mówi, a ja zastanawiam się, jak udaje mu się czytać w moich myślach.
- Są jakieś nowe informacje? – pytam, ale chłopak kręci głową.
- Nie. Policja nic nie ma. A jeśli chodzi o Oriona, to coraz rzadziej ktokolwiek ma czas, żeby cokolwiek sprawdzić.
- To znaczy?
- Oriona tworzą żywi ludzie mający własne życie i problemy. Nie można od nich wymagać, żeby przesiadywali całymi dniami przy komputerach czy telefonach i szukali maleńkich skrawków informacji.
Sądząc po tonie jego wypowiedzi musiał to najpierw od kogoś usłyszeć, a potem powtarzać sobie, aż tego nie zaakceptował.
- Rozumiem – mówię – A ja… Czy ja mogę ci jakoś pomóc?
- Nie – odpowiada prawie natychmiast Raphael, po czym dodaje już łagodniej: - Rinelle, naprawdę doceniam to, że chcesz coś zrobić, ale po prostu nie jesteś w stanie.
Spuszczam wzrok. Pewnie ma rację, ale ja i tak chcę mu pomóc. Na razie jednak wolę zmienić temat, żeby go więcej nie drażnić.
- W porządku, nieważne – potrząsam głową – Porozmawiajmy o czymś innym. Na przykład… dlaczego zawsze zwracasz się do mnie pełnym imieniem? – w tym momencie jego ręka, w której trzyma łyżkę, zastyga w połowie drogi między miską a ustami.
- Dlaczego? – powtarza po chwili – Cóż, ty też nie używasz zdrobnienia wobec mnie.
- Ponieważ sobie tego nie życzysz – przypominam mu.
- Ach… no tak. Ale… ja po prostu nie mówię do ludzi zdrobniale – chyba zapędzam go w kozi róg.
- A Leo?
- To mój brat.
- Con?
- „Conwear” jest za długie.
- To może…
- Nie, starczy już – ucina Raphael – A poza tym, jest mnóstwo osób, do których zwracam się pełnym imieniem. Na przykład Naomi.
- Coś mi się wydaje, że to dlatego, że niezbyt ją lubisz.
- Mam swoje powody - chłopak wzrusza ramionami.
- Nie wątpię – parskam – Ale, ale. Czy to znaczy, że mnie też nie lubisz? – droczę się z nim. On w odpowiedzi posyła mi spojrzenie spod byka, które nie do końca wiem, jak zinterpretować.
- Może po prostu uważam, że lepiej będzie, jeśli zostawię twoje imię w niezmienionej postaci – mruczy po chwili.
Trochę trudno mi się z tym kłócić, choć pewne znalazłabym jakąś odpowiedź. Decyduję się jednak nic nie mówić. Patrzę tylko na Raphaela, który wstaje, aby umyć naczynia, i zastanawiam się, co mu się tam roi pod tą czarną czupryną. Cholera, od tyłu jego włosy też wyglądają nieźle. Ogólnie od tyłu wygląda nieźle. Jeszcze jak się tak pochyla nad zlewem, to dłuższe kosmyki opadają mu na czoło i to jest… wow. I te ciemne rzęsy okalające lekko przymrużone oczy…
Rinelle, stooop! Stooop! To przecież Raphael. Niemiły, sarkastyczny, oschły, zły na cały świat Raphael. I to, że wygląda niepokojąco dobrze wykonując zwykłe codzienne czynności, nie powinno mnie w ogóle obchodzić. Ale z jakiegoś powodu obchodzi. I to bardzo. Jezu, dziewczyno, ogarnij się. On nie ma teraz głowy do takich rzeczy. A nawet gdyby miał, to nie sądzę, żeby na mnie spojrzał.
No dobra, koniec użalania się nad sobą i koniec z takimi myślami o Raphaelu. Powinnam się raczej zastanowić, co mogę zrobić, żeby mu pomóc. Tylko jak na złość nic nie przychodzi mi do głowy i nic nie wskazuje na to, żeby ten stan wkrótce się zmienił.

sobota, 22 kwietnia 2017

Rozdział 12

Okej. Jeszcze raz.
Siedzę właśnie na kanapie u Leonarda i staram się to wszystko jakoś przetrawić. Całą sprawę przedstawili mi obaj bracia oraz ich znajomi obecni w mieszkaniu. Swoją drogą, stanowią całkiem ciekawą grupę. Jest tu Naomi, Mulatka, na którą wpadłam ostatnim razem w szpitalu (coś mi się wydaje, że jeszcze nie raz spotkam ją w pobliżu Leonarda) i niewysoki blondyn w okularach, Conwear (z tego, co zrozumiałam, zajmuje się wszystkimi możliwymi zajęciami związanymi z informatyką). Miał przyjść jeszcze jakiś kuzyn Cortezów i ktoś w rodzaju starego znajomego rodziny, ale oni nie dotarli.
- No dobra, od początku – pocieram dłonią czoło – Wasz tata jest prawnikiem, który bronił jakiegoś ważnego polityka…
- Gwoli ścisłości jego kancelaria, on tylko nadzorował ten proces – mówi Raphael.
- … a teraz razem z waszą mamą zniknęli i wy podejrzewacie, że on z jakiegoś niezrozumiałego powodu ich porwał. Wobec tego razem z… przyjaciółmi stworzyliście coś jakby… grupę eee… ratunkową? Orion, tak?
- Tak – odparli bracia chórem.
W tym momencie zaczęłam się histerycznie śmiać.
