sobota, 22 kwietnia 2017

Rozdział 12

Okej. Jeszcze raz.
Siedzę właśnie na kanapie u Leonarda i staram się to wszystko jakoś przetrawić. Całą sprawę przedstawili mi obaj bracia oraz ich znajomi obecni w mieszkaniu. Swoją drogą, stanowią całkiem ciekawą grupę. Jest tu Naomi, Mulatka, na którą wpadłam ostatnim razem w szpitalu (coś mi się wydaje, że jeszcze nie raz spotkam ją w pobliżu Leonarda) i niewysoki blondyn w okularach, Conwear (z tego, co zrozumiałam, zajmuje się wszystkimi możliwymi zajęciami związanymi z informatyką). Miał przyjść jeszcze jakiś kuzyn Cortezów i ktoś w rodzaju starego znajomego rodziny, ale oni nie dotarli.
- No dobra, od początku – pocieram dłonią czoło – Wasz tata jest prawnikiem, który bronił jakiegoś ważnego polityka…
- Gwoli ścisłości jego kancelaria, on tylko nadzorował ten proces – mówi Raphael.
- … a teraz razem z waszą mamą zniknęli i wy podejrzewacie, że on z jakiegoś niezrozumiałego powodu ich porwał. Wobec tego razem z… przyjaciółmi stworzyliście coś jakby… grupę eee… ratunkową? Orion, tak?
- Tak – odparli bracia chórem.
W tym momencie zaczęłam się histerycznie śmiać.
- Oj, koledzy, macie chore poczucie humoru – ocieram łzy spoglądając na resztę. Ale oni nie śmieją się razem ze mną. Przeciwnie, cała czwórka ma grobowe miny i patrzą na mnie, jakbym była nienormalna. – O – mój nastrój zmienia się w ułamku sekundy – Wy wcale nie żartujecie, prawda?
- Obawiam się, że nie – Raphael krzyżuje ręce i przyjmuje postawę jeszcze bardziej zamkniętą niż wcześniej, o ile to w ogóle możliwe.
W tym momencie dociera do mnie powaga tej sytuacji.
- Boże, przepraszam – mówię – Tak strasznie mi przykro, czy mogę wam jakoś pomóc?
Leonard otwiera usta, aby coś powiedzieć, jednak młodszy brat go w tym ubiega.
- Nie i, proszę, nawet nie próbuj.
- Raphaelu! – strofuje go blondyn.
- Daj spokój, przecież mam rację – brunet patrzy na niego spod zmarszczonych brwi – Jej w ogóle nie powinno tu być.
- Dobra, wystarczy, chłopaki – włącza się Naomi – Dziewczyna chyba i tak ma już mętlik w głowie.
- Mało powiedziane – mruczę pod nosem.
- Świetnie – mój współlokator gwałtownie odkleja się od ściany, przy której stał przez ostatnie dziesięć minut – To my się już pożegnamy.
Nawet nie protestuję, kiedy popycha mnie w stronę drzwi. Przed wyjściem jednak udaje mi się pożegnać ze wszystkimi.
- Na pewno wszystko się dobrze skończy – tyle udaje mi się wykrztusić, kiedy ściskam Leonarda – Będzie dobrze.
- Dzięki za troskę, Rin – chłopak pociera moje ramiona.
A potem wracamy z Raphaelem na dół do samochodu. On idzie szybciej ode mnie, ja się wlokę, ponieważ nadal jestem w szoku. Brunet siedzi już za kierownicą kiedy ja dopiero otwieram drzwi klatki schodowej. Nagle słyszę kogoś zbiegającego po schodach.
- Rinelle! – woła Naomi – Zostawiłaś bluzę.
- O, dziękuję – odbieram od niej zgubę.
- I co o tym sądzisz? – pyta znienacka.
- O czym? O bluzie? – jestem trochę zdezorientowana.
- Nie, oczywiście, że nie! Mówię o porwaniu, Orionie.
- Ach, to – w końcu łapię – Cóż, ja… jestem w szoku – przyznaję szczerze.
- Każdy by był – zgadza się Mulatka – Ale nie złość się na chłopaków. Leo chciał ci już wcześniej powiedzieć. A Raphael… on po prostu już taki jest.
- Pewnie miał swoje powody – sama jestem zaskoczona, że bronię swojego współlokatora.
- Jak uważasz – dziewczyna wzrusza ramionami – Ale wiesz co? Musi cię lubić, skoro zdecydował się ci o wszystkim powiedzieć. Nie sądziłam, że w ogóle o tym pomyśli.
- Mmm – krzywię się – Nie wiem, co nim powodowało, ale nie sądzę, żeby to miało coś wspólnego z lubieniem mnie.
- Może ty tego nie widzisz, ale jednak. On cię lubi, uwierz mi. Nawet wydaje się przy tobie jakby spokojniejszy.
- Jak uważasz – powtarzam po niej – Dobrze, dziękuje za bluzę, ale chyba powinnam już iść.
- Jasne, pewnie potrzebujesz chwili spokoju. Do zobaczenia i trzymaj kciuki!
- Będę na pewno, cześć!
