środa, 20 czerwca 2018

Rozdział 28


Wróciliśmy do miasta popołudniu. Była to a pora dnia, kiedy nie jest ani wcześnie, ani późno i nie wiadomo, co ze sobą zrobić. To znaczy, ja miałem zaplanowane jeszcze dzisiaj korepetycje, ale wciąż pozostawało mi dużo wolnego czasu do zagospodarowania.
Wiedziałem jedno: zanim cokolwiek zrobię, muszę ogarnąć chaos w głowie. Ta podróż, podczas której słuchaliśmy z Rinelle muzyki… cholera, ta podróż nie przyniosła nic dobrego. Po co tam pojechałem? Po co byłem dla niej miły? Po co dałem jej tą durną słuchawkę? Dziesiątki takich pytań kłębiły mi się w głowie, a ja nie chciałem i/lub nie mogłem na nie odpowiedzieć. Dlaczego? Cóż, po długotrwałych rozmyślaniach doszedłem do jednego oświecającego wniosku: jestem kretynem. Nie zamierzałem tym stwierdzeniem podważać swojego IQ, ale istnieją różne typy kretynizmu. Ja musiałem widocznie cierpieć na jedną z gorszych odmian.
Postanowiłem zaczerpnąć świeżego powietrza. Ledwo wszedłem do mieszkania, złożyłem plecak w swoim pokoju, a kilka minut później siedziałem już na ławce przed blokiem.
Zacząłem tym razem od czegoś innego. Rodzice co z nimi? Nadal nie miałem pojęcia. Co czułem w związku z tym? Może złość? Nie, to już była raczej chłodna akceptacja faktu, że najprawdopodobniej nigdy więcej ich nie zobaczę. Jakikolwiek gniew już dawno minął, a razem z nim odeszła nadzieja. W tej kwestii miałem jasność. Moje uczucia nie były pozytywne, ale na pewno uporządkowane. Ale co do Rinelle… Joder, wcale mi się to nie podobało. Bezwiednie skłaniała mnie do robienia i mówienia rzeczy, o których wcześniej nawet bym nie pomyślał. Nie miałem siły po raz kolejny wyrzucać sobie samego pomysłu wyjazdu z nią, ale przecież nie było tak, że tylko tam stałem i oddychałem. O nie, ja musiałem się wtrącać, musiałem się angażować. Jej brat mnie polubił i to chyba bardzo niedobrze. Nie wolno aż tak przywiązywać do siebie ludzi, a już na pewno nie takich, których się pewnie już nigdy nie zobaczy. A zaraz po rysowaniu z Carlislem popełniłem kolejny ogromny błąd i nie mówię tu nawet o uspokajaniu go podczas snu. Nie, ja oczywiście musiałem pójść dalej, dać mu tę cholerną rękę, a potem, kiedy przyszła Rinelle, zrobić jej miejsce, żeby położyła się obok mnie, zamiast jak normalny człowiek zejść z łóżka i pozwolić siostrze spać z bratem. Sytuację dodatkowo pogarszał fakt, że zrobiłem to z premedytacją, zupełnie na trzeźwo i z absolutnie egoistycznych pobudek. Ja chciałem, żeby się obok mnie położyła, chciałem poczuć jej dotyk i ciepło przy sobie.
Potem robiło się już tylko gorzej. Chociażby ten poranny numer z byłym chłopakiem Rinelle. Co mi strzeliło do tego durnego łba? Odpowiedź, jakkolwiek próbowałbym się jej wyprzeć, była jedna. Zazdrość. Esta puta envidia. To znaczy, oczywiście chciałem pomóc Rinelle w pozbyciu się intruza (i przy okazji utrzeć mu nosa). Ale wcale nie musiałem tego robić w taki sposób, jakby… jakby ona była moja. Bo nie była.
Co jeszcze? Może popisywanie się francuskim przy jej przyjaciółce? Albo komentarze dotyczące sukienki? Boże, ta sukienka… Nie mogłem na nią patrzeć. Była okropna. Rinelle wyglądała w niej po prostu… pięknie. Niezwykle. A ja wcale nie powinienem tak uważać. W ogóle nie powinienem myśleć o mojej współlokatorce w tych kategoriach.
W takich momentach prawie żałuję, że nie wierzę w Boga. Mógłbym się wtedy do niego pomodlić, żeby magicznie rozwiązał mój problem albo po prostu poszedłbym do klasztoru i sprawa załatwiona. Ale nie. Bo po co sobie życie ułatwiać? Ja musiałem zostać ateistą oglądającym się za spódnicami, a raczej za jedną spódnicą, z którą dodatkowo mieszkałem. Maravilloso, joder.
Moje rozmyślania przerwał dzwonek telefonu.
- Halo? – odebrałem.
- Rafa? – po drugiej stronie Leo zwrócił się do mnie hiszpańskim zdrobnieniem, co zdradzało jego niepokój – Możesz rozmawiać?
- Cóż, byłem właśnie w trakcie kwestionowania życiowych wyborów, ale mogę odłożyć to na później – odparłem.
- No to odłóż – mój brat najwyraźniej nie miał ochoty na żarty – Dzwonił do mnie Erikkson.
- I?
- I przyjedź do mnie wieczorem. Aha, weź też Rinelle.
- A to po co? – nagle zrobiłem się czujny.
- Wszystko wam wytłumaczymy, obiecuję – Leonardo próbował mnie uspokoić, jednak ja dobrze znałem ten ton. Kombinował coś. Coś, co na pewno by mi się nie spodobało.
- Leo… - zacząłem.
- Braciszku, proszę cię, zaufaj mi.
- Chyba raczej nie powinienem.
- Proszę cię – powtórzył Leonardo – Możemy w końcu znaleźć rodziców.
Wiesz, że to nieprawda – pomyślałem, ale na głos powiedziałem:
- Może i tak, ale po co ci do tego Rinelle?
- To nie jest rozmowa na telefon. Przyjedźcie wieczorem.
- W porządku – skapitulowałem – Ale nadal jestem przeciwny wciąganiu Rinelle w to całe bagno.
- Wiem, wiem. Ale tonący brzytwy się chwyta, prawda?
Rinelle nie jest brzytwą - chciałem powiedzieć, ale nie zdążyłem, ponieważ mój brat się rozłączył.
Niedobrze. Nawet bardzo niedobrze. Robienie różnych głupich rzeczy, żeby znaleźć rodziców to jedno, ale angażowanie w to Rinelle… Niedobrze. Cholera jasna! Czy nic nigdy nie może być proste?
Sprawdziłem godzinę na wyświetlaczu telefonu. Było na tyle wcześnie, żebym się nie spóźnił, ale powinienem się już zbierać. Cóż, w takim razie pomartwię się później.
Co ja mówię, przecież martwię się cały czas!
Poszedłem z powrotem do budynku. Nerwy spowodowały chyba nagły przypływ energii, ponieważ pokonywałem naraz dwa i trzy stopnie. Kiedy już wszedłem do mieszkania, zacząłem szukać podręczników, żeby je spakować na korepetycje.
- Rafaelu? Dobrze się czujesz? – usłyszałem nagle głos Rinelle, która w pewnym momencie musiała stanąć w drzwiach mojej sypialni.
- Zależy o co dokładnie pytasz – mruknąłem pod nosem, przekopując szuflady biurka – A właśnie, dlaczego w ogóle pytasz?
- Sama nie wiem. Wpadłeś tu jak burza i miotasz się po pokoju jak wiewiórka z ADHD, może dlatego?
- Ha, ha – nie miałem nastroju do żartów.
- Tak, wiem, jestem przezabawna. A teraz gadaj, co się stało.
- Nic – odpowiedziałem raz po raz układając książki w plecaku – Tylko dzwonił Leonard i…
- Leonard?! – dziewczyna w sekundę znalazła się tuż przy mnie – Chodzi o rodziców? Znaleźliście coś?
- Daj mi dojść do słowa, to wszystkiego się dowiesz.
- Przepraszam, mów.
- Tak naprawdę to nie mam wiele do powiedzenia. Mój brat… oni mają jakiś plan i chcieli, żebyśmy wieczorem pojechali do mieszkania Leo…
- Zraz, my? To znaczy ty i ja?
- Owszem, tak właśnie działa liczba mnoga.
- Czyli… będę potrzebna? Pomogę wam?
- Mam nadzieję, że to nie będzie konieczne,
- Obiecuję, zrobię wszystko, co tylko będę mogła – Rinelle wydawała się zupełnie nie zauważać mojego negatywnego nastawienia. Przeciwnie, reagowała niezdrowym więc entuzjazmem zaprawionym chęcią natychmiastowej pomocy. Zupełnie jej nie rozumiałem.
- Nie wątpię, Rinelle – westchnąłem zrezygnowany.
Wtedy ona zrobiła coś bardzo w jej stylu, na co powinienem być przygotowany, ale oczywiście nie byłem. Przytuliła mnie, ale nie tak jak zwykle. Prawą ręką objęła mnie mocno w pasie, a lewą wsunęła w moje włosy nad karkiem, tym samym zmuszając mnie do pochylenia głowy aż do jej ramienia. Wdychałem delikatny kwiatowy zapach pomieszany z ciepłem bijącym od skóry jej szyi, podczas gdy ona łagodnie przeczesywała mi włosy palcami. Przeszedł mnie dreszcz. Nagle poczułem się bardzo ciężki, zmęczony. Wydawało mi się, że zaraz upadnę, więc otoczyłem Rinelle ramionami w pasie i wtuliłem się w nią jeszcze mocniej, pozwalając, żeby to ona podtrzymywała uścisk. Przez głowę przemknęło mi, że to głupie, bo przecież ona jest dużo mniejsza ode mnie i powinno być ogólnie na odwrót. Na szczęście pojawiła się też druga myśl, która kazała pierwszej spieprzać, a mnie trochę się rozluźnić. Posłuchałem.