- Oj, koledzy, macie chore poczucie humoru – ocieram łzy spoglądając na resztę. Ale oni nie śmieją się razem ze mną. Przeciwnie, cała czwórka ma grobowe miny i patrzą na mnie, jakbym była nienormalna. – O – mój nastrój zmienia się w ułamku sekundy – Wy wcale nie żartujecie, prawda?
- Obawiam się, że nie – Raphael krzyżuje ręce i przyjmuje postawę jeszcze bardziej zamkniętą niż wcześniej, o ile to w ogóle możliwe.
W tym momencie dociera do mnie powaga tej sytuacji.
- Boże, przepraszam – mówię – Tak strasznie mi przykro, czy mogę wam jakoś pomóc?
Leonard otwiera usta, aby coś powiedzieć, jednak młodszy brat go w tym ubiega.
- Nie i, proszę, nawet nie próbuj.
- Raphaelu! – strofuje go blondyn.
- Daj spokój, przecież mam rację – brunet patrzy na niego spod zmarszczonych brwi – Jej w ogóle nie powinno tu być.
- Dobra, wystarczy, chłopaki – włącza się Naomi – Dziewczyna chyba i tak ma już mętlik w głowie.
- Mało powiedziane – mruczę pod nosem.
- Świetnie – mój współlokator gwałtownie odkleja się od ściany, przy której stał przez ostatnie dziesięć minut – To my się już pożegnamy.
Nawet nie protestuję, kiedy popycha mnie w stronę drzwi. Przed wyjściem jednak udaje mi się pożegnać ze wszystkimi.
- Na pewno wszystko się dobrze skończy – tyle udaje mi się wykrztusić, kiedy ściskam Leonarda – Będzie dobrze.
- Dzięki za troskę, Rin – chłopak pociera moje ramiona.
A potem wracamy z Raphaelem na dół do samochodu. On idzie szybciej ode mnie, ja się wlokę, ponieważ nadal jestem w szoku. Brunet siedzi już za kierownicą kiedy ja dopiero otwieram drzwi klatki schodowej. Nagle słyszę kogoś zbiegającego po schodach.
- Rinelle! – woła Naomi – Zostawiłaś bluzę.
- O, dziękuję – odbieram od niej zgubę.
- I co o tym sądzisz? – pyta znienacka.
- O czym? O bluzie? – jestem trochę zdezorientowana.
- Nie, oczywiście, że nie! Mówię o porwaniu, Orionie.
- Ach, to – w końcu łapię – Cóż, ja… jestem w szoku – przyznaję szczerze.
- Każdy by był – zgadza się Mulatka – Ale nie złość się na chłopaków. Leo chciał ci już wcześniej powiedzieć. A Raphael… on po prostu już taki jest.
- Pewnie miał swoje powody – sama jestem zaskoczona, że bronię swojego współlokatora.
- Jak uważasz – dziewczyna wzrusza ramionami – Ale wiesz co? Musi cię lubić, skoro zdecydował się ci o wszystkim powiedzieć. Nie sądziłam, że w ogóle o tym pomyśli.
- Mmm – krzywię się – Nie wiem, co nim powodowało, ale nie sądzę, żeby to miało coś wspólnego z lubieniem mnie.
- Może ty tego nie widzisz, ale jednak. On cię lubi, uwierz mi. Nawet wydaje się przy tobie jakby spokojniejszy.
- Jak uważasz – powtarzam po niej – Dobrze, dziękuje za bluzę, ale chyba powinnam już iść.
- Jasne, pewnie potrzebujesz chwili spokoju. Do zobaczenia i trzymaj kciuki!
- Będę na pewno, cześć!
Po tych słowach rozchodzimy się. Już bardziej przytomna wracam do auta.
- Hej, wszystko w porządku? – siadając zauważam, że Raphael jest bardziej spięty niż przed chwilą.
- Poza tym, że moi rodzice zaginęli bez wieści i nie jestem w stanie ich znaleźć? Czuję się świetnie! – prycha.
- Przepraszam – nic innego nie przychodzi mi do głowy.
- Przestań przepraszać – irytuje się chłopak – W ogóle przestań!
- Ej, co ci się dzieje? – nie rozumiem jego nagłego wybuchu.
- Ty! Wszędzie ty! Po co ja cię tu przyprowadzałem?! – krzyczy.
- Nie wiem, ty mi powiedz! – ja również podnoszę głos.
- Nie mam pojęcia!
- A dlaczego to ma być moja wina?!
- Bo nic nie musiałbym ci mówić, gdyby cię tu nie było!
- I to niby moja wina!
- A żebyś wiedziała!
- Czemu wrzeszczysz?!
- Nie wiem! Szlag mnie już trafia!
- Dosyć! – uderzam ręką w deskę rozdzielczą – Już koniec – mówię spokojniej.
- Koniec? Jaki koniec? – Raphael opiera głowę na zagłówku – Moi rodzice zniknęli, nawet nie wiem, czy jeszcze żyją. Mój brat, zamiast przyłożyć się do poszukiwań, skupia się tylko na tej Naomi, a ja… zupełnie sobie z tym nie radzę – zaciska oczy.
- Ale przecież Leonard cię wspiera i naprawdę się tym przejmuje.
- Mówisz – brunet wcale nie wygląda na przekonanego.
Dopiero wtedy zauważam, jak bardzo się przejmuje. Jest okropnie nerwowy, a ja, głupia, zamiast mu pomóc, tylko się na niego wściekałam.
- Chodź tu – nachylam się do niego i przytulam, jak najlepiej potrafię.
- Co ty robisz? – pyta osłupiały.
- Pocieszam cię.
- Ale ja właśnie na ciebie nawrzeszczałem.