Po tych słowach rozchodzimy się. Już bardziej przytomna wracam do auta.
- Hej, wszystko w porządku? – siadając zauważam, że Raphael jest bardziej spięty niż przed chwilą.
- Poza tym, że moi rodzice zaginęli bez wieści i nie jestem w stanie ich znaleźć? Czuję się świetnie! – prycha.
- Przepraszam – nic innego nie przychodzi mi do głowy.
- Przestań przepraszać – irytuje się chłopak – W ogóle przestań!
- Ej, co ci się dzieje? – nie rozumiem jego nagłego wybuchu.
- Ty! Wszędzie ty! Po co ja cię tu przyprowadzałem?! – krzyczy.
- Nie wiem, ty mi powiedz! – ja również podnoszę głos.
- Nie mam pojęcia!
- A dlaczego to ma być moja wina?!
- Bo nic nie musiałbym ci mówić, gdyby cię tu nie było!
- I to niby moja wina!
- A żebyś wiedziała!
- Czemu wrzeszczysz?!
- Nie wiem! Szlag mnie już trafia!
- Dosyć! – uderzam ręką w deskę rozdzielczą – Już koniec – mówię spokojniej.
- Koniec? Jaki koniec? – Raphael opiera głowę na zagłówku – Moi rodzice zniknęli, nawet nie wiem, czy jeszcze żyją. Mój brat, zamiast przyłożyć się do poszukiwań, skupia się tylko na tej Naomi, a ja… zupełnie sobie z tym nie radzę – zaciska oczy.
- Ale przecież Leonard cię wspiera i naprawdę się tym przejmuje.
- Mówisz – brunet wcale nie wygląda na przekonanego.
Dopiero wtedy zauważam, jak bardzo się przejmuje. Jest okropnie nerwowy, a ja, głupia, zamiast mu pomóc, tylko się na niego wściekałam.
- Chodź tu – nachylam się do niego i przytulam, jak najlepiej potrafię.
- Co ty robisz? – pyta osłupiały.
- Pocieszam cię.
- Ale ja właśnie na ciebie nawrzeszczałem.
- Dzisiaj jesteś usprawiedliwiony.
- N-nie wiem, jak zareagować – mówi z wahaniem. Pewnie nie powinno, ale wydaje mi się to urocze.
- Po prostu przestań walczyć – odpowiadam gładząc go po plecach.
Podziałało. Chłopak w końcu rozluźnia się i po chwili wtula się we mnie, jak gdybym to ja była znacznie większa od niego, a nie na odwrót.
- Już, już – głaszczę go po włosach – Poradzimy sobie z tym.
- My? – Raphael odsuwa się gwałtownie – Jacy znowu my?
- No chyba nie myślisz, że zostawię cię z tym samego.
- Posłuchaj, ty nie…
- Cicho – przerywam mu – Jestem dorosła i zrobię, co zechcę.
Chłopak wygląda, jakby chciał coś odpowiedzieć, ale jednak z tego rezygnuje.
- Nie poruszajmy więcej tego tematu – brunet nagle bardzo się skupia na zapaleniu silnika.
- Dobra, jak chcesz – wciskam się w fotel.
Ruszamy w drogę oboje pogrążeni w swoich myślach. Raphael pewnie myśli o rodzicach. Ja o tym, jak mogłabym mu pomóc. I chyba żadnemu z nas nie podoba się to, co dzieje się w naszych głowach.

poniedziałek, 6 marca 2017

Rozdział 11


Minęły już dwa tygodnie od mojej kłótni z Raphaelem. Od tego czasu praktycznie ze sobą nie rozmawiamy. Nie powiem, że jest mi z tym łatwo, ale nikomu nie pozwolę się tak traktować.
Jest późne popołudnie, niedawno wróciłam z pracy. Siedzę sobie przy stole i piję letnią, rozmleczoną kawę. Raphaela jeszcze nie ma, ale w tym momencie słyszę szczęk klucza w zamku, który oznacza, że właśnie wrócił.
Choć siedzę tyłem do wejścia, słyszę, że jego kroki są wolne, to znaczy spokojne. Kiedy staje w wejściu do kuchni, odzywa się łagodnie:
- Cześć, Rinelle. Chodź ze mną. Ja… chciałbym ci coś pokazać.
W tym momencie odwracam się na krześle i mierzę go badawczym wzrokiem.
- Co takiego? – pytam nieufnie.
- Po prostu chodź – odpowiada.
Ja jednak nie ruszam się z miejsca.
- Rinelle, proszę – Raphael próbuje chwycić mnie za łokieć, ale cofam rękę – W porządku, jak chcesz. Ale to jest naprawdę ważne.
Jeszcze raz spoglądam na niego podejrzliwie, jednak w końcu ciekawość zwycięża.
- Dobra, zgoda – mówię.
- W takim razie chodź ze mną – powtarza on i wychodzi z mieszkania. Mnie nie pozostaje nic innego jak podążyć za nim.
Zaczyna się już ściemniać, więc gdy stoję przed blokiem, nie zauważam go od razu. Dopiero po kilku sekundach dostrzegam bladą twarz chłopaka siedzącego w aucie, a konkretnie czarnym potworze. O dziwo po stronie kierowcy.