Właściwie to nie wiem dlaczego. Cała ta scena była w pewnym sensie bardzo intymna, powinna więc co najmniej napawać mnie niepokojem. W tym momencie jednak czułem coś zupełnie odwrotnego. To znaczy, owszem, spłynął na mnie cały tłumiony w ostatni  czasie stres, ale teraz już jakby uchodził.
- Będzie dobrze, naprawdę – powiedziała cicho Rinelle, a jej ciepły oddech musnął przy tym moje ucho, jednocześnie wywołując na karku gęsią skórkę – Uda nam się.
Po tych słowach niespodziewanie pocałowała mnie w policzek tuż pod zewnętrznym kącikiem oka. Tak mnie to zaskoczyło, że aż się od niej odsunąłem, przez co teraz znajdowaliśmy się w nieco innej pozycji. Na powrót miałem głowę wyżej od niej, chociaż pozostawałem zgarbiony i pochylony w stronę dziewczyny, a ona nadal mnie obejmowała. W teorii oddaliliśmy się od siebie, ale w praktyce nasz twarze znajdowały się teraz bliżej niż wcześniej, na tyle blisko, że mogłem policzyć piegi na jej nosie.
Cała akcja trwała mniej więcej sekundę. Przez kolejne dwie, które wydawały mi się torturą, patrzyliśmy sobie w oczy. Dlaczego torturą? Ponieważ nie mogłem wykonać jedynego ruchu, jakiego chciałem. A chciałem bardzo.
Pozwoliłem moim oczom zatrzymać się na jej pełnych ustach, ale tylko przez ułamek sekundy. Następnie od razu spuściłem wzrok i na dobre wycofałem się z objęć Rinelle.
- Dzięki – wykrztusiłem w końcu, kiedy już znalazłem się w bezpiecznej odległości, to jest takiej, z której nie mogła mnie dosięgnąć.
- Przecież wiesz, że nie masz za co dziękować – uśmiechnęła się ciepło i jakby smutno jednocześnie.
Stała z lekko przekrzywioną głową obejmując się przy tym rękami. Oczywiście już przebrała się po podróży. Teraz miała na sobie obcisłe jeansy i miękki jasnoróżowy sweter z luźnym dekoltem odsłaniającym jej obojczyki i fragment prawego ramienia, na które spadały kasztanowe fale.
Nie wiedziałem, gdzie oczy podziać, żeby moje myśli nie były aż tak oczywiste.
- To… - zacząłem, próbując zająć moje myśli czymś z zerowym współczynnikiem uczuć. O właśnie, matematyka może być – To ja już pójdę. Za godzinę mam korepetycje. A jak wrócę, to pojedziemy do Leonarda. Razem – modliłem się o brak nerwowego słowotoku, ale, jak już wiele razy wcześniej stwierdziłem, Boga najwyraźniej nie ma.
- W porządku – Rinelle uśmiechnęła się po raz kolejny – To do zobaczenia później.
- Tak, później… Cześć! – rzuciłem i niemal pędem opuściłem mieszkanie, prawie zapominając przy tym o plecaku z książkami.
Żeby dotrzeć na miejsce z kilkuminutowym zapasem powinienem pójść na autobus, ale zatłoczony pojazd komunikacji miejskiej był ostatnią rzeczą, na jaką miałem teraz ochotę. Spacer dobrze mi zrobi, musiałem trochę ochłonąć.
Żeby uporządkować myśli, zacząłem liczyć kroki. Przez pierwsze dwadzieścia wyrzucałem sobie brak kręgosłupa moralnego. Wieczorem będę obmyślać plany dotyczące poszukiwań moich rodziców, a jeszcze przed chwilą praktycznie obściskiwałem się z jakąś dziewczyną! Nie jakąś – poprawiłem się niemal natychmiast. Rinelle. Ona nie była pierwszą lepszą, co do tego miałem absolutną pewność. Ale co to zmieniało? Nie powinienem zbytnio angażować się emocjonalnie, ponieważ to tylko przyćmiewa jasność umysłu. Związki i sentymenty to nie dla mnie. A poza tym… Nigdy nie byłbym dla niej dość dobry. Słabo wychodziło mnie bycie jej przyjacielem, a już na pewno nie widziałem się w roli chłopaka, męża czy, o zgrozo, ojca jej dzieci. Rinelle zasługiwała na kogoś lepszego, kogoś… normalnego. Mężczyzna, z którym będzie, powinien ją wspierać, rozśmieszać, wzbudzać w niej poczucie niebezpieczeństwa. A ja? Ja z samym sobą codziennie toczyłem walkę o zachowanie jako takiej równowagi w życiu. Na pewno nie byłem normalny ani stabilny, a jeśli już, to mniej więcej w takim samym stopniu jak rozkładane plastikowe krzesło ze sklepu z chińszczyzną. Ja po prostu się dla niej nie nadawałem. Ale znałem kogoś, kto byłby idealny. Leonardo. Tak, razem tworzyliby dobrą parę. Oczywiście wiedziałem, że mój brat miał obecnie dziewczynę, ale coś mi mówiło, że era Naomi nie potrwa już długo. Z Rinelle natomiast dogadywał się świetnie, widziałem to na własne oczy. Poza tym Leo zawsze był pełen optymizmu, miły i czarujący. Lepszego człowieka od niego nie znałem. A co do Rinelle, ona… Ona jak najbardziej zasługiwała na kogoś takiego. Po prostu. Tak, to dobry pomysł. Nie żebym palił się do swatania tych dwojga, jednak idea ich związku wcale nie była nierealna. Pasowaliby do siebie.
Trochę się już uspokoiłem, za to humor miałem jeszcze gorszy niż przed chwilą. Paradoksalnie to był dobry znak. Brak przyspieszonego tętna i zamętu w głowie – wszystko wracało do normy. To znaczy, do mojej normy.
Tak właśnie powinno być. Jestem sam. Zawsze byłem i zawsz będę. Bo to oznaczało spoój.
***
Czy to naprawdę? A może mi się tylko zdawało? Cholera, mogłabym przysiąc, że widziałam coś w oczach Rafaela, kiedy się do mnie przed chwilą przytulał. Poza tym, był taki zmieszany… A może ja sobie za dużo wyobrażam? Przecież on zawsze jest zmieszany, kiedy go dotykam. To znaczy, kiedy ktoś go dotyka. Nie ja. Tu nie chodzi o mnie. Nie mogę myśleć, że jestem dla niego kimś więcej niż dziewczyną, z którą mieszka. No, może się nie doceniam, mógłby mnie nazwać przyjaciółką, chociaż wątpię, żeby to zrobił. A ja nie to chciałam usłyszeć.
Głupia – wyśmiały mnie moje własne myśli. Ale miały rację. Bo jak mogę wierzyć, że stanę się kiedyś dla Rafaela kimś więcej, niż tylko mała, głupią dziewczynką desperacko pragnącą być częścią jego życia? Może i doceniał moją troskę albo nawet mnie lubił, ale raczej w ten sposób, w jaki lubi się dzieci lub dowcipnych znajomych. Nigdy nie będę wystarczająco dojrzała (ani ładna, jeśli już mówimy o moich brakach), żeby na mnie spojrzał. Jestem tego świadoma, ale to wcale nie pomaga. Bo Rafael mi się już nie tylko podoba. Już nie tylko lubię na niego patrzeć, żartować z nim czy czekać na okazję do przytulenia go. Ja naprawdę chcę, żeby był szczęśliwy i boli mnie, kiedy cierpi. Jestem pewna, że gdyby mnie o coś poprosił, jak na przykład dzisiaj w sprawie rodziców, zrobiłabym to bez wahania. Dlaczego? Bo się w nim zakochałam. Tak, dokładnie. Zakochałam się po uszy w Rafaelu Cortezie i z każdym dniem wpadam coraz bardziej.
Kretynka ze mnie.

poniedziałek, 7 maja 2018

Rozdział 27


No dobra, przyznaję. Próbowałam wczoraj flirtować z Rafaelem. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że to silniejsze ode mnie.
Po raz nie wiadomo który w ciągu tych tygodni karcę się w myślach. Nie pora na takie zachowanie. Powinnam w końcu spoważnieć i przestać traktować to jak jakiś film czy przedstawienie. Rodzice Rafaela byli w naprawdę poważnym niebezpieczeństwie, nie wiadomo nawet, czy żyli, a ja ostatnia egoistka, bezwstydnie podrywam ich syna. A nawet gdyby wszystko było w porządku, to i tak Rafael w życiu by na mnie nie spojrzał. Bo niby na co? On jest superinteligenty i tak przystojny, że mógłby mieć każdą, gdyby tylko zechciał. Owszem, ma pewne problemy w kontaktach międzyludzkich, ale jestem pewna, że one z czasem miną. A ja? No właśnie, ja to… ja. Nic specjalnego.
Cholera, Rinelle, ogarnij się! Znowu zaczynasz! Pocieram energicznie wilgotną twarz ręcznikiem, żeby wybić sobie z głowy tą dziecinadę. Chyba nie muszę dodawać, że nie pomaga.
Narzucam luźną, jasnoróżową koszulę i wciągam wąskie jeansy. Szybko doprowadzam swoje włosy i twarz do stanu używalności, a następnie wychodzę z łazienki, po cichu, żeby nie obudzić śpiących jeszcze domowników. Domykam właśnie drzwi, a sekundę później muszę powstrzymać krzyk, ponieważ niespodziewanie odbijam się od czegoś stojącego za moimi plecami.