- Dzisiaj jesteś usprawiedliwiony.
- N-nie wiem, jak zareagować – mówi z wahaniem. Pewnie nie powinno, ale wydaje mi się to urocze.
- Po prostu przestań walczyć – odpowiadam gładząc go po plecach.
Podziałało. Chłopak w końcu rozluźnia się i po chwili wtula się we mnie, jak gdybym to ja była znacznie większa od niego, a nie na odwrót.
- Już, już – głaszczę go po włosach – Poradzimy sobie z tym.
- My? – Raphael odsuwa się gwałtownie – Jacy znowu my?
- No chyba nie myślisz, że zostawię cię z tym samego.
- Posłuchaj, ty nie…
- Cicho – przerywam mu – Jestem dorosła i zrobię, co zechcę.
Chłopak wygląda, jakby chciał coś odpowiedzieć, ale jednak z tego rezygnuje.
- Nie poruszajmy więcej tego tematu – brunet nagle bardzo się skupia na zapaleniu silnika.
- Dobra, jak chcesz – wciskam się w fotel.
Ruszamy w drogę oboje pogrążeni w swoich myślach. Raphael pewnie myśli o rodzicach. Ja o tym, jak mogłabym mu pomóc. I chyba żadnemu z nas nie podoba się to, co dzieje się w naszych głowach.

poniedziałek, 6 marca 2017

Rozdział 11


Minęły już dwa tygodnie od mojej kłótni z Raphaelem. Od tego czasu praktycznie ze sobą nie rozmawiamy. Nie powiem, że jest mi z tym łatwo, ale nikomu nie pozwolę się tak traktować.
Jest późne popołudnie, niedawno wróciłam z pracy. Siedzę sobie przy stole i piję letnią, rozmleczoną kawę. Raphaela jeszcze nie ma, ale w tym momencie słyszę szczęk klucza w zamku, który oznacza, że właśnie wrócił.
Choć siedzę tyłem do wejścia, słyszę, że jego kroki są wolne, to znaczy spokojne. Kiedy staje w wejściu do kuchni, odzywa się łagodnie:
- Cześć, Rinelle. Chodź ze mną. Ja… chciałbym ci coś pokazać.
W tym momencie odwracam się na krześle i mierzę go badawczym wzrokiem.
- Co takiego? – pytam nieufnie.
- Po prostu chodź – odpowiada.
Ja jednak nie ruszam się z miejsca.
- Rinelle, proszę – Raphael próbuje chwycić mnie za łokieć, ale cofam rękę – W porządku, jak chcesz. Ale to jest naprawdę ważne.
Jeszcze raz spoglądam na niego podejrzliwie, jednak w końcu ciekawość zwycięża.
- Dobra, zgoda – mówię.
- W takim razie chodź ze mną – powtarza on i wychodzi z mieszkania. Mnie nie pozostaje nic innego jak podążyć za nim.
Zaczyna się już ściemniać, więc gdy stoję przed blokiem, nie zauważam go od razu. Dopiero po kilku sekundach dostrzegam bladą twarz chłopaka siedzącego w aucie, a konkretnie czarnym potworze. O dziwo po stronie kierowcy.
- Zamierzasz prowadzić? – niezbyt podoba mi się ten pomysł, zwłaszcza, że on nie ma prawa jazdy.
- Spokojnie, będę jechał powoli – odpowiada – A poza tym, lepiej żebyś skupiła się na słuchaniu.
Okej. Zaczynam się bać.
- Możesz mi powiedzieć, dokąd jedziemy? – postanawiam spróbować dowiedzieć się czegokolwiek, ale z góry znam odpowiedź.
- Nie.
- Dlaczego?
- Wszystko wyjaśnię ci na miejscu.
- No to nigdzie nie jadę – protestuję.
- A jak powiem, że będzie tam Leonard i jeszcze kilku naszych znajomych, to cię uspokoi?
Zastanawiam się. Cóż, jeśli chodzi o obu braci Cortez, to wiem, że temu starszemu z reguły nie odbija i istnieje szansa, że jeszcze dzisiaj nie umrę.
- Możesz nawet to niego zadzwonić – dodaje Raphael.
- Dobrze, poddaję się – wzdycham i wybieram numer blondyna. Naprawdę obawiam się, co tym razem wymyślił mój współlokator.
***
Jedziemy już jakiś czas. Rozmowa z Leonardem trochę mnie uspokoiła. Chyba nie wiedział, że przyjedziemy, ponieważ miał dość zdziwiony głos, ale też wydawał się szczęśliwy.
Zastanawiam się nad tym w milczeniu, kiedy ciszę przerywa Raphael.
- Co byś zrobiła, gdyby komuś z twojej najbliższej rodziny coś zagrażało?
- Ale… w jakim sensie? – zupełnie mnie tym pytaniem zaskakuje.
- W każdym. Nawet najgorszym – chłopak jest bardzo tajemniczy, ale chyba już wiem, jakiej odpowiedzi oczekuje.
- Cóż, w takim razie starałabym się na wszelkie możliwe sposoby pomóc temu komuś – mówię.
- W porządku – brunet kiwa głową ze wzrokiem utkwionym w drodze – To znaczy, że zrozumiesz.
Dobrze, może powtórzę. Zaczynam się bać. Albo nie, wróć. Ja już się nieźle boję.
- Raphaelu, o co tu chodzi? – pytam trochę ostro – Powiedz mi wreszcie.
- Teraz?
- Tak!
- Mhm – odmrukuje on. Nadal patrzy na drogę zamiast na mnie, ale i tak widzę, że jest spięty. Na przemian zaciska i rozluźnia ręce na kierownicy.