- Zamierzasz prowadzić? – niezbyt podoba mi się ten pomysł, zwłaszcza, że on nie ma prawa jazdy.
- Spokojnie, będę jechał powoli – odpowiada – A poza tym, lepiej żebyś skupiła się na słuchaniu.
Okej. Zaczynam się bać.
- Możesz mi powiedzieć, dokąd jedziemy? – postanawiam spróbować dowiedzieć się czegokolwiek, ale z góry znam odpowiedź.
- Nie.
- Dlaczego?
- Wszystko wyjaśnię ci na miejscu.
- No to nigdzie nie jadę – protestuję.
- A jak powiem, że będzie tam Leonard i jeszcze kilku naszych znajomych, to cię uspokoi?
Zastanawiam się. Cóż, jeśli chodzi o obu braci Cortez, to wiem, że temu starszemu z reguły nie odbija i istnieje szansa, że jeszcze dzisiaj nie umrę.
- Możesz nawet to niego zadzwonić – dodaje Raphael.
- Dobrze, poddaję się – wzdycham i wybieram numer blondyna. Naprawdę obawiam się, co tym razem wymyślił mój współlokator.
***
Jedziemy już jakiś czas. Rozmowa z Leonardem trochę mnie uspokoiła. Chyba nie wiedział, że przyjedziemy, ponieważ miał dość zdziwiony głos, ale też wydawał się szczęśliwy.
Zastanawiam się nad tym w milczeniu, kiedy ciszę przerywa Raphael.
- Co byś zrobiła, gdyby komuś z twojej najbliższej rodziny coś zagrażało?
- Ale… w jakim sensie? – zupełnie mnie tym pytaniem zaskakuje.
- W każdym. Nawet najgorszym – chłopak jest bardzo tajemniczy, ale chyba już wiem, jakiej odpowiedzi oczekuje.
- Cóż, w takim razie starałabym się na wszelkie możliwe sposoby pomóc temu komuś – mówię.
- W porządku – brunet kiwa głową ze wzrokiem utkwionym w drodze – To znaczy, że zrozumiesz.
Dobrze, może powtórzę. Zaczynam się bać. Albo nie, wróć. Ja już się nieźle boję.
- Raphaelu, o co tu chodzi? – pytam trochę ostro – Powiedz mi wreszcie.
- Teraz?
- Tak!
- Mhm – odmrukuje on. Nadal patrzy na drogę zamiast na mnie, ale i tak widzę, że jest spięty. Na przemian zaciska i rozluźnia ręce na kierownicy.
- No już dobrze, powoli -  postanawiam porozmawiać z nim na spokojnie, chociaż wcale nie jest mi łatwo – Co się dzieje?
- Pamiętasz może reportaż w telewizji, który oglądaliśmy kilka dni po twoim przyjeździe? Ten o prawniku i jego żonie.
- Chyba coś mi świta.
- W takim razie popatrz na to – chłopak wyciąga z kieszeni jakąś niewielką kartkę, która jednak okazuje się lekko podniszczonym zdjęciem.
Chwilę to trwa, zanim dociera do mnie, kto się na nim znajduje. Na zdjęciu są cztery osoby, dwoje dorosłych i dwóch nastolatków. Zapewne rodzice z synami. Kobieta ma chyba około czterdziestki, jednak im dłużej się jej przyglądam, tym wydaje mi się młodsza. Postarza ją jednak zmęczony wyraz twarzy. Jej blond włosy są długie i proste, karnacja jasna, a oczy jasnobłękitne. Widać też, że ma smukłą, wysoką sylwetkę. Mężczyzna stojący obok niej jest trochę niższy i najwyraźniej kilka lat starszy. Ma także czarne, krótkie, lekko przyprószone siwizną włosy i zarost na twarzy, ciemnobrązowe oczy oraz śniadą cerę.
Nie ma mowy o pomyłce. To na sto procent małżeństwo, które pokazywano w wiadomościach.
Następnie moje spojrzenie pada na dwóch młodych chłopców stojących obok dorosłych. Sądząc po ich podobieństwie, muszą to być bracia. Każdy z nich ma cechy wyglądu obojga rodziców. Jeden z nastolatków, ten, który wygląda na starszego, ma włosy matki i oczy ojca, jak również jego rysy twarzy, lekko zmieszane z rysami kobiety. Młodszy z braci ma czarne, sięgające brody włosy, jasną skórę i błękitne. Podobnie jak drugi chłopak jest podobny do ojca, jednak ma dość wysokie kości policzkowe matki. Wszyscy na zdjęciu są bliską rodziną, nie mam co do tego wątpliwości, chociaż każdy z osobna różni się od reszty.
- Czyli na tym zdjęciu to są twoi… - pytam.
- Tak – pada w odpowiedzi.
- A ty i Leo…
- Tak.
Chcę coś powiedzieć, wyrazić moje współczucie, ale nie potrafię. Jestem po prostu w szoku. Zaczynam się zastanawiać, jak Raphaelowi udało się utrzymywać to przede mną w tajemnicy przez tyle czasu? Pewnie powinnam się domyślić czegoś po jego zachowaniu, ale myślałam, że on po prostu już taki jest, przecież nie znałam go wcześniej.