- Rafaelu! – syczę – Czy ty musisz się tak skradać?
- Nic na to nie poradzę, że zostałem obdarzony niezwykłą gracją i kocimi ruchami.
Patrzę na niego spod byka, jednak nie mogę się gniewać widząc jego zaspaną minę i włosy rozburzone od snu.
- A, byłbym zapomniał – mówi trąc oczy (co jest cholernie urocze) – Widziałem przed chwilą kogoś przy wejściu. Nie dam sobie ręki uciąć, ale to chyba był twój… - przerywa mu dźwięk domofonu.
- Milo – jęczę – Szlag, szlag, szlag, szlag! Zapomniałam o nim. Jezu, naprawdę nie chcę iść z nim na tą przeklętą kawę.
Rafael nie odpowiada. Mruży tylko oczy i mierzy mnie wzrokiem, ci trochę mnie peszy.
- No co? – pytam podejrzliwie.
- Chyba mam pomysł jak to odkręcić – mówi brunet.
- Dawaj.
Po raz drugi chłopak milczy. Tym razem jednak robi coś, czego się zupełnie nie spodziewałam.
- Masz, ubierz to – ściąga swój T-shirt i mi go podaje.
- Że co proszę?!
- Włóż moją koszulkę. To znaczy, tylko ją – precyzuje – I najlepiej zwilż delikatnie włosy. A potem je potargaj.
Wtedy do mnie dociera.
- Ty chcesz…
- Dokładnie. Uświadomić mu, że to konkretne miejsce w twoim życiu jest już zajęte.
- Wcale nie musisz…
- Nie, ale mogę i właśnie to robię – w jasnych oczach Rafaela pojawiają się chochliki.
W tym momencie dzwonek słychać po raz drugi.
- Idź się przebrać, ja otworzę – poleca chłopak – I przyjdź, kiedy cię zawołam.
Robię, co mi każe. Wracam do łazienki i wkładam jego T-shirt. Przeglądam się w lustrze. Podoba mi się to, co widzę. Dla lepszego efektu zmieniam fryzurę tak, jak radził Rafael. Patrzę na swoje dzieło i stwierdzam, że „przebranie” wygląda całkiem przekonująco. Jednym słowem wyglądam, jakbym miała za sobą całkiem udaną noc.
No ładnie to sobie kolega wymyślił, muszę mu to przyznać. Nie przewidział jednak tego, że kilka minut na zimnych kafelkach w samej koszulce to trochę za zimno, jak na mnie.
Nie mam się czym okryć, ponieważ szlafrok jest mokry, a wyjść do pokoju po bluzę też nie mogę. Wobec tego tylko pocieram dłońmi ramiona. Ten ruch sprawia, że zapach podkoszulka dociera do mojego nosa. Jest to zwykła mieszanka dezodorantu, potu i własnej woni Rafaela. Tak, nadal podoba mi się ten zapach. Niedobrze.
W tym momencie słyszę głos mojego współlokatora dobiegający z korytarza:
- Rinelle! Chyba ktoś do ciebie.
Biorę się w garść i wychodzę z łazienki, starając się wyglądać na radosną i rozluźnioną. Przechodzę spokojnie przez korytarz i staję obok Rafaela. On natomiast zupełnie naturalnym gestem obejmuje mnie na wysokości bioder i delikatnie przyciąga do siebie. Nie protestuję, chociaż mój żołądek robi salto.
- Nie przedstawisz mnie koledze, cariño? – pyta brunet przyjemnym niskim, w ten sposób, jakby go używał wobec mnie codziennie.
- Yyy… Tak, oczywiście – przybieram maskę kokietki – Milo – posyłam stojącemu w drzwiach (nieproszonemu) gościowi słodki uśmiech – to jest Rafael, mój… chłopak.
- Miło mi – brunet podaje rękę szatynowi, który wygląda na co najmniej zbitego z tropu.
- M…mnie też. Ja… Milo, to znaczy, ehm, mam na imię Milo. Jestem… kolegą Rinelle ze szkoły.
- O! – Rafael udaje zaskoczenie. Zauważam też demoniczny błysk w jego spojrzeniu, co mnie trochę niepokoi. On naprawdę cieszy się, że może dopiec Milo – To jak, umówiliście się na takie spotkanie po latach, co? – śmieje się.
Że. Co?!
- Tak, to znaczy, nie… Niby tak, ale tak naprawdę, to… - plącze się Milo – Chciałem… chciałem tylko oddać Rinelle płytę, którą pożyczyłem od niej… dawno.
Po tych słowach chłopak wciska mi do rąk opakowanie z filmem i żegna się zdawkowo, aby następnie popędzić w dół po schodach.
Rafael śmieje się cicho patrząc za chłopakiem.
- Chyba nie będzie ci już więcej przeszkadzał – mówi mrużąc oczy z satysfakcją.
- To na pewno. Zniszczyłeś go – mnie też udziela się wesołość – Dzięki – podnoszę wzrok na bruneta.
Patrzymy na siebie przez chwilę. Wtedy właśnie dociera do mnie, że nadal stoimy do siebie praktycznie przytuleni, tak, że przez cienki materiał koszulki czuję gorąco bijące od jej właściciela, który wciąż trzyma dłoń na moim biodrze.
W tym momencie Rafael cofa gwałtownie rękę i cały czar pryska.
Zamykam drzwi i wracamy do korytarza. Tam czeka na nas niespodzianka w postaci mojej mamy, która patrzy na nas z niemym pytaniem w oczach.
- Przyszedł Milo, próbował mnie podrywać i wyciągnąć na kawę, ale Rafael pomógł mi się go pozbyć udając mojego chłopaka – wypalam jednym tchem.
- O – słyszę w odpowiedzi. Na szczęście jest to „o” zrozumienia, niedomagające się dalszych wyjaśnień.
- To… ja się pójdę przebrać – czując, jak na policzki wypływa mi rumieniec, przemykam obok mamy i po raz trzeci tego poranka zatrzaskuję za sobą drzwi łazienki.
Pół godziny później zbieramy się już do wyjścia.
Żałuję, że mój pobyt w domu trwał tak krótko. Powinnam więcej czasu poświęcić mamie i Carlisle’owi, ale taki wyjazd powinnam zaplanować z wyprzedzeniem. Tym razem wyrwałam, ile się dało.
Żegnam się (dość długo, przyznaję) z mamą, a potem z młodszym bratem, który jednak trochę więcej czasu poświęca Rafaelowi, niż mnie, przez co czuję się odrobinę zazdrosna.
- Przyjedziesz jeszcze kiedyś? – pyta prosząco chłopiec. Chyba nie muszę dodawać, że znowu uczepił się nogi bruneta – No? Przyjeedzieeesz?
Jak znam mojego współlokatora, to pewnie przygotowuje teraz w myślach kwiecistą mowę na temat tego, jak niskie jest prawdopodobieństwo, żeby się jeszcze kiedyś spotkali. Na szczęście przed udzieleniem odpowiedzi przezornie spogląda na mnie. Powoli kręcę głową. Rozumie.
- Taaak, kiedyś – mówi wymijająco i niepewnie klepie małego po głowie – To do zobaczenia. Do widzenia pani – podaje rękę mojej mamie, której w końcu udaje się odciągnąć Carlisle’a.
- Do widzenia – odpowiada brunetowi ciepło – Wpadajcie wcześniej, jeśli znajdziecie czas.
- Jasne, mamuś – całuję ją w policzek po raz ostatni i wreszcie wychodzimy.
Już po przekroczeniu progu czuję lekkie uczucie żalu i tęsknoty w sercu. Chyba musi się to odbijać na mojej twarzy, ponieważ słyszę głos Rafaela:
- Nie rozklejaj się tak. Przecież nie żegnasz się z nimi na zawsze.
- Wiem, ale to nie pomaga – uśmiecham się smutno i zmieniam temat – Jeszcze raz dziękuję ci za to, że ze mną przyjechałeś. I za Carlisle’a. Nawet nie wiesz, jak on cię polubił.
- Przejdzie mu – chłopak wzrusza ramionami – A przynajmniej miejmy taką nadzieję.
- Dlaczego tak mówisz?
- Och, proszę cię. Jakoś średnio widzę się w roli przybranego starszego brata. Ja nawet na młodszego ledwo się nadaję.
- Przesadzasz.
- Skąd. Po prostu stwierdzam fakt – rzeczywiście nie brzmi, jakby się nad sobą użalał.
- Mhm. W każdym razie dzięki.
- Nie ma problemu. Zdążyłaś przynajmniej dobrze z mamą porozmawiać?
- Nie tak dobrze, jakbym chciała, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.
Rafael już nie odpowiada, chyba pogrążył się w swoich myślach. Nie muszę nawet zgadywać jakich. Nie chcę też poruszać tego tematu, bo i po co chłopaka denerwować. Muszę go jednak o coś poprosić.
- Rafaelu?
- Hm?
- Obiecałam Lunie, że ją jeszcze odwiedzę, zanim wyjadę.
- Mhm.
- Nie proszę cię, żebyś poszedł ze mną…
- Ale?
- Ale ona jest taka… No, przywitaj się z nią tylko, bo inaczej przez najbliższy czas będę musiała wysłuchiwać jej domysłów i zabawnych insynuacji.
- A konkretnie jakich?
- Jakbyś nie wiedział – prycham, na co on odpowiada lekkim uśmiechem.
- Typ kokietki i nałogowej podrywaczki, mam rację? – pyta.
- Taa, lepiej bym tego nie ujęła.
- W porządku, przywitam się z nią. Ale tylko tyle.
- Yey!
- A nie mogłaś jej powiedzieć, że, no nie wiem… Może że nie interesują mnie dziewczyny? Istnieje szansa, że dałaby ci wtedy spokój z tymi… insynuacjami.