- No już dobrze, powoli -  postanawiam porozmawiać z nim na spokojnie, chociaż wcale nie jest mi łatwo – Co się dzieje?
- Pamiętasz może reportaż w telewizji, który oglądaliśmy kilka dni po twoim przyjeździe? Ten o prawniku i jego żonie.
- Chyba coś mi świta.
- W takim razie popatrz na to – chłopak wyciąga z kieszeni jakąś niewielką kartkę, która jednak okazuje się lekko podniszczonym zdjęciem.
Chwilę to trwa, zanim dociera do mnie, kto się na nim znajduje. Na zdjęciu są cztery osoby, dwoje dorosłych i dwóch nastolatków. Zapewne rodzice z synami. Kobieta ma chyba około czterdziestki, jednak im dłużej się jej przyglądam, tym wydaje mi się młodsza. Postarza ją jednak zmęczony wyraz twarzy. Jej blond włosy są długie i proste, karnacja jasna, a oczy jasnobłękitne. Widać też, że ma smukłą, wysoką sylwetkę. Mężczyzna stojący obok niej jest trochę niższy i najwyraźniej kilka lat starszy. Ma także czarne, krótkie, lekko przyprószone siwizną włosy i zarost na twarzy, ciemnobrązowe oczy oraz śniadą cerę.
Nie ma mowy o pomyłce. To na sto procent małżeństwo, które pokazywano w wiadomościach.
Następnie moje spojrzenie pada na dwóch młodych chłopców stojących obok dorosłych. Sądząc po ich podobieństwie, muszą to być bracia. Każdy z nich ma cechy wyglądu obojga rodziców. Jeden z nastolatków, ten, który wygląda na starszego, ma włosy matki i oczy ojca, jak również jego rysy twarzy, lekko zmieszane z rysami kobiety. Młodszy z braci ma czarne, sięgające brody włosy, jasną skórę i błękitne. Podobnie jak drugi chłopak jest podobny do ojca, jednak ma dość wysokie kości policzkowe matki. Wszyscy na zdjęciu są bliską rodziną, nie mam co do tego wątpliwości, chociaż każdy z osobna różni się od reszty.
- Czyli na tym zdjęciu to są twoi… - pytam.
- Tak – pada w odpowiedzi.
- A ty i Leo…
- Tak.
Chcę coś powiedzieć, wyrazić moje współczucie, ale nie potrafię. Jestem po prostu w szoku. Zaczynam się zastanawiać, jak Raphaelowi udało się utrzymywać to przede mną w tajemnicy przez tyle czasu? Pewnie powinnam się domyślić czegoś po jego zachowaniu, ale myślałam, że on po prostu już taki jest, przecież nie znałam go wcześniej.
Najprawdopodobniej Raphael fuknie w odpowiedzi na to, co zaraz powiem, jednak postanawiam zaryzykować.
- Bardzo ci współczuję.
- Dzięki – rzuca on w odpowiedzi, po czym zapada cisza.
W porządku, muszę przemyśleć kilka rzeczy. Może od początku. Raphael (i Leonard) ma rodziców, którzy zostali porwani. Dlaczego? Mie wiem. A dlaczego mi o tym wcześniej nie powiedział? Bo jednak nie znamy się aż tak dobrze. Poza tym, on jest skryty. Czy mam mu pomóc? Jaaasne, no niby jak? Ale dlaczego dowiaduję się o tym wszystkim teraz? W czym ma mi pomóc ta wiedza, co ona zmieni w moim życiu? Tylko, że jakiś powód musiał istnieć, Raphael nie mówi czegoś ot, tak sobie.
Nagle do mojej głowy wpada pewna myśl. Coś jak iskra, jest szybka, jasna i choć momentalnie znika, to pozostawia po sobie ślad. Zaczynam łączyć fakty. Tamci dwaj bandyci, którzy włamali się do mieszkania… A co jeśli… jeśli to wcale nie byli przypadkowi złodzieje?
- Zatrzymaj się – rzucam przez zaciśnięte zęby do chłopaka.
- Już prawie dojeżdżamy…
- Zatrzymaj ten cholerny samochód albo nie ręczę za siebie!
Nie wiem, czy trafiły do niego moje argumenty, czy może uprzejmy ton, ale tak czy inaczej zjeżdża w pobliską zatoczkę przystanku autobusowego. Wysiadam z auta trzaskając drzwiami. Opieram się o nie i nerwowo przeczesuję włosy palcami. Zaraz po mnie wychodzi Raphael i również opiera się o te same drzwi. Jestem dość zdziwiona, ponieważ zwykle zachowuje co najmniej metr odległości. W tym momencie brunet wzdycha i mówi:
- Słucham.
Przymykam na sekundę oczy, żeby zebrać myśli i silę się na spokojny ton.
- Czy tamci dwaj, którzy włamali się do naszego mieszkania, mieli coś wspólnego z porwaniem twoich rodziców?
- Nie wiem.
- Co?
- Nie wiem – powtarza.
- Nie wiem? I tyle masz mi do powiedzenia?! – tracę nad sobą kontrolę – O mało mnie nie zabili, a ty dopiero teraz mi mówisz o tym… tym… tym wszystkim?!
- Moim zdaniem i tak lepiej byłoby, żebyś nadal nic nie wiedziała – chłopak wzrusza ramionami.
- Twoim? – mrużę oczy, a głos podwyższa mi się o oktawę ze złości  – To w takim razie czyj to był pomysł, żeby mi łaskawie cokolwiek powiedzieć?
- Mojego brata.