Najprawdopodobniej Raphael fuknie w odpowiedzi na to, co zaraz powiem, jednak postanawiam zaryzykować.
- Bardzo ci współczuję.
- Dzięki – rzuca on w odpowiedzi, po czym zapada cisza.
W porządku, muszę przemyśleć kilka rzeczy. Może od początku. Raphael (i Leonard) ma rodziców, którzy zostali porwani. Dlaczego? Mie wiem. A dlaczego mi o tym wcześniej nie powiedział? Bo jednak nie znamy się aż tak dobrze. Poza tym, on jest skryty. Czy mam mu pomóc? Jaaasne, no niby jak? Ale dlaczego dowiaduję się o tym wszystkim teraz? W czym ma mi pomóc ta wiedza, co ona zmieni w moim życiu? Tylko, że jakiś powód musiał istnieć, Raphael nie mówi czegoś ot, tak sobie.
Nagle do mojej głowy wpada pewna myśl. Coś jak iskra, jest szybka, jasna i choć momentalnie znika, to pozostawia po sobie ślad. Zaczynam łączyć fakty. Tamci dwaj bandyci, którzy włamali się do mieszkania… A co jeśli… jeśli to wcale nie byli przypadkowi złodzieje?
- Zatrzymaj się – rzucam przez zaciśnięte zęby do chłopaka.
- Już prawie dojeżdżamy…
- Zatrzymaj ten cholerny samochód albo nie ręczę za siebie!
Nie wiem, czy trafiły do niego moje argumenty, czy może uprzejmy ton, ale tak czy inaczej zjeżdża w pobliską zatoczkę przystanku autobusowego. Wysiadam z auta trzaskając drzwiami. Opieram się o nie i nerwowo przeczesuję włosy palcami. Zaraz po mnie wychodzi Raphael i również opiera się o te same drzwi. Jestem dość zdziwiona, ponieważ zwykle zachowuje co najmniej metr odległości. W tym momencie brunet wzdycha i mówi:
- Słucham.
Przymykam na sekundę oczy, żeby zebrać myśli i silę się na spokojny ton.
- Czy tamci dwaj, którzy włamali się do naszego mieszkania, mieli coś wspólnego z porwaniem twoich rodziców?
- Nie wiem.
- Co?
- Nie wiem – powtarza.
- Nie wiem? I tyle masz mi do powiedzenia?! – tracę nad sobą kontrolę – O mało mnie nie zabili, a ty dopiero teraz mi mówisz o tym… tym… tym wszystkim?!
- Moim zdaniem i tak lepiej byłoby, żebyś nadal nic nie wiedziała – chłopak wzrusza ramionami.
- Twoim? – mrużę oczy, a głos podwyższa mi się o oktawę ze złości  – To w takim razie czyj to był pomysł, żeby mi łaskawie cokolwiek powiedzieć?
- Mojego brata.
Staram się nie strzelić go w pysk. Naprawdę się staram, ale chyba zaraz przestanę. Otwieram usta, żeby o coś jeszcze zapytać, ale Raphael mi przerywa.
- Nie teraz. Wszystkiego dowiesz się na miejscu.
Aż zatyka mnie z oburzenia. Co za cham! Zupełnie nie poczuwa się do winy i jeszcze ma czelność mnie uciszać!
- Jeśli myślisz, że teraz ci zaufam i grzecznie wsiądę do samochodu, to się grubo mylisz! Nigdzie z tobą nie jadę! – krzyżuję ręce na piersi.
- Ej, księżniczko, może trochę ciszej – irytuje się brunet – Jesteśmy w środku miasta, a ja nie chciałbym mieć jakichś, pożal się Boże, obrońców biednych kobiet na karku.
W odpowiedzi mówię mu, co może ze sobą zrobić.
- Jak chcesz – po raz kolejny wzrusza ramionami – Ale weź pod uwagę, że o tej porze, a w dodatku w tej dzielnicy raczej nie znajdziesz żadnego miłego pana, który bezinteresownie podwiezie cię do domu. Natomiast prawdopodobieństwo, że natkniesz się na jakiegoś psychopatę-zboczeńca rośnie z każdą chwilą.
- Wiem. Przecież już koło mnie stoisz, no nie? – odgryzam się.
- Ja nie żartuję – jego spojrzenie wydaje się przewiercać mnie na wylot. Myślałam, że po zmroku nie będzie widać koloru jego oczu, jednak dzięki światłom ulic nabierają teraz głębszej i jeszcze zimniejszej barwy…
Hej, Rinelle! stop, dziewczyno! Facet właśnie ci się przyznał, że pośrednio z jego winy napadło na ciebie dwóch zbirów, a ty kontemplujesz jego oczy?!
- Ja również nie żartuję – rzucam ze złością i zrywam się z miejsca.
- No ty chyba masz nie po kolei w głowie – krzyczy za mną brunet.
Nie odpowiadam.