- Och nie, nie łam jej serca – teatralnie przykładam sobie wierzch dłoni do czoła – Ona rozpacza nad każdym przystojnym homoseksualistą, jakby ktoś umarł.
Właśnie sobie uświadomiłam, że niechcąco nazwałam Rafaela przystojnym. Robi mi się trochę głupio, jednak mój towarzysz nijak nie reaguje.
- Gdzie ona mieszka? – pyta tylko.
- Luna? Jakieś piętnaście minut drogi stąd – mówię - Trzeba tylko podjechać autobusem parę przystanków.
- Do boju, w takim razie.
***
Umówiłam się z Luną pod jej akademikiem, ponieważ nie chciałam narażać Rafaela na wejście do tego mrocznego miejsca. Dość prawdopodobne byłoby, że moja przyjaciółka już by go nie wypuściła.
Nie czekamy nawet pięciu minut, kiedy rozlega się głośne:
- Rinelle! Uściskaj ciocię, mała!
- Cześć, Lu – przytulam ją ze śmiechem.
- A to zapewne pan Rafael Cortez – podaje brunetowi wierzch dłoni (od zawsze miała zamiłowanie do dramatyzmu). Ku mojemu zaskoczeniu chłopak zamierza w to grać, ponieważ całkiem naturalnie skłania się lekko i całuje dziewczynę w rękę.
- Luna Cavarelli. Enchantée – przedstawia się zalotnie.
- Comment allez-vous?
- Très bien, merci.
Przyznam, że opadła mi szczęka. To, że Luna uczyła się francuskiego, bo podobał jej się prowadzący, to wiem. Bardziej zaskakuje mnie perfekcyjny akcent Rafaela. Zna chłopak swoje mocne strony, nie ma co.
- No cudownie – wtrącam się – ale chyba nie mamy zbyt dużo czasu, a chciałabym jeszcze spędzić trochę czasu z przyjaciółką.
- Oczywiście, zapraszam – mówi Luna nie spuszczając wzroku z Rafaela.
- O, nie, nie, nie. On nie wchodzi – ostudzam jej zapał.
- Jak to? – mina dziewczyny gwałtownie rzednie.
- Tak to. Harem masz już pełny – żartuję.
- Bardzo śmieszne – prycha brunetka, jednak w końcu żegna się z chłopakiem (oczywiście po francusku) i prowadzi mnie do swojego pokoju.
Luna bardzo ubolewa nad tym, że mieszka w żeńskim akademiku. Narzeka też na brak współlokatorki, z którą mogłaby plotkować o chłopakach.
- Czyli… przeżywasz tu taki jakby odwyk? – pytam.
- Tak, właśnie! To jest okropne, wiesz?
- Taa, wyobrażam sobie.
- Nie, nie wyobrażasz. Ty przecież mieszkasz z Rafaelem – wypowiada jego imię w sposób, w jaki mówi się o marzeniach milionów – Ale, ale, miałaś mi przecież opowiedzieć co u ciebie. Może zacznijmy od mniej przyjemnych spraw, będziemy to miały z głowy. Co u mamy?
- Dobrze się trzyma, ale znasz ją, nawet gdyby było inaczej, to nie da po sobie poznać.
- A Car?
- Jeszcze nic nie wie.
- Biedny maluch. A ty? Wiem, że niespecjalnie lubiłaś Jamesa, ale jednak…
- Ze mną w porządku – odpowiadam zgodnie z prawdą – Martwię się tylko o nich.
- Dadzą sobie radę – mówi Luna – Twoja mama jest twarda, a Carlisle się w nią wdał.
- Dzięki.
- Od tego tu jestem. No! – brunetka klaszcze w dłonie – Koniec ze smutami. Co tam między tobą a błękitnookim przystojniakiem?
- Lu… - jęczę.
- Co „Lu”? facet jest nieziemsko przystojny! Co prawda wolę inny typ urody, ale dla niego… Oj, kochana, pilnuj go dobrze.
- Luna!
- No chyba mi nie powiesz, że on nie jest gorący!
- Matko Boska…
- Wysoki, szczupły, ładnie zbudowany…
- Litości!
- …te oczy, włosy, ręce… - wylicza dalej Luna rozmarzonym tonem.
- Dobra, rozumiem! Dotarło!
- A jesteście razem?
- NIE! – prawie wrzeszczę.
- Czyli jednak nie dotarło – wzdycha dziewczyna.
- Możemy już zmienić temat? – irytuję się coraz bardziej.
- Ale powiedz mi, dlaczego? Dlaczego nie jesteście razem? Czego mu brakuje?
- Niczego – warczę – Może poza zdrowiem psychicznym – mruczę już pod nosem.
- Nie mów, że to jakiś depresyjny typ.
- Nie, raczej izoluje się od wszelkich uczuć, a jak mu się to nie udaje, to się chowa.
- Czyli taki niedostępny, tak? Ciocia lubi.
- Cudownie – prycham.
- A jak z jego rodziną?
- Ma… trudne kontakty z rodzicami, a ściślej z ojcem – nie zamierzam zdradzać jej sytuacji Cortezów, podobnie jak mamie. Jednak coś muszę powiedzieć – Ale
- On ma brata?! Nie gadaj! – Lunie aż oczy błyszczą z ekscytacji – Jak wygląda?
- W zasadzie to jak Rafael, tylko ma ciemniejszą skórę, ciemnoblond włosy i brązowe oczy.
- Muszę. Go. Poznać.
- Ani mi się waż!
- Hej, nie możesz mieć ich obu.
- Po pierwsze, nie mam żadnego. Po drugie, Leonardo ma dziewczynę.
- To się zawsze da zmienić – uśmiecha się drapieżnie brunetka.
- Proszę cię, odpuść – wzdycham.
- Już dobrze, dobrze – Luna wywraca oczami – A jak praca?
- Całkiem przyjemna – cieszę się ze zmiany tematu.
- Szef jakiś logiczny?
- To właśnie brat Rafaela.
- No nie! Ta to się umie ustawić.
- Że niby ja? A powiedz mi, ilu już miałaś chłopaków od naszego ostatniego spotkania?
- Mmm… czterech – odpowiada dziewczyna bez cienia wstydu – Pięciu, jeśli liczyć tą jedną randkę z pewnym barmanem.
- O tym właśnie mówię.
- Ale serio, naprawdę ani razu nie spałaś z Rafaelem?
- Nie – odpowiadam z zaciśniętymi zębami.
- Nawet się nie całowaliście?
- Miałaś zejść z tematu!
- W porządku! – moja rozmówczyni unosi ręce w poddańczy geście – Ale wiesz co? – dodaje po chwili równie radosnym, chociaż już poważniejszym tonem – Ty go lubisz. To widać.
- Mam nadzieję, że jednak nie – to mogła być odpowiedź na oba zdania.
- Ale dlaczego nie? Przecież tobie też niczego nie brakuje.
- Żartujesz? – uśmiecham się niewesoło – Popatrz na mnie, a potem popatrz na niego. Nie ta liga. Jeśli chodzi o intelekt też. Ten gość w wieku dwudziestu dwóch lat jest już po studiach.
- Okej, to faktycznie nie zdarza się często – przyznaje Luna – Ale ty zdążysz jeszcze sobie postudiować, a intelekt nie zależy przecież o stopnia naukowego. Natomiast jeśli chodzi o urodę, to Rinelle! Zacznij mnie w końcu słuchać! Faceci co i rusz oglądają się za tobą. Jest z ciebie niezła laska, tylko w to nie wierzysz.
- Mhm – mruczę w odpowiedzi, faktycznie powątpiewając – Ale popatrz na to z innej strony. My jesteśmy zupełnie różni! Ja reaguję emocjonalnie na, umówmy się, prawie wszystko, a on, jego uczucia… - nie wiem jak skończyć.
- Go przerastają? – podsuwa moja przyjaciółka.
- Właśnie. I jeszcze te problemy z ludźmi…
- Jakimi?
- Tak ogólnie mówię – wykonuję nieokreślony ruch ręką – Na przykład do szału doprowadza go przebywanie w zatłoczonym miejscu. Ten facet ma problem z jakimkolwiek kontaktem fizycznym. Unika go, jak może.
- Nawet twojego dotyku?
- Powiem tak: nie ucieka, ale też nie wydaje się nim zachwycony.
- Bzdura! Choćby nie wiem jak bardzo był pokręcony, to i tak pozostaje facetem. A jak faceta hetero przytula ładna dziewczyna, to uwierz mi, skarbie, w żadnym stopniu nie jest to dla niego przykre.
Na tę uwagę parskam cichym śmiechem.
- No co? – Lunie też udziela się moja wesołość – Słuchaj cioci, ona prawdę ci powie. Matko, aleś głupawki dostała! Dobrze, że niczego teraz nie pijesz, bo… - w tym momencie uderza się dłonią w czoło – Ale jestem głupia. Nie zaproponowałam ci niczego do picia!
- Nie przejmuj się – kręcę głową już nieco uspokojona – I tak zaraz będę lecieć, muszę zdążyć na pociąg.
- O, nie, nie, nie, kochana – protestuje dziewczyna, wprawiając przy tym w ruch swoje czekoladowe loki – Na pewno nie wyjdziesz stąd bez przymierzania ciuchów.
- Jakich ciuchów? – dziwię się.
- A, promocja była w sklepie internetowym, więc zamówiłam sobie to i owo – tłumaczy brunetka – Problem w tym, że niektóre rzeczy okazały się na mnie za małe, a zwrotów nie przyjmują. Tak więc pomyślałam, że dam je mojej małej rudej dziewczynce – zaświergotała.
- Nie nazywaj mnie tak.