Staram się nie strzelić go w pysk. Naprawdę się staram, ale chyba zaraz przestanę. Otwieram usta, żeby o coś jeszcze zapytać, ale Raphael mi przerywa.
- Nie teraz. Wszystkiego dowiesz się na miejscu.
Aż zatyka mnie z oburzenia. Co za cham! Zupełnie nie poczuwa się do winy i jeszcze ma czelność mnie uciszać!
- Jeśli myślisz, że teraz ci zaufam i grzecznie wsiądę do samochodu, to się grubo mylisz! Nigdzie z tobą nie jadę! – krzyżuję ręce na piersi.
- Ej, księżniczko, może trochę ciszej – irytuje się brunet – Jesteśmy w środku miasta, a ja nie chciałbym mieć jakichś, pożal się Boże, obrońców biednych kobiet na karku.
W odpowiedzi mówię mu, co może ze sobą zrobić.
- Jak chcesz – po raz kolejny wzrusza ramionami – Ale weź pod uwagę, że o tej porze, a w dodatku w tej dzielnicy raczej nie znajdziesz żadnego miłego pana, który bezinteresownie podwiezie cię do domu. Natomiast prawdopodobieństwo, że natkniesz się na jakiegoś psychopatę-zboczeńca rośnie z każdą chwilą.
- Wiem. Przecież już koło mnie stoisz, no nie? – odgryzam się.
- Ja nie żartuję – jego spojrzenie wydaje się przewiercać mnie na wylot. Myślałam, że po zmroku nie będzie widać koloru jego oczu, jednak dzięki światłom ulic nabierają teraz głębszej i jeszcze zimniejszej barwy…
Hej, Rinelle! stop, dziewczyno! Facet właśnie ci się przyznał, że pośrednio z jego winy napadło na ciebie dwóch zbirów, a ty kontemplujesz jego oczy?!
- Ja również nie żartuję – rzucam ze złością i zrywam się z miejsca.
- No ty chyba masz nie po kolei w głowie – krzyczy za mną brunet.
Nie odpowiadam.
Coś mi mówi, że to jeden z moich głupich pomysłów, mimo to nie zamierzam się zatrzymywać. Po chwili słyszę, że ktoś za mną biegnie. Raphael. Odwracam się aby wyrazić moje zdanie na temat dalszej z nim podróży, jednak on okazuje się szybszy. Błyskawicznie chwyta mnie za oba nadgarstki tak mocno, że nie mogę się wyrwać.
- Puszczaj – syczę.
- Biorąc pod uwagę, że w chwili obecnej nie myślisz logicznie, odpowiedź brzmi: nie.
- A co to ma niby znaczyć?! – wściekam się coraz bardziej – Kto w ogóle dał ci prawo do…
- Nie zmuszaj mnie, żebym to zrobił – wzdycha chłopak.
- Co ty odwalasz?! – znowu próbuję mu się wyrwać. Wtedy on wzdycha po raz kolejny i nagle łapie mnie na wysokości kolan, aby następnie… przerzucić mnie sobie przez ramię? Że. Co?!
Na kilka sekund nieruchomieję ze zdziwienia pomieszanego z oburzeniem. Potem przytomnieję na tyle, żeby obrzucić mojego oprawcę takimi epitetami, których dama nie powinna nawet znać. Raphael natomiast nic sobie z tego nie robi. Kiedy dochodzimy do auta, bezceremonialnie pakuje mnie na tylne siedzenie, a sam siada na miejscu kierowcy.
Już nawet nie chce mi się go wyzywać. Po prostu siedzę cicho na czterech literach, a on rusza. W milczeniu, oczywiście.
***

Nie myślałem, że to będzie takie trudne. I nadal twierdziłem, że w ogóle nie powinna o niczym wiedzieć.
Gdy podjechaliśmy pod blok Conweara, jedynym źródłem światła były już tylko uliczne latarnie. Wysiadłem z auta i obszedłem je, aby pomóc Rinelle wyjść. Ona jednak sama otwarła sobie drzwi i oczywiście odepchnęła moją rękę.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie jesteśmy? – pyta.
- Środek miasta, blok na osiedlu – wyliczam.
- Naprawdę? Nie zauważyłam – prycha dziewczyna.
- Chodź, idziemy do wejścia.
Wcisnąłem guzik domofonu. Kilka sekund później brzęczący dźwięk oznajmił otwarcie drzwi. W ciszy weszliśmy, a potem zaczęliśmy wspinać się po schodach. W końcu znaleźliśmy się przy właściwym mieszkaniu. Zapukałem. Rinelle w tym momencie cofnęła się lekko, chowając się odruchowo za mną. Po kilku sekundach drzwi otworzyły się i stanął w nich mój brat.
- Już jesteście – powiedział na nasz widok – A jeszcze wczoraj byłeś na nie, braciszku.
- Nadal jestem – mruknąłem pod nosem.
- Ty też w tym siedzisz i nic nie mówiłeś?! – krzyknęła szatynka na Leonarda. Niestety, stałem tuż obok niej, a moje uszy, choć znajdowały się wyżej niż jej głowa, i tak ucierpiały.
- Oczywiście – westchnąłem w odpowiedzi za brata – Przecież to też jego rodzice, prawda?
Wyraźnie nie była zadowolona z mojej odpowiedzi. Chyba w ogóle z tego, że się odezwałem.
- Wejdźcie. Zaraz ci wszystko wytłumaczymy, Rin – Leonard wykonał zapraszający gest.
- Oby szybko – rzuciła dziewczyna przekraczając próg.
Jęknąłem w duchu. Nie podobał mi się kierunek, w którym zmierzała moja znajomość z Rinelle. 