Coś mi mówi, że to jeden z moich głupich pomysłów, mimo to nie zamierzam się zatrzymywać. Po chwili słyszę, że ktoś za mną biegnie. Raphael. Odwracam się aby wyrazić moje zdanie na temat dalszej z nim podróży, jednak on okazuje się szybszy. Błyskawicznie chwyta mnie za oba nadgarstki tak mocno, że nie mogę się wyrwać.
- Puszczaj – syczę.
- Biorąc pod uwagę, że w chwili obecnej nie myślisz logicznie, odpowiedź brzmi: nie.
- A co to ma niby znaczyć?! – wściekam się coraz bardziej – Kto w ogóle dał ci prawo do…
- Nie zmuszaj mnie, żebym to zrobił – wzdycha chłopak.
- Co ty odwalasz?! – znowu próbuję mu się wyrwać. Wtedy on wzdycha po raz kolejny i nagle łapie mnie na wysokości kolan, aby następnie… przerzucić mnie sobie przez ramię? Że. Co?!
Na kilka sekund nieruchomieję ze zdziwienia pomieszanego z oburzeniem. Potem przytomnieję na tyle, żeby obrzucić mojego oprawcę takimi epitetami, których dama nie powinna nawet znać. Raphael natomiast nic sobie z tego nie robi. Kiedy dochodzimy do auta, bezceremonialnie pakuje mnie na tylne siedzenie, a sam siada na miejscu kierowcy.
Już nawet nie chce mi się go wyzywać. Po prostu siedzę cicho na czterech literach, a on rusza. W milczeniu, oczywiście.
***

Nie myślałem, że to będzie takie trudne. I nadal twierdziłem, że w ogóle nie powinna o niczym wiedzieć.
Gdy podjechaliśmy pod blok Conweara, jedynym źródłem światła były już tylko uliczne latarnie. Wysiadłem z auta i obszedłem je, aby pomóc Rinelle wyjść. Ona jednak sama otwarła sobie drzwi i oczywiście odepchnęła moją rękę.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie jesteśmy? – pyta.
- Środek miasta, blok na osiedlu – wyliczam.
- Naprawdę? Nie zauważyłam – prycha dziewczyna.
- Chodź, idziemy do wejścia.
Wcisnąłem guzik domofonu. Kilka sekund później brzęczący dźwięk oznajmił otwarcie drzwi. W ciszy weszliśmy, a potem zaczęliśmy wspinać się po schodach. W końcu znaleźliśmy się przy właściwym mieszkaniu. Zapukałem. Rinelle w tym momencie cofnęła się lekko, chowając się odruchowo za mną. Po kilku sekundach drzwi otworzyły się i stanął w nich mój brat.
- Już jesteście – powiedział na nasz widok – A jeszcze wczoraj byłeś na nie, braciszku.
- Nadal jestem – mruknąłem pod nosem.
- Ty też w tym siedzisz i nic nie mówiłeś?! – krzyknęła szatynka na Leonarda. Niestety, stałem tuż obok niej, a moje uszy, choć znajdowały się wyżej niż jej głowa, i tak ucierpiały.
- Oczywiście – westchnąłem w odpowiedzi za brata – Przecież to też jego rodzice, prawda?
Wyraźnie nie była zadowolona z mojej odpowiedzi. Chyba w ogóle z tego, że się odezwałem.
- Wejdźcie. Zaraz ci wszystko wytłumaczymy, Rin – Leonard wykonał zapraszający gest.
- Oby szybko – rzuciła dziewczyna przekraczając próg.
Jęknąłem w duchu. Nie podobał mi się kierunek, w którym zmierzała moja znajomość z Rinelle. 

piątek, 20 stycznia 2017

Rozdział 10


Rozdział dedykuję Toki. Już ona wie za co ;)

10
Raphael unika rozmowy ze mną jak może. Pewnie dlatego, że musiałby się grubo tłumaczyć. Chyba jednak dam mu spokój i nie będę go o nic pytać, bo choć jestem ciekawa, to i tak dam sobie rękę uciąć, że nie powiedziałby mi prawdy.
Właśnie robię mu śniadanie, co jest gestem mojego współczucia dla poszkodowanego.
- Smacznego – mówię stawiając przed Raphaelem jajecznicę i biorąc drugą porcję dla siebie.
- Zatrute? – pyta on z drwiną w głosie.
- Oczywiście, że tak – odpowiadam w podobnym tonie – Jak nie chcesz, to nie jedz – dodaję i chcę zabrać mu talerz. Ku mojej satysfakcji przez ułamek sekundy na twarzy chłopaka widzę minę, jaką ma głodny, przerażony szczeniak.
- Porażający dowcip – prycha brunet przygarniając miskę do siebie. Ja na to parskam śmiechem.
Właśnie tak wygląda nasze sobotnie śniadanko. Jeszcze nie mam ochoty udusić Raphaela za jego arcyburactwo, a to jest sukces.
- Tak swoją drogą, to chyba trochę nie w porządku, że nie dali ci nic do jedzenia w szpitalu – zauważam między jednym kęsem a drugim.
- Och, dali – mówi chłopak – ale jakoś nie miałem ochoty się truć.