- Wiem, wiem, wolałabyś, żeby kto inny cię tak nazywał – Luna puszcza do mnie oko.
Oddychaj, Rin, oddychaj.
- Dobra – postanawiam ją zignorować – Pokazuj te ciuchy.
***
Podejrzewam, że Luna kazała mi przymierzyć rzeczy nie tylko z wyprzedaży internetowej, a przynajmniej nie z jednej. Nie wiem, ile czasu minęło między pierwszą sukienką a tą, którą właśnie mam na sobie, ale idę o zakład, że co najmniej pół godziny.
- Czekaj, jeszcze tu zapniemy… - mruczy pod nosem moja garderobiana – I… gotowe! Możesz się zobaczyć.
Po raz setny chyba podchodzę do dużego lustra wiszącego na ścianie i przeglądam się. Jednak tym razem nie wyglądam po prostu dobrze, ani nawet ładnie. Wyglądam…
- Wow – patrzę na swoje odbicie oczarowana.
- Lepiej bym tego nie ujęła – przytakuje Luna.
Co wprawiło nas w taki zachwyt? Czerwona sukienka, ale naprawdę niezwykła. Ta czerwień jest głęboka, rubinowa – ulubiony odcień mojej przyjaciółki. Sukienka ma cienkie, połyskujące ramiączka i dekolt w kształcie górnej części serca. W okolicach pasa kończy się dopasowany gorset i zaczyna się rozkloszowana spódnica sięgająca mi przed kolana. Jest ona dodatkowo ozdobiona warstwą koronki na wierzchu, również czerwonej, chociaż w nieco ciemniejszym odcieniu.
- Nawet nie pytam, czy ją bierzesz – uśmiecha się Luna.
- No jasne, że tak! Powiedz mi tylko, ile jestem ci za nią winna.
- Nie żartuj, mała. To prezent.
- Naprawdę? Dzięki – ściskam przyjaciółkę. W tym momencie mój wzrok pada na zegar stojący na szafce za plecami dziewczyny.
- Cholera – klnę – Cholera, cholera, cholera. Niech to szlag!
- Co się stało?
- Zasiedziałam się! – odpowiadam pośpiesznie zbierając swoje rzeczy – Spóźnię się na pociąg.
- Do swojego misiaczka – dodaje Luna znacząco.
- Aha – niespecjalnie jej słucham – Dobra, muszę lecieć. Całusy, pa, pa, pa! – szybko cmokam dziewczynę w policzek i dosłownie wybiegam z jej pokoju, krzycząc jeszcze na odchodnym:
- Dzięki za wszystko, zadzwonię!
***
Wpadam na peron ledwo dysząc. W duchu dziękuję Bogu, że moja przyjaciółka nie kazała mi przymierzać szpilek, bo zdecydowanie wygodniej mi biegać w trampkach.
Przeczesuję wzrokiem niewielki (na szczęście) tłum czekający na pociąg i po chwili zauważam ciemną, wysoką postać opierającą się o jeden z filarów.
- Już jestem, wybacz spóźnienie – mówię do Rafaela, jednocześnie próbując odzyskać normalny oddech – Zagadałam się z Luną.
- Spodziewałem się, że tak będzie – odpowiada chłopak – Właśnie dlatego podałem ci nieco wcześniejszą godzinę odjazdu.
- Czyli biegłam tutaj zupełnie nie potrzebnie? – chyba pośpieszyłam się z tymi przeprosinami.
- W zasadzie to tak. Ale poszukaj pozytywów. Przynajmniej biegłaś w jakimś wygodnym obuwiu, choć z drugiej strony jest ono dość niecodziennym wyborem w kontekście twojego stroju. A właśnie, z jakiej to okazji?
- Ale… co takiego? – mrugam oczami skonsternowana.
- Chodzi mi o twoje ubranie – brunet przesuwa po mnie wzrokiem – Co prawda wiem, że przebywanie w moim towarzystwie to zaszczyt i wymaga odpowiedniego stroju, jednak nie sądzę, żebyś podzielała mój pogląd, toteż wnoszę, że ta sukienka to nie z mojego powodu.
Sukienka…?
- Psiakrew – zaskakuję – Przymierzałam ciuchy Luny i zapomniałam przebrać się z powrotem.
- Przynajmniej kolor całkiem dobrany – Rafael sprawia wrażenie, jakby naprawdę interesowało go moje ubranie.
- Przestań się na mnie gapić – rzucam poirytowana. I coś mi się wydaje, że moje policzki właśnie dopasowują się kolorystycznie do sukienki.
- Gwoli ścisłości – precyzuje chłopak – Nie gapię się, jak to byłaś uprzejma określić, na ciebie, tylko na to, co masz na sobie.
- I co, zazdrościsz? – odgryzam się.
On chyba chce coś odpowiedzieć, jednak nie zdąża, ponieważ w tym momencie nadjeżdża pociąg.
- Panie przodem – Rafael kurtuazyjnie wskazuje mi drzwi, uśmiechając się przy tym pod nosem. Staram się przejść obok niego na tyle wyniośle, na ile pozwala mi sytuacja. A że jestem niską, okrągłą dziewczyną w trampkach i sukni balowej, to nie wychodzi mi to zbyt wiarygodnie.
Także i tym razem trafiamy na pusty przedział. Jak poprzednio oboje zajmujemy miejsca obok okna, naprzeciwko siebie.
W tym właśnie momencie orientuję się, że moja sukienka nie nadaje się do siedzenia. Kiedy jeszcze stałam, wydawała się szyta na miarę, jednak gdy siadam, okazuję się, że nie mogę oddychać.
- Niech to szlag – mruczę pod nosem.
- Coś nie tak? – pyta Rafael.
- Najwyraźniej powinnam schudnąć – wzdycham.
- Myślę, że szybciej będzie, jeśli się przebierzesz – odpowiada brunet, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, jak blisko jest przekroczenia czerwonej linii.
- Serio? Dzięki, Sherlocku, nie wpadłam na to – mój głos wprost ocieka sarkazmem – Bo to wcale nie tak, że swoje ciuchy zostawiłam u Luny, a te, które mam w plecaku, są brudne.
- Zawsze zostaje ci jeszcze płaszcz.
Prawie naga dziewczyna ubrana w płaszcz? Cóż, widziałam już kilka filmów z takim motywem, jednak postanawiam zachować tą myśl dla ciebie.
- Dobra, idę – chwytam okrycie i kieruję się w stronę toalet. Sekundę później pociąg rusza.
- No nie – jęczę – Jak ja się teraz przebiorę?
- A w czym ci przeszkadza ruch pociągu?
- Pozwól, że wytłumaczę ci to w twoim języku. Przebieranie się w moim przypadku oznacza balansowanie na jednej nodze przez co najmniej kilka sekund. Wykonywanie tej czynności w pociągowej toalecie w połączeniu z moją koordynacją ruchową prawie na pewno poskutkuje bliskim spotkaniem z niezbyt czystą podłogą. Mam mówić dalej?
Rafael milczy przez chwilę, po czym rzuca:
- Możesz się przebrać tutaj.
- Słucham? – czuję się odrobinę zdezorientowana.
- No co? Przecież poza nami nikogo tu nie ma. A ja mam co robić – pokazuje mi trzymane w ręku słuchawki i telefon – Nie musisz się denerwować, że będę jakkolwiek zainteresowany twoją zmianą garderoby.
Czy spalam cegłę? Mam nadzieję, że nie.
Przez chwilę rozważam swoje możliwości i wybieram tę bardziej higieniczną.
- No dobra – zwracam się do mojego towarzysza – Ale ty twarzą do drzwi i patrzysz, czy nikt nie idzie.
- Wedle życzenia – Rafael odwraca się we wskazanym kierunku i zakłada słuchawki na uszy.
Okej, teraz tempo. Najpierw siłuję się z zamkiem. Kiedy w końcu puszcza, zsuwam ramiączka i sięgam po płaszcz. Oczywiście w tym samym momencie sukienka zjeżdża mi aż do pasa. Bogu dzięki, że okna są zasłonięte.
Potem idzie już z górki. Szybko ubieram i zapinam płaszcz, po czym zsuwam sukienkę, by następnie ją złożyć i schować do plecaka.
- Gotowe – oznajmiam, ale nikt i nie odpowiada – Rafaelu? – spoglądam na niego i już wiem, dlaczego nie reaguje. Nadal siedzi obrócony w stronę drzwi. Kiwa głową do tylko jemu znanego taktu muzyki, poruszając przy tym lekko palcami, jakby grał na gitarze.
- Hej, czego słuchasz? – kładę mu rękę na ramieniu, aby zwrócić jego uwagę. Wzdryga się lekko czując mój dotyk. Przez sekundę patrzy na mnie niewidzącym wzrokiem, jednak po chwili podaje mi jedną ze słuchawek. Siadam więc obok niego i teraz stykamy się ramionami, ponieważ chłopak na powrót się wyprostował.
Wystarczają mi trzy nuty, żeby rozpoznać utwór.
- O matko, znam to! – emocjonuję się – Carry on my wayward sooooon – zaczynam śpiewać do refrenu, tylko trochę przy tym fałszując – There’ll be peace when you are doooooone…*1
Przerywam, kiedy Rafael zaczyna się trząść. Okazuje się, że się śmieje.
- Co cię tak bawi? – ściągam słuchawki, starając się jednocześnie przybrać groźną minę, jednak zdradzają mnie kąciki ust.
- Ty – odpowiada brunet rozbawiony – A raczej twój… entuzjazm.
- I niby co w tym takiego śmiesznego?
- Samo jego istnienie. Jesteś chodzącą bombą optymizmu.
- Dziękuję.