piątek, 20 stycznia 2017

Rozdział 10


Rozdział dedykuję Toki. Już ona wie za co ;)

10
Raphael unika rozmowy ze mną jak może. Pewnie dlatego, że musiałby się grubo tłumaczyć. Chyba jednak dam mu spokój i nie będę go o nic pytać, bo choć jestem ciekawa, to i tak dam sobie rękę uciąć, że nie powiedziałby mi prawdy.
Właśnie robię mu śniadanie, co jest gestem mojego współczucia dla poszkodowanego.
- Smacznego – mówię stawiając przed Raphaelem jajecznicę i biorąc drugą porcję dla siebie.
- Zatrute? – pyta on z drwiną w głosie.
- Oczywiście, że tak – odpowiadam w podobnym tonie – Jak nie chcesz, to nie jedz – dodaję i chcę zabrać mu talerz. Ku mojej satysfakcji przez ułamek sekundy na twarzy chłopaka widzę minę, jaką ma głodny, przerażony szczeniak.
- Porażający dowcip – prycha brunet przygarniając miskę do siebie. Ja na to parskam śmiechem.
Właśnie tak wygląda nasze sobotnie śniadanko. Jeszcze nie mam ochoty udusić Raphaela za jego arcyburactwo, a to jest sukces.
- Tak swoją drogą, to chyba trochę nie w porządku, że nie dali ci nic do jedzenia w szpitalu – zauważam między jednym kęsem a drugim.
- Och, dali – mówi chłopak – ale jakoś nie miałem ochoty się truć.
Cały Raphael. Nie jestem pewna, czy podoba mi się powrót jego elokwencji.
- Czy ty choć raz możesz powiedzieć coś miłego? – pytam.
- W niektórych kręgach twoje rudawe włosy zostałyby uznane za bardzo atrakcyjne – mówi brunet spokojnie znad kubka z kawą.
Nie odpowiadam. Po prostu mnie zatyka. Jednak po pierwszym szoku postanawiam nie przejmować się jego dziwnym komentarzem.
- To świetnie – rzucam wymijająco i wstaję, żeby umyć naczynia.
- Wiesz co… - zaczyna Raphael czując chyba, że zmęczył mnie swoim zachowaniem – Jestem… naprawdę wdzięczny, że chcesz się mną… opiekować, ale myślę, że nie jest to… konieczne – wyraźnie stara się mnie nie urazić. Dobrze, będzie mu to zapisane.
- Sugerujesz, że będąc tak poobijany, jak jesteś, będziesz mógł wykonać jakikolwiek ruch bez mojej pomocy? – unoszę brew.
- Owszem.
- I nadal nie powiesz mi, kto i dlaczego cię tak urządził?
- Nie.
- W porządku – unoszę ręce w geście poddania. Ma swoją dumę i ja to szanuję.
- Rinelle… Mógłbym cię prosić tylko o jedną rzecz? – pyta brunet.
- Hm?
- Zrobiłabyś drobne zakupy?
Ten jego błagalny wzrok powinien wzbudzić we mnie jakieś podejrzenia, ale tym razem postanawiam mu zaufać.
- Nie ma sprawy – odpowiadam – A może zrobimy jakąś zrzutę? Bo wiesz, jeszcze nie dostałam wypłaty…
- Jasne, trzymaj – podaje mi kilka banknotów wyjętych z kieszeni.
- Dzięki. No dobra, to ja lecę. Pa! – narzucam kurtkę i chwilę później już wychodzę.
***
Po wyjściu Rinelle odczekałem kilka sekund, a potem wziąłem do ręki telefon i wysłałem mojemu bratu SMS-a. Po około minucie usłyszałem pukanie do drzwi.
- Otwarte – zawołałem.
- Cześć, Raph – przywitał mnie Leonardo – Czy to była Rinelle wychodząca z budynku?
- Nie, moja nowa dziewczyna – sarknąłem – Oczywiście, że to była Rinelle.
- Widzę, że humor ci dopisuje.
- Mhm. Lepiej przejdź do rzeczy. Wysłałem dziewczynę na zakupy, ale raczej szybko się z tym uwinie.
- Ona ma imię.
- Słucham? – zmarszczyłem brwi.
- Rinelle. Ma imię. Nie mów o niej „dziewczyna”.
- Z tego co wiem, ona jest dziewczyną, więc będę ją tak nazywał, jeśli zechcę.
- Mógłbyś być dla niej milszy.
- A niby po co?
- Raphaelu…
- Dobra, koniec – uciąłem – Do rzeczy, Leo.
- Ech, w porządku – dał za wygraną – W takim razie chciałem powiedzieć, że nic się nie zmieniło w sprawie rodziców. Nie wiemy ani trochę więcej niż ostatnim razem. Ale przynajmniej nic niepokojącego do nas nie dotarło.
- Wynik równy zero to nadal zero, nie plus – odparłem – A poza tym to, że nic złego do nas nie dotarło, nie znaczy, że się nie stało.
- Proszę, nie dobijaj mnie – mój brat w sekundę postarzał się o parę lat – Bez nadziei nie mamy nic. Ty też powinieneś spojrzeć na to choć odrobinę pozytywnie. Dobrze by ci to zrobiło.
- Nic nie powinienem – żachnąłem się – A już na pewno nie wtajemniczać Rinelle w całą tą sprawę.
- Nic takiego teraz nie powiedziałem – zaprotestował Leonard.
- Zaraz byś to zrobił.
- Wcale nie…
- Miałeś to na końcu języka.
- Dobra, już dosyć! – uniósł się mój brat – Tak, masz rację, właśnie to chciałem powiedzieć.