Cały Raphael. Nie jestem pewna, czy podoba mi się powrót jego elokwencji.
- Czy ty choć raz możesz powiedzieć coś miłego? – pytam.
- W niektórych kręgach twoje rudawe włosy zostałyby uznane za bardzo atrakcyjne – mówi brunet spokojnie znad kubka z kawą.
Nie odpowiadam. Po prostu mnie zatyka. Jednak po pierwszym szoku postanawiam nie przejmować się jego dziwnym komentarzem.
- To świetnie – rzucam wymijająco i wstaję, żeby umyć naczynia.
- Wiesz co… - zaczyna Raphael czując chyba, że zmęczył mnie swoim zachowaniem – Jestem… naprawdę wdzięczny, że chcesz się mną… opiekować, ale myślę, że nie jest to… konieczne – wyraźnie stara się mnie nie urazić. Dobrze, będzie mu to zapisane.
- Sugerujesz, że będąc tak poobijany, jak jesteś, będziesz mógł wykonać jakikolwiek ruch bez mojej pomocy? – unoszę brew.
- Owszem.
- I nadal nie powiesz mi, kto i dlaczego cię tak urządził?
- Nie.
- W porządku – unoszę ręce w geście poddania. Ma swoją dumę i ja to szanuję.
- Rinelle… Mógłbym cię prosić tylko o jedną rzecz? – pyta brunet.
- Hm?
- Zrobiłabyś drobne zakupy?
Ten jego błagalny wzrok powinien wzbudzić we mnie jakieś podejrzenia, ale tym razem postanawiam mu zaufać.
- Nie ma sprawy – odpowiadam – A może zrobimy jakąś zrzutę? Bo wiesz, jeszcze nie dostałam wypłaty…
- Jasne, trzymaj – podaje mi kilka banknotów wyjętych z kieszeni.
- Dzięki. No dobra, to ja lecę. Pa! – narzucam kurtkę i chwilę później już wychodzę.
***
Po wyjściu Rinelle odczekałem kilka sekund, a potem wziąłem do ręki telefon i wysłałem mojemu bratu SMS-a. Po około minucie usłyszałem pukanie do drzwi.
- Otwarte – zawołałem.
- Cześć, Raph – przywitał mnie Leonardo – Czy to była Rinelle wychodząca z budynku?
- Nie, moja nowa dziewczyna – sarknąłem – Oczywiście, że to była Rinelle.
- Widzę, że humor ci dopisuje.
- Mhm. Lepiej przejdź do rzeczy. Wysłałem dziewczynę na zakupy, ale raczej szybko się z tym uwinie.
- Ona ma imię.
- Słucham? – zmarszczyłem brwi.
- Rinelle. Ma imię. Nie mów o niej „dziewczyna”.
- Z tego co wiem, ona jest dziewczyną, więc będę ją tak nazywał, jeśli zechcę.
- Mógłbyś być dla niej milszy.
- A niby po co?
- Raphaelu…
- Dobra, koniec – uciąłem – Do rzeczy, Leo.
- Ech, w porządku – dał za wygraną – W takim razie chciałem powiedzieć, że nic się nie zmieniło w sprawie rodziców. Nie wiemy ani trochę więcej niż ostatnim razem. Ale przynajmniej nic niepokojącego do nas nie dotarło.
- Wynik równy zero to nadal zero, nie plus – odparłem – A poza tym to, że nic złego do nas nie dotarło, nie znaczy, że się nie stało.
- Proszę, nie dobijaj mnie – mój brat w sekundę postarzał się o parę lat – Bez nadziei nie mamy nic. Ty też powinieneś spojrzeć na to choć odrobinę pozytywnie. Dobrze by ci to zrobiło.
- Nic nie powinienem – żachnąłem się – A już na pewno nie wtajemniczać Rinelle w całą tą sprawę.
- Nic takiego teraz nie powiedziałem – zaprotestował Leonard.
- Zaraz byś to zrobił.
- Wcale nie…
- Miałeś to na końcu języka.
- Dobra, już dosyć! – uniósł się mój brat – Tak, masz rację, właśnie to chciałem powiedzieć.
- Daruj sobie.
- Nie mogę. To bardzo ważne, braciszku. Jesteś jej to winien, wiesz?
- Nie – odparłem - To nie jej sprawa.
- Jesteś pewien? Bo ja myślę, że jednak trochę jej.
- A co by jej dała ta wiedza, co? – ta bezsensowna dyskusja zaczynała mnie już mocno irytować.
- Mogłaby się przygotować na różne sytuacje, o których na ten moment nawet nie ma pojęcia. Albo, co wydaje mi się mniej prawdopodobne, ale jednak, wyprowadzić się i żyć w spokoju z dala od nas – powiedział Leonard z naciskiem.
- Zabraniam ci jej cokolwiek mówić – warknąłem.
- I tak będziesz musiał to kiedyś zrobić – mój rozmówca wzruszył ramionami – A poza tym widzę, co się dzieje, Raph. Lubisz ją. Zależy ci na niej i na pewno chciałbyś, żeby była bezpieczna.