- To nie był komplement, raczej stwierdzenie faktu.
- To ty tak uważasz. A przy okazji – zbaczam z tematu – Znasz ten serial?
- Związany z piosenką? Owszem, oglądnąłem z Leonardem kilka sezonów jako dziecko.
- Ohohohoho – nawet nie wie, w co się wpakował.
- Mam rozumieć, że jesteś fanką?
- Aha. Jeszcze do niedawna nałogowo go oglądałam. Którego bohatera lubiłeś najbardziej?
- Nie wiem. Nigdy aż tak nie zagłębiałem się w oglądanie, żeby mieć ulubieńców. Ale mam podejrzenia co do tego, kto był twoim.
- Dawaj.
- Dean*2, prawda?
- Miałam swoje powody – wzruszam ramionami.
- Oprócz, hm… preferencji wizualnych? – droczy się ze mną chłopak.
- A żebyś wiedział – odpowiadam wojowniczo, choć nadal wesoło – Mimo swoich wad i błędów, które popełniał, Dean był naprawdę dobrym człowiekiem. Odważnym, kochającym swoją rodzinę i robiącym dosłownie wszystko, żeby ją ratować. Owszem, na początku może się wydawać tylko tępym żołnierzem, jednak on wkładał serce w to, co robił, głowę również, chociaż może nieco inaczej niż jego brat. I, tak, przyznaję, Jensen Ackles jest cholernie przystojny.
- Wow – Rafael poprawia się na siedzeniu – Mogłabyś napisać o nim książkę, co?
- Nie kpij sobie – proszę – Wbrew pozorom ta postać jest złożona. Nie mówię oryginalna, bo przecież wszystkie wzorce osobowe czerpiemy ze starożytności, ale nadal można znaleźć w nim coś wzruszającego.
- Wierzę ci – odpowiada brunet całkiem poważnie – A swoją drogą to bardzo ciekawe jak kino i telewizja oswajają nas z różnymi skrzywionymi bohaterami, czasem nawet psychopatami, a do tego jeszcze sprawiają, że szczerze obchodzą nas ich losy.
- Bo ludzie to lubią – po raz kolejny wzruszam ramionami – To znaczy, kiedyś były igrzyska, a dzisiaj mamy kablówkę, prawda? Poza tym, pewne rzeczy, czasem ogólnie uważane za niewłaściwe, nas pociągają, gdy je oglądamy albo i nich czytamy, ale na pewno dużo mniej by nam się podobały, gdybyśmy przeżywali je naprawdę.
- Panno Rinelle Serafino Morgan, jest pani w rzeczy samej filozofem – Rafael mówiąc to znowu się uśmiecha, jednak tym razem już nie kpiąco, ale ciepło, szczerze. Ja mu wtóruję, w dużej mierze dlatego, że słowa „w rzeczy samej” brzmią dość zabawnie w ustach dwudziestodwulatka.
- Dzięki – czuję się lekko zawstydzona komplementem, więc spuszczam wzrok – Ale to chyba nie do końca filozofia, bardziej taka zabawa w psychologa. Czasem po prostu zastanawiam się, dlaczego ludzie przyjmują pewne rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydają się nienormalne, dlaczego reagują tak, a nie inaczej na różne bodźce. Chyba zwyczajnie mnie to ciekawi.
- Mnie też tak analizujesz – bardziej stwierdza niż pyta chłopak. Nie wiem, jakiej odpowiedzi oczekuje, więc po prostu mówię prawdę:
- Owszem. Ciebie, ale też na przykład Leonarda, twoich rodziców, co jest dość trudne, ponieważ ostatniej dwójki nie znam osobiście, tylko głównie z tego, co ty mi powiedziałeś. Zależy mi na tym, żeby zrozumieć, jak działają ludzie, czym się w życiu kierują. A szczególnie obchodzą mnie moi bliscy.
Być może za bardzo się odsłoniłam, ale mam to gdzieś. Chcę, żeby Rafael wiedział, że jest dla mnie ważny. Chcę, żeby to czuł, ponieważ to prawda.
Kiedyś czytałam, że aby się czegoś o kimś dowiedzieć, należy poznać muzykę, której słucha. Właśnie dlatego chciałabym w przyszłości zobaczyć występ Rafaela, bo to co gra i śpiewa jest odbiciem jego uczuć, tego, co dzieje się w jego głowie. Skoro jednak nie mam na razie takiej możliwości, pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że chłopak jeszcze raz da mi jedną ze swoich słuchawek i pozwoli mi słuchać piosenek razem z nim.
- To… jaką jeszcze muzykę lubisz? – zagaduję.
- Trudno mi wybrać jeden gatunek. Zazwyczaj gustuję w klimatach alternatywnych, przeplatając to od czasu do czasu ze starym rockiem i sporadycznie metalem. Nie wiem natomiast jak zaklasyfikować duet grający utwory Michaela Jacksona i ACDC na wiolonczelach*3 - zastanawia się brunet.
- Ja też nie, ale i tak ich lubię – odpowiadam zgodnie z prawdą, ponieważ domyślam się, o kogo mu chodzi.
- Poważnie?
- Mhm. Pokaż, co tam jeszcze masz – wyciągam rękę do Rafaela, a on podaje mi telefon razem z jedną słuchawką.
- Gotowa na poznanie mrocznych zakamarków mojej biblioteki muzycznej? – pyta żartobliwie.
- Jeszcze jak – odpowiadam – No to co my tu… O CHOLERA, CZY TO JEST „BALLAD OF MONA LISA”*4?!
Kolejne godziny upływają nam w atmosferze dobrej muzyki, pomylonych tekstów piosenek i omawianiu utworów i wykonawców, których słuchamy. Jestem pozytywnie zaskoczona gustem Rafaela. Większość pozycji z jego listy sama znam i lubię. Znajduję też kilka nowych kawałków, których na pewno będę słuchać jeszcze wielokrotnie.
Na początku staram się znaleźć w tekstach jakieś ukryte znaczenia, wskazówki, które pomogłyby mi dowiedzieć się czegoś więcej o Rafaelu, jednak z upływem czasu przestaję ich szukać i po prostu skupiam się na samej przyjemności płynącej ze słuchania dobrej muzyki.
Tak właśnie jest – przyjemnie. Siedzimy tutaj razem, miło spędzając czas, jak gdybyśmy robili to zawsze. Nietrudno mi to sobie wyobrazić – nas, we dwójkę. Szkoda tylko, że ta chwila jest złudzeniem i kiedy już wysiądziemy z pociągu, znowu oddalimy się o całe lata świetlne.


*1 Piosenka „Carry On Wayward Son” zespołu Kansas
*2 Tzn. Dean Winchester, jedna z głównych postaci serialu Supernatural telewizji CW.
*3 Mowa tu o chorwackim zespole 2CELLOS grającym covery wielu znanych hitów, nie tylko Jacksona i ACDC.
*4 Piosenka zespołu Panic! at the Disco.

niedziela, 29 kwietnia 2018

Rozdział 26

Chyba pójdę skoczyć z mostu. Tak, to całkiem sensowne rozwiązanie. Szybkie i skuteczne. Z pewnością mnie powstrzyma.
Takie właśnie rozważania towarzyszą mi podczas jazdy z Raphaelem do sklepu. Przebywamy tę trasę w milczeniu, ale żadnemu z nas to nie przeszkadza. I chociaż nie wiem, o czym dokładnie myśli mój towarzysz, to na pewno o czymś poważniejszym (i bardziej stosownym!) niż ja. Bo w mojej głowie rozsądek odbywa właśnie trudną rozmowę z resztą mojej osoby. Stanowczo zabrania mi przytulania Raphaela, chociaż ja mam na to ochotę cały czas i trudno mi się powstrzymać. Jeszcze pół biedy, gdybym w ten sposób chciała pocieszyć. Ale oczywiście nie mogłam być na tyle normalna. Bo Rinelle jak zwykle zamiast myśleć o poważnych problemach, cudzych lub choćby swoich, skupia się na tym, że się zadurzyła. Beznadziejnie, warto by dodać. Ale przecież ja to ja. Jakakolwiek logika w działaniu jest mi obca, prawda?
Po dłużącej mi się podróży (wcale nie jest łatwo nie dotykać kogoś, kto stoi dziesięć centymetrów od ciebie i kogo się bardzo chcesz dotknąć) w końcu wysiadamy z autobusu, więc mogę się skupić na czymś innym niż Raphael.
Sklep stał w tym miejscu, odkąd pamiętam. Nie jest zbyt duży, ale na podstawowe zakupy w sam raz.
- Plan działania? – pyta krótko Raphael przy wejściu.
- Oj, przestań tak mówić, to nie żadna bitwa – przewracam oczami – Tu nie ma strategii i planów działania, to po prostu zakupy.
- Całe życie jest jedną wielką bitwą, którą i tak musimy w końcu przegrać – odpowiada filozoficznie chłopak i wzrusza ramionami (już mniej filozoficznie).
- Jak tam sobie chcesz – ucinam i zerkam na wysłaną przez mamę listę zakupów – A więc tak, potrzebujemy: mleka, masła, chleba, jajek, sera, zgrzewkę wody…
- Sekundę – przerywa mi brunet – Jeśli istnieje coś, czego nie jestem w stanie zapamiętać, to właśnie lista zakupów. Może zrobimy tak: ja pójdę po mleko i wodę, a potem cię znajdę, dobrze?
- Dobrze – przystaję na jego propozycję i się rozdzielamy.
Znajduję sobie jakiś koszyk i rozpoczynam wrzucanie do niego produktów. Szybko mi idzie. Stoję właśnie przy skrzynkach z owocami, gdy nagle słyszę za sobą czyjś głos:
- Rinelle?