- Daruj sobie.
- Nie mogę. To bardzo ważne, braciszku. Jesteś jej to winien, wiesz?
- Nie – odparłem - To nie jej sprawa.
- Jesteś pewien? Bo ja myślę, że jednak trochę jej.
- A co by jej dała ta wiedza, co? – ta bezsensowna dyskusja zaczynała mnie już mocno irytować.
- Mogłaby się przygotować na różne sytuacje, o których na ten moment nawet nie ma pojęcia. Albo, co wydaje mi się mniej prawdopodobne, ale jednak, wyprowadzić się i żyć w spokoju z dala od nas – powiedział Leonard z naciskiem.
- Zabraniam ci jej cokolwiek mówić – warknąłem.
- I tak będziesz musiał to kiedyś zrobić – mój rozmówca wzruszył ramionami – A poza tym widzę, co się dzieje, Raph. Lubisz ją. Zależy ci na niej i na pewno chciałbyś, żeby była bezpieczna.
- Widzisz, mówisz? – syknąłem – A co takiego, jeśli można spytać?
- Braciszku, to, że nie miałeś zbyt kolorowego dzieciństwa nie znaczy, że tak ma być już zawsze i nigdy już nikt nie będzie dla ciebie ważny.
- Ach, tak? – prychnąłem – Czyli ty sugerujesz, że zakochałem się w Rinelle, prawda? Oj, Leo – zaśmiałem się krótkim, niewesołym śmiechem, ale zaraz potem odezwałem się niemal grobowym tonem:
- Mylisz się. Wiem, że przekonywanie cię nic tu nie da, ale się mylisz. A to, co dzieje się w naszej rodzinie, nie jest sprawą Rinelle.
- Raphaelu, pomyśl, narażasz ją na niebezpieczeństwo. Gdyby miała jakiekolwiek pojęcie o tym, w co się pakuje, przynajmniej miałaby jakiś wybór – próbował tłumaczyć Leonard – Już raz prawie ją straciłeś.
- Przestań mówić, że to JA ją straciłem, do cholery! – wybuchnąłem w końcu.
- Posłuchaj, jej może stać się krzywda, a ty masz na to wpływ. Czy kiedykolwiek wybaczyłbyś sobie, gdyby spotkało ją coś złego.
- Bez wahania.
- Raph…
- Zamknij się, Leonardo! – mój brat zupełnie już wyprowadził mnie z równowagi – Rinelle nie znaczy i nigdy nie będzie znaczyć dla mnie więcej, niż przypadkowy kundel spotkany na ulicy! Jest tylko wredną, irytującą smarkulą, która uwielbia udowadniać mi, że jestem zarozumiałym gnojkiem, jasne?!
Kiedy już dałem upust swojej wściekłości, czekałem na reakcje mojego brata. Na jego twarzy mieszały się grymasy niedowierzania i złości. Zacisnął pięści i próbował coś powiedzieć, jednak nagle zamknął usta, a jego spojrzenie powędrowało w bok. Podążyłem za jego wzrokiem i zobaczyłem stojącą w progu Rinelle.
- Zostawiłam telefon… - wydusiła z siebie. Jej ramiona były opuszczone, włosy zmierzwione, a w szeroko otwartych niebiesko-zielonych oczach zbierały się łzy. Patrzyliśmy na siebie przez kilka sekund, a potem ona zerwała się i wybiegła na schody. Usłyszałem, jak wyrwał się jej płacz.
- Zobacz, co narobiłeś, debilu! – warknął Leonard.
Chociaż w mojej głowie kłębiło się z tysiąc różnych myśli, starałem się to przed nim ukryć.
- Chodzi o to, że doprowadziłem ją do łez? Ona już taka jest, przejdzie jej. A może tak się tym przejąłeś, ponieważ to ty się w niej zadurzyłeś, ale boisz się do tego przyznać i wpierasz to mnie? – zabiłem bratu ćwieka.
Nawet nie zauważyłem, kiedy wymierzył cios.
W następnej sekundzie stałem przykładając sobie dłoń do kości policzkowej, a on rozcierał rękę.
- Nie jestem tobą, mały – powiedział niebezpiecznie cicho – I przestań zachowywać się jak ostatni dupek, dobra? Twoje traktowanie ludzi krzywdzi nie tylko ich, ale także ciebie. A kiedyś nie będziesz miał już nikogo. I ani ja, ani Rinelle nie pozbiera cię więcej do kupy. Przemyśl to.
Powiedziawszy te słowa, Leonard wyszedł trzaskając drzwiami. Ja opadłem na krzesło z obitym policzkiem na zewnątrz i niepokojącym uczuciem narastającym w środku.
***

Zbiegam po schodach lewą ręką trzymając się poręczy, a prawą ocierając cieknące mi po policzkach łzy. Wypadam z klatki jak wściekła i siadam na najbliższej ławce.
Boli, nawet bardzo. Ledwo tego kretyna znam, a on już potrafi mnie doprowadzić do płaczu. Dlaczego mi to robi? Jak w ogóle może? Ja do niego z sercem, a on mówi takie rzeczy? O co mu chodzi?!
Nie czuję w tym momencie złości. Po prostu jest mi okropnie smutno. Mam wrażenie, jak gdyby Raphael bardzo mnie właśnie okłamał. Wiem, że to głupie, bo żeby się tak czuć, musiałoby mi na nim zależeć, a ja nawet nie chcę go teraz widzieć. Jednak z drugiej strony myślałam, że zaczynaliśmy się już zaprzyjaźniać. Kiedy się nie wścieka ani nie jest takim zadufanym w sobie burakiem wydaje mi się, że dostrzegam tego miłego Raphaela. Ale to tylko złudzenie, jak się właśnie okazało. Boże, czemu on musi być takim popapranym idiotą i zawsze wszystko niszczyć?