- Widzisz, mówisz? – syknąłem – A co takiego, jeśli można spytać?
- Braciszku, to, że nie miałeś zbyt kolorowego dzieciństwa nie znaczy, że tak ma być już zawsze i nigdy już nikt nie będzie dla ciebie ważny.
- Ach, tak? – prychnąłem – Czyli ty sugerujesz, że zakochałem się w Rinelle, prawda? Oj, Leo – zaśmiałem się krótkim, niewesołym śmiechem, ale zaraz potem odezwałem się niemal grobowym tonem:
- Mylisz się. Wiem, że przekonywanie cię nic tu nie da, ale się mylisz. A to, co dzieje się w naszej rodzinie, nie jest sprawą Rinelle.
- Raphaelu, pomyśl, narażasz ją na niebezpieczeństwo. Gdyby miała jakiekolwiek pojęcie o tym, w co się pakuje, przynajmniej miałaby jakiś wybór – próbował tłumaczyć Leonard – Już raz prawie ją straciłeś.
- Przestań mówić, że to JA ją straciłem, do cholery! – wybuchnąłem w końcu.
- Posłuchaj, jej może stać się krzywda, a ty masz na to wpływ. Czy kiedykolwiek wybaczyłbyś sobie, gdyby spotkało ją coś złego.
- Bez wahania.
- Raph…
- Zamknij się, Leonardo! – mój brat zupełnie już wyprowadził mnie z równowagi – Rinelle nie znaczy i nigdy nie będzie znaczyć dla mnie więcej, niż przypadkowy kundel spotkany na ulicy! Jest tylko wredną, irytującą smarkulą, która uwielbia udowadniać mi, że jestem zarozumiałym gnojkiem, jasne?!
Kiedy już dałem upust swojej wściekłości, czekałem na reakcje mojego brata. Na jego twarzy mieszały się grymasy niedowierzania i złości. Zacisnął pięści i próbował coś powiedzieć, jednak nagle zamknął usta, a jego spojrzenie powędrowało w bok. Podążyłem za jego wzrokiem i zobaczyłem stojącą w progu Rinelle.
- Zostawiłam telefon… - wydusiła z siebie. Jej ramiona były opuszczone, włosy zmierzwione, a w szeroko otwartych niebiesko-zielonych oczach zbierały się łzy. Patrzyliśmy na siebie przez kilka sekund, a potem ona zerwała się i wybiegła na schody. Usłyszałem, jak wyrwał się jej płacz.
- Zobacz, co narobiłeś, debilu! – warknął Leonard.
Chociaż w mojej głowie kłębiło się z tysiąc różnych myśli, starałem się to przed nim ukryć.
- Chodzi o to, że doprowadziłem ją do łez? Ona już taka jest, przejdzie jej. A może tak się tym przejąłeś, ponieważ to ty się w niej zadurzyłeś, ale boisz się do tego przyznać i wpierasz to mnie? – zabiłem bratu ćwieka.
Nawet nie zauważyłem, kiedy wymierzył cios.
W następnej sekundzie stałem przykładając sobie dłoń do kości policzkowej, a on rozcierał rękę.
- Nie jestem tobą, mały – powiedział niebezpiecznie cicho – I przestań zachowywać się jak ostatni dupek, dobra? Twoje traktowanie ludzi krzywdzi nie tylko ich, ale także ciebie. A kiedyś nie będziesz miał już nikogo. I ani ja, ani Rinelle nie pozbiera cię więcej do kupy. Przemyśl to.
Powiedziawszy te słowa, Leonard wyszedł trzaskając drzwiami. Ja opadłem na krzesło z obitym policzkiem na zewnątrz i niepokojącym uczuciem narastającym w środku.
***

Zbiegam po schodach lewą ręką trzymając się poręczy, a prawą ocierając cieknące mi po policzkach łzy. Wypadam z klatki jak wściekła i siadam na najbliższej ławce.
Boli, nawet bardzo. Ledwo tego kretyna znam, a on już potrafi mnie doprowadzić do płaczu. Dlaczego mi to robi? Jak w ogóle może? Ja do niego z sercem, a on mówi takie rzeczy? O co mu chodzi?!
Nie czuję w tym momencie złości. Po prostu jest mi okropnie smutno. Mam wrażenie, jak gdyby Raphael bardzo mnie właśnie okłamał. Wiem, że to głupie, bo żeby się tak czuć, musiałoby mi na nim zależeć, a ja nawet nie chcę go teraz widzieć. Jednak z drugiej strony myślałam, że zaczynaliśmy się już zaprzyjaźniać. Kiedy się nie wścieka ani nie jest takim zadufanym w sobie burakiem wydaje mi się, że dostrzegam tego miłego Raphaela. Ale to tylko złudzenie, jak się właśnie okazało. Boże, czemu on musi być takim popapranym idiotą i zawsze wszystko niszczyć?
Siedzę tak, a łzy płyną z moich oczu jedna po drugiej, aż nagle słyszę czyjeś kroki.
- Wal się, dupku – mówię ostro myśląc, że to Raphael.