Odwracam się i spoglądam na stojącego przede mną młodego mężczyznę. Jest ode mnie mniej niż pół głowy wyższy, ma dwadzieścia lat, brązowe, krótko ścięte włosy, orzechowe oczy i nazywa się Milo. W liceum grał w lokalnej drużynie piłki nożnej, a sądząc po jego stroju, nadal to robi. Skąd to wszystko wiem? W przeszłości miałam nieszczęście być jego dziewczyną.
- Rinelle? – powtarza Milo – To naprawdę ty! Sto lat cię nie widziałem. Co ty tutaj robisz?
Zakupy, palancie, nie widać?
- Przyjechałam odwiedzić mamę – jestem zła, że nawet ja słyszę napięcie w swoim głosie.
- Ach, tak, słyszałem, że teraz mieszkasz gdzie indziej.
Nic ci do tego.
- Tak – silę się na neutralny ton – Tam też pracuję i zamierzam studiować.
Chłopak kiwa głową i zapada krępująca cisza. On jednak, zamiast kulturalnie sobie pójść i nigdy więcej nie pokazywać mi się na oczy, lustruje mnie wzrokiem.
- Wyładniałaś – mówi się w końcu.
Opanowuję chęć spoliczkowania go za to, że śmie się do mnie jeszcze odzywać i to jeszcze w taki sposób.
- Ty się nie zmieniłeś – rzucam w odpowiedzi.
Nawet trochę wyprzystojniałeś, dodaję w duchu, ale nie ma mowy, żebym powiedziała to na głos. Po moim zimnym trupie usłyszy ode mnie coś miłego.
- Wiesz co? – zaczyna Milo pozornie niewinnym tonem, po którym nie spodziewam się niczego dobrego – A może… może poszłabyś ze mną jutro na, ja wiem… kawę czy coś takiego?
Słucham?! Prawie krztuszę się własną złością.
- No nie wiem, Annabelle nie będzie miała nic przeciwko? – pytam zjadliwie. Gwoli wyjaśnienia: Annabelle to cukierkowa blondyneczka o dużych, błękitnych oczach, z którą Milo całował się na jednej z moich imprez urodzinowych. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie fakt, iż Milo był wtedy od miesiąca moim chłopakiem!
- Daj spokój, z nią to nie było nic poważnego – usprawiedliwia się chłopak – Między innymi o tym chciałbym z tobą porozmawiać przy jutrzejszej kawie. Mam wrażenie, że nigdy sobie tego do końca nie ułożyliśmy.
Nie ułożyliśmy?! Ja sobie wszystko świetnie ułożyłam: ty jesteś skończonym dupkiem i kretynem, a ja jestem dla ciebie za dobra.
- Milo, nie sądzę, żeby to był… - próbuję oponować, ale on mi przerywa.
- Spokojnie, to nie randka. Na razie… - posyła mi ten swój uśmieszek, który kiedyś uznawałam za uroczy, ale teraz wydaje mi się jedynie przygłupi i oślizgły.
- Ale…
- Przyjdę po ciebie jutro rano – szatyn ignoruje moje protesty – Do zobaczenia!
Zanim udaje mi się go porządnie zwyzywać, Milo wychodzi ze sklepu i tyle go widziałam.
- Kto to był?
Aż podskakuję na dźwięk głosu Raphaela rozlegającego się tuż za moimi plecami.
- Nie strasz, człowieku – przykładam sobie rękę do serca – A to był… nikt ważny. Zwykły znajomy.
- Kłamiesz.
- Posądzasz mnie o mówienie nieprawdy?
- Tak, właśnie to powiedziałem.
- Świetnie – prycham – A niby skąd to wiesz?
- Gdyby to był tylko zwykły znajomy, jak twierdzisz, nie zaciskałabyś pięści ani nie wypalałabyś mu spojrzeniem dziur w plecach.
- Specjalista się znalazł.
- W porządku, nie chcesz – nie mów.
- To był mój były, który został byłym zaraz po tym, jak się całował z inną laską na mojej siedemnastce, podczas której był jeszcze obecnym – wyrzucam z siebie jednym tchem.
- Auć.
- I zaprosił mnie jutro na kawę, a raczej mi to zakomunikował.
- Podwójne auć.
- I powiedział, że jutro rano przyjdzie po mnie pod dom.
- Czekaj, ile masz jeszcze tych szokujących wiadomości? Bo zaraz skończą mi się „auć”.
- Nie kpij sobie, idioto – rzucam ze złością i dość niedelikatnie daję mu do potrzymania trzymany przeze mnie koszyk. Raphael musi się trochę nagimnastykować, żeby go złapać, ponieważ obie ręce ma zajęte wodą i mlekiem.
- Obraźliwe słowo niemające pokrycia w rzeczywistości, nie jest obraźliwe – mówi chłopak starając poradzić sobie jakoś z zakupami.
- Och, ja cię nie obrażam – prycham coraz bardziej poirytowana – Ja cię opisuję.
- Mhm, wiem, też oglądałem ten serial – mruczy brunet pod nosem.
Zaraz po jego słowach sześciopak półtoralitrowych wód ląduje głośno u moich stóp.
- Dobra, posłuchaj – Raphael nachyla się do mnie i mówi już bez cienia kpiny w głosie – To się nazywa przeniesienie. Denerwujesz się tamtym facetem, a frustrację przelewasz na mnie. Nie, żebym czuł się jakoś bardzo dotknięty, ale chyba obojgu nam będzie łatwiej, jeśli ograniczymy agresję do minimum.
- Sam się prosiłeś z tym swoim sarkazmem – burczę, nie patrząc na mojego rozmówcę.
- Owszem. Co nie zmienia faktu, że trochę przereagowałaś.
- Próbujesz mnie uspokoić dodatkowo mnie denerwując, wiesz?
- Wiem. Nigdy nie twierdziłem, że jestem w tym dobry.
- W denerwowaniu?
- O, nie. W tym jestem niezrównany.
Uśmiecham się trochę.
- Chyba nie znam innej osoby, która użyłaby słowa „niezrównany”.
- To dlatego, że oprócz bycia niezrównanym jestem także niesamowity i niepowtarzalny – chłopak mówi to lekkim tonem, jednak jego słowa wydają mi się jakieś takie bezbarwne, jakby wcale w nie nie wierzył.
- Okej, przepraszam – przyznaję mu w końcu rację – Zdenerwował mnie jakiś dupek i wyżyłam się na tobie, wybacz. Chociaż nie ukrywam, że kiedy chcesz, to też potrafisz być dupkiem.
- Teraz to się chyba jednak obrażę – brunet marszczy brwi, ale ja widzę iskierki wesołości w jego oczach.
- Bo to już ma pokrycie w rzeczywistości?
- W sumie tak – kiwa głową z namysłem – Jednak z drugiej strony, skoro to prawda, to czemu miałbym się na nią obrażać?
- Większość ludzi tak robi.
- Ja nie jestem większością – ton Raphaela się zmienia.
- Jasne, że nie.
Nie bardzo wiem, co mam dodać, więc zmieniam temat:
- Hej, chodźmy z tym wreszcie do kasy, bo utkniemy tu na zawszę – odbieram od chłopaka koszyk i kieruję się w stronę kas, a Raphael podąża za mną.
***
Po niespełna dwudziestu minutach od odejścia od kas, znajdujemy się już przed drzwiami szkoły Carlisle’a. Właśnie trwa przerwa, więc na korytarzu aż roi się od biegających i krzyczących dzieci.
- No dobra. To ty może lepiej poczekaj na zewnątrz – mówię do Raphaela, który wygląda, jakby właśnie zobaczył ostatni krąg piekieł.
- Dobry pomysł – odpowiada tylko i siada z zakupami na ławce przed wejściem. Ja tymczasem idę po brata.
Dawno tutaj nie byłam, jednak szybko odnajduję drogę do świetlicy. Kiedy tylko Carlisle mnie zauważa, wita mnie radosnym okrzykiem:
- Rinelle! Skończyłem dzisiaj wcześniej, wiesz?
- Wiem, wiem. Właśnie dlatego tu jestem – śmieję się czochrając jego włosy – Zbieraj się, wracamy do domu.
- A Raphael też? – młody najwyraźniej już uważa bruneta za pełnoprawnego członka rodziny.
- Tak, Raphael też – wzdycham – No już, szoruj po buty.
Kiedy tylko Carlisle znika w sąsiednim korytarzu, dzwoni mój telefon.
- Halo? – odbieram, przytykając sobie lewe ucho ze względu na panujący hałas.
- Nie odzywaj się do mnie więcej! – w słuchawce słyszę głos (kto by się spodziewał?) Luny.
- Dobrze, ale w takim razie po co do mnie dzwonisz? – droczę się z nią.
- No… przecież jakoś musiałam ci powiedzieć, że z nami koniec.
- Bardzo śmieszne. To co tam u ciebie?
- Co u mnie?! – Luna drze się jeszcze głośniej – Matka mojej najlepszej przyjaciółki odchodzi od partnera, a ona sama przyjeżdża do domu ze swoim współlokatorem-modelem, nic mi o tym nie mówiąc, a ty się pytasz co u mnie?!
Ups…
- Sorry, Lu. Miałam trochę na głowie i… Ale zaraz, skąd ty o tym wszystkim wiesz?
- Spotkałam dzisiaj twoją mamę na ulicy.
- I powiedziała ci nawet o swoim rozstaniu z Jamesem?
- Mhm. Ale to chyba nie jest twój ulubiony temat do rozmowy, prawda?
- No nie jest.
- Tak myślałam. To o której jutro wpadniecie?
- My?
- Oczywiście. Chyba nie myślałaś, że uda ci się wywinąć od przedstawienia mi twojego chłopaka?