Siedzę tak, a łzy płyną z moich oczu jedna po drugiej, aż nagle słyszę czyjeś kroki.
- Wal się, dupku – mówię ostro myśląc, że to Raphael.
- To fakt, mojego brata można tak nazwać. I byłoby to całkiem uzasadnione – odpowiada mi podobny jednak radośniejszy głos.
- Leo, to ty. Przepraszam, ja…
- Nie tłumacz się. Sam chętnie powiedziałbym mu teraz, co o nim myślę.
Próbuje mnie pocieszyć, ale na niewiele się to zdaje.
- To nie twoja wina – mówi – On po prostu z jakiegoś niezrozumiałego powodu uważa, że może traktować innych ludzi jak mu się podoba. Ale nie martw się, już moja w tym głowa, żeby się oduczył – kładzie mi rękę na ramieniu.
Na kłykciach jego prawej ręki dostrzegam małe ranki i opuchliznę, więc pytam:
- Czy ty go…
- Tak – odpowiada – I nie powiesz mi, że mu się nie należało.
W moich oczach musi odmalowywać się wyjątkowe przerażenie, ponieważ Leonard szybko dodaje:
- Spokojnie, ucierpiał tylko jego policzek.
- Nie ma łatwo, kiedy jesteś jego starszym bratem, co? – próbuj się uśmiechnąć, ale tylko wykrzywiam usta.
- Miałby, gdyby tylko zechciał – wzdycha smutno blondyn – Ale nie pozwolę mu tak mówić o tobie czy o kimś innym.
- Dziękuję – mówię cicho.
- Nie masz za co – odpowiada chłopak – Przysposobienie mojego braciszka do życia w społeczeństwie to moje zadnie nieodmiennie od paru dobrych lat.
Tym razem naprawdę staram się uśmiechnąć i nawet mi to wychodzi.
- Naprawdę dziękuję. Już mi lepiej.
- Aha, coś nie wierzę – kręci głową Leonard – Wiesz, jeśli nie chcesz już z nim więcej mieszkać, to…
- Nie ma sprawy – przerywam mu – Jestem już dużą dziewczynką. Nie uciekam od problemów, tylko je rozwiązuję. Bardzo mi pomogłeś. Nie musisz już tu siedzieć – delikatnie daję mu do zrozumienia, że chciałabym zostać sama.
- Okej. W takim razie idę. Trzymaj się, Rin – żegna się.
- Pa, Leo – odpowiadam i po chwili zostaję sama. I dobrze. Muszę trochę pomyśleć.
Boli. Jego zachowanie naprawdę mnie dotknęło. Wiem, że nie jest taki sam z siebie, że coś musiało go takim uczynić, ale nadal nie ma prawa mnie traktować w ten sposób.  Czy ja rzeczywiście cały czas go krytykuję? Nie. To, że często się przekomarzamy, nie oznacza, że go nie lubię. Tak, ja go lubię. Mimo wszystko.
Choć nadal jest mi smutno, ocieram łzy rękawem i postanawiam nie mazać się więcej. Kiedy zbieram się z powrotem do domu, znowu słyszę za sobą męskie kroki. Myśląc, że może to Leonard chce mi coś jeszcze powiedzieć, odwracam się z lekkim uśmiechem, który jednak szybki zamiera mi na twarzy.
- Po co tu przyszedłeś? – warczę do Raphaela i napinam się cała.
- Nie chciałem, żebyś to słyszała – mówi cicho chłopak.
- Ach, to znaczy, że ty nie masz zamiaru przepraszać mnie za swoje słowa tylko za to, że je usłyszałam tak? – mój głos wchodzi na wysokie tony, jak zawsze, kiedy się denerwuję.
- Czyli chcesz, żebym przeprosił cię za to, co powiedziałem, nawet jeżeli naprawdę tak myślę? – Raphael stara się zachować spokój.
- A naprawdę tak myślisz? – odpowiadam pytaniem a pytanie.
- A naprawdę chcesz wiedzieć? – brunet jest coraz bardziej wytrącony z równowagi.
- Jasne, dawaj! – wybucham.
- Ugh! Dlaczego ty jesteś taka nieznośna?! – jego też ponosi.
- I kto to mówi?!
- No kto?! Cholerny idiota?! Czy masz może w zanadrzu jeszcze jakieś inne inwektywy?!
- O co ci chodzi, co?!
- O ciebie! O to, że mam cię dość!
- Ty mnie?! No bardzo zabawne!
- Koniec. Nie rozmawiam z tobą – Raphael zaciska zęby – Przyszedłem jakiś to naprawić, a ty na mnie skaczesz.
- A może mam ku temu powód, hm? – ja też jestem już bardziej opanowana – Może to ty źle zabierasz się do przepraszania?
- Dosyć – chłopak odwraca się na pięcie i odchodzi.
- Jasne, pewnie! Po co rozmawiać? – krzyczę za nim – Lepiej zamknąć się w sobie i uciec. A wiesz, dlaczego to robisz? Bo się zwyczajnie boisz!
Wtedy staje i po sekundzie bezruchu wraca do mnie. Podchodzi tak blisko, że nasze nosy niemal się stykają.
- Nie masz pojęcia o tym, co czuję – mówi cichym głosem, w którym jednak czuję tłumioną złość.
Po tych słowach ponownie odchodzi, a ja już go więcej nie zatrzymuję.