- To fakt, mojego brata można tak nazwać. I byłoby to całkiem uzasadnione – odpowiada mi podobny jednak radośniejszy głos.
- Leo, to ty. Przepraszam, ja…
- Nie tłumacz się. Sam chętnie powiedziałbym mu teraz, co o nim myślę.
Próbuje mnie pocieszyć, ale na niewiele się to zdaje.
- To nie twoja wina – mówi – On po prostu z jakiegoś niezrozumiałego powodu uważa, że może traktować innych ludzi jak mu się podoba. Ale nie martw się, już moja w tym głowa, żeby się oduczył – kładzie mi rękę na ramieniu.
Na kłykciach jego prawej ręki dostrzegam małe ranki i opuchliznę, więc pytam:
- Czy ty go…
- Tak – odpowiada – I nie powiesz mi, że mu się nie należało.
W moich oczach musi odmalowywać się wyjątkowe przerażenie, ponieważ Leonard szybko dodaje:
- Spokojnie, ucierpiał tylko jego policzek.
- Nie ma łatwo, kiedy jesteś jego starszym bratem, co? – próbuj się uśmiechnąć, ale tylko wykrzywiam usta.
- Miałby, gdyby tylko zechciał – wzdycha smutno blondyn – Ale nie pozwolę mu tak mówić o tobie czy o kimś innym.
- Dziękuję – mówię cicho.
- Nie masz za co – odpowiada chłopak – Przysposobienie mojego braciszka do życia w społeczeństwie to moje zadnie nieodmiennie od paru dobrych lat.
Tym razem naprawdę staram się uśmiechnąć i nawet mi to wychodzi.
- Naprawdę dziękuję. Już mi lepiej.
- Aha, coś nie wierzę – kręci głową Leonard – Wiesz, jeśli nie chcesz już z nim więcej mieszkać, to…
- Nie ma sprawy – przerywam mu – Jestem już dużą dziewczynką. Nie uciekam od problemów, tylko je rozwiązuję. Bardzo mi pomogłeś. Nie musisz już tu siedzieć – delikatnie daję mu do zrozumienia, że chciałabym zostać sama.
- Okej. W takim razie idę. Trzymaj się, Rin – żegna się.
- Pa, Leo – odpowiadam i po chwili zostaję sama. I dobrze. Muszę trochę pomyśleć.
Boli. Jego zachowanie naprawdę mnie dotknęło. Wiem, że nie jest taki sam z siebie, że coś musiało go takim uczynić, ale nadal nie ma prawa mnie traktować w ten sposób.  Czy ja rzeczywiście cały czas go krytykuję? Nie. To, że często się przekomarzamy, nie oznacza, że go nie lubię. Tak, ja go lubię. Mimo wszystko.
Choć nadal jest mi smutno, ocieram łzy rękawem i postanawiam nie mazać się więcej. Kiedy zbieram się z powrotem do domu, znowu słyszę za sobą męskie kroki. Myśląc, że może to Leonard chce mi coś jeszcze powiedzieć, odwracam się z lekkim uśmiechem, który jednak szybki zamiera mi na twarzy.
- Po co tu przyszedłeś? – warczę do Raphaela i napinam się cała.
- Nie chciałem, żebyś to słyszała – mówi cicho chłopak.
- Ach, to znaczy, że ty nie masz zamiaru przepraszać mnie za swoje słowa tylko za to, że je usłyszałam tak? – mój głos wchodzi na wysokie tony, jak zawsze, kiedy się denerwuję.
- Czyli chcesz, żebym przeprosił cię za to, co powiedziałem, nawet jeżeli naprawdę tak myślę? – Raphael stara się zachować spokój.
- A naprawdę tak myślisz? – odpowiadam pytaniem a pytanie.
- A naprawdę chcesz wiedzieć? – brunet jest coraz bardziej wytrącony z równowagi.
- Jasne, dawaj! – wybucham.
- Ugh! Dlaczego ty jesteś taka nieznośna?! – jego też ponosi.
- I kto to mówi?!
- No kto?! Cholerny idiota?! Czy masz może w zanadrzu jeszcze jakieś inne inwektywy?!
- O co ci chodzi, co?!
- O ciebie! O to, że mam cię dość!
- Ty mnie?! No bardzo zabawne!
- Koniec. Nie rozmawiam z tobą – Raphael zaciska zęby – Przyszedłem jakiś to naprawić, a ty na mnie skaczesz.
- A może mam ku temu powód, hm? – ja też jestem już bardziej opanowana – Może to ty źle zabierasz się do przepraszania?
- Dosyć – chłopak odwraca się na pięcie i odchodzi.
- Jasne, pewnie! Po co rozmawiać? – krzyczę za nim – Lepiej zamknąć się w sobie i uciec. A wiesz, dlaczego to robisz? Bo się zwyczajnie boisz!
Wtedy staje i po sekundzie bezruchu wraca do mnie. Podchodzi tak blisko, że nasze nosy niemal się stykają.
- Nie masz pojęcia o tym, co czuję – mówi cichym głosem, w którym jednak czuję tłumioną złość.
Po tych słowach ponownie odchodzi, a ja już go więcej nie zatrzymuję.