- To. Nie. Jest. Mój. Chłopak – cedzę.
- Jasne, jasne. To kiedy będziecie?
- Nigdy! – krzyczę – A już na pewno nie Raphael.
- Słońce, takie ograniczenia wolności to dopiero po ślubie – żartuje Luna.
- Jeszcze jedno słowo, a obudzisz się łysa – grożę jej.
- Dobra, już – mogę sobie wyobrazić, jak dziewczyna przewraca oczami – Ale nie bądź takim psem ogrodnika. Daj mi przynajmniej na niego popatrzeć albo…
- Wolę nie wiedzieć, co jest po „albo” – zastrzegam, a w odpowiedzi słyszę jej śmiech – W porządku, przyjdę jutro do ciebie jakoś przed południem. To znaczy, jeśli tylko uda mi się wywinąć Milo…
- Jak to: Milo?! – Luna znowu podnosi głos – TEN Milo?!
- To długa historia.
- Niech zgadnę. Złapał cię gdzieś na mieście, zobaczył, jaka z ciebie laska i pomyślał, że może mieć jeszcze szansę?
- Mniej więcej.
- Boże, co za kretyn. Ale, hej! Twój Raphael na pewno sobie jakoś z nim poradzi – mówi dziewczyna znaczącym tonem.
- Lu – staram się być spokojna, ale nie wiem, jak długo wytrzymam – Jeśli jeszcze raz nazwiesz Raphaela moim, obudzisz się nie tylko łysa, ale i wytatuowana.
Moja przyjaciółka odpowiada tylko charakterystycznym dla niej bezczelnym śmiechem.
- No dobrze, czekam na was jutro rano – mówi – Ciao, bella.
Rozłączam się z pewną ulgą i wkładam telefon do kieszeni. Wtedy wraca Carlisle, już ubrany. Ale coś mi tu nie gra…
- Car, co to za bluza, którą masz na sobie?
- No… moja?
- Tak? A jaki kolor miała ta twoja?
- Czerwony.
- A ta jest…?
- Czerwona?
- Nie, kochanie. Ciemnoróżowa.
Po tych słowach na twarzy mojego brata pojawia się wyraz najwyższej odrazy.
- Fuuuj… Idę to ściągnąć. Poczekaj – i zaraz znowu znika.
Taaa… To ja tu sobie jeszcze poczekam.
***
Docieramy do domu bez większych przeszkód. Właśnie rozpakowujemy zakupy, kiedy wraca mama.
- Co robicie? – pyta, stając w drzwiach kuchni – O, nie, nie musicie tego rozpakowywać.
- Mamuś, przecież dla nas to nie jest żaden problem.
- Nie, naprawdę, nie rozpakowujcie niczego. Dzisiaj jesteście gośćmi – uśmiecha się.
- Dzięki – cmokam mamę w policzek. Wtedy przychodzi mi do głowy pewien pomysł.
- Mamo?
- Tak, kochanie?
- Wiesz, chciałam… pokazać Raphaelowi jeszcze jedną rzecz na mieście – w tym momencie brunet rzuca mi pytające spojrzenie, jednak szybko się opanowuje i na powrót przybiera kamienny wyraz twarzy.
- Jasne, Rin. Idźcie. Tylko weźcie ze sobą klucze.
- Mam w kieszeni – odpowiadam – Wrócimy niedługo. Do zobaczenia!
***
Raphael nie protestuje, ale też nie wydaje się specjalnie zachwycony naszą niespodziewaną wycieczką.
Naszą. Lubię to słowo.
Daj spokój, nie rób sobie nadziei, Rinelle.
- Dokąd idziemy? – pyta Raphael.
- To niedaleko. Musimy tylko przejść rzekę i zaraz będziemy na miejscu. Dziesięć minut maks – odpowiadam.
- To świetnie, ale nie o to mi chodziło.
Jak zwykle się czepiasz, myślę.
- Wiem, że nie o to – mówię na głos – Ale chcę ci zrobić niespodziankę, więc nie powiem, dokąd cię prowadzę.
- Zakładam, że ta wycieczka ma coś wspólnego z moimi urodzinami.
- Mhm.
- W takim razie nie rób sobie kłopotu, naprawdę.
Raczej nie zamierzał mnie urazić, jednak i tak robi mi się trochę przykro. Raphael chyba to zauważył, ponieważ dodaje:
- To tylko urodziny, dla mnie naprawdę nic specjalnego. Nie musisz się czuć w obowiązku jakkolwiek świętować ten dzień.
- Ale ja to robię, bo chcę – odpowiadam akcentując ostatnie słowo.
- Nie do końca – odpowiada mój rozmówca – Ludzie postępują tak, jak ich wychowano. Powtarzają także zachowania kultur, w których się obracają. A nieodłącznym elementem zachodnioeuropejskiego kręgu kultury jest czczenie niektórych wydarzeń uznawanych za święta, w tym na przykład urodzin. Niektórzy po prostu nie wyobrażają sobie, że mogliby je tak zwyczajnie zlekceważyć. Dlatego też kiedy mówisz, że robisz coś ze mną czy dla mnie w moje urodziny z własnej, nieprzymuszonej woli, nie jest to stuprocentową prawdą, ponieważ kieruje tobą podświadomy imperatyw na podłożu…
- Dosyć! – zatrzymuję Raphaela w połowie mostu. Przemowy chyba też – Jeśli natychmiast nie przestaniesz się wymądrzać, to przysięgam, że pomimo mojego podświadomego imperatywu, całkiem świadomie wrzucę cię do rzeki.
- Nie dałabyś rady – słyszę, jak mruczy pod nosem, ale dla świętego spokoju postanawiam go zignorować.
- No co jest? – pytam – Czy ta twoja pseudonaukowa paplanina jest reakcją na stres?
- Ja się nie stresuję – mówi stanowczo chłopak patrząc mi przy tym prosto w oczy. Czuję się przez to trochę nieswojo, ale wytrzymuję jego spojrzenie i nie odwracam wzroku. Wydaje mi się, że odrobinę go to zdziwiło, więc odzywam się pewnie:
- Jasne. Bo przecież takie zachowanie, kiedy ktoś chce zrobić dla ciebie coś miłego, jest zupełnie normalne.
- Co ja poradzę, że niespecjalnie lubię swoje urodziny? – brunet wzrusza ramionami.
- A to dlaczego? – interesuję się.
- Doświadczenia z przeszłości – odpowiada on zdawkowo.
- To znaczy?
- Poprzednie urodziny.
- Tego to się sama domyśliłam. A teraz rozwiń.
- Dlaczego ty zawsze musisz być taka… - wzdycha. Jestem prawie pewna, że chciał powiedzieć „upierdliwa”. A przynajmniej coś podobnego, bo on chyba nie używa takich słów. A może używa? Nie wiem, zastanowię się później.
- Dobra – głos Raphaela przerywa mój tok myślowy – Powiem ci, ale musisz obiecać, że chociaż przez chwilę nie będziesz mnie o nic pytać.
Kiedy kiwam głową, kontynuuje:
- Większość moich urodzin wyglądała bardzo podobnie. Coś w rodzaju małego przyjęcia dla rodziny i przyjaciół ojca (obie grupy nie do zniesienia). Nasz dom w Hiszpanii był dość duży, więc zawsze tuż po rozpoczęciu wymykałem się i gdzieś zaszywałem, czekając na koniec imprezy. Można by pomyśleć, że ktoś zauważy brak solenizanta, ale nikt mnie nigdy nie szukał. Było mi to dość na rękę, nawiasem mówiąc.
- A nie cieszyło cię ani trochę, że ci goście, jacy by nie byli, przyszli tam dla ciebie?
- Rinelle, przecież właśnie powiedziałem, że nikt tam się mną nie przejmował. To wszystko było tylko na pokaz. Mój ojciec chciał po prostu uchodzić w towarzystwie nie tylko za świetnego prawnika z mnóstwem kontaktów, ale także za wspaniałego i bogatego ojca.
Raphael mówi bez żalu. Może i ze znużeniem oraz pewną pogardą dla ludzi, o których opowiada, jednak uczucia z nimi związane wydają się dawno wyblakłe, jakby już wcześniej się ze wszystkim pogodził.
- Rozumiem – mówię i spuszczam wzrok. A Raphael milknie i chyba czeka, aż powiem coś jeszcze, zadam jakieś pytanie. I rzeczywiście mam jedno.
- A co z resztą twoich urodzin? To znaczy z innymi niż te, które opisujesz.
- W zasadzie nic. Po osiemnastych już w ogóle przestałem je obchodzić.
- Dlaczego? Ostatnie były takie straszne?
- Nie, te akurat mogę nazwać moimi ulubionym. Ale po prostu nie miałem ochoty na więcej.
- Opowiedz mi o swojej osiemnastce – proszę.
Wtedy on zaczyna się śmiać. Nie krzywo uśmiechać jak zwykle, ale naprawdę śmiać. Najpierw tylko trochę trzęsą mu się barki, po chwili jednak odrzuca też głowę i wypycha biodra do przodu. Dźwięk, który z siebie przy tym wydaje, jest niski, ciepły i gardłowy. Nie mam pojęcia dlaczego tak zwykła czynność w jego wydaniu jest po prostu… oszałamiająca.
Owszem, rumienię się. Owszem, rozczulam się nad śmiechem chłopaka, który mi się bardziej niż podoba. Bez oceniania, proszę. W końcu nadal jestem nastolatką, jeszcze przynajmniej przez kilka miesięcy.
Nagle do głowy przychodzi mi myśl, że to może ze mnie Raphael się śmieje, więc moje policzki stają się jeszcze bardziej czerwone, ale mam nadzieję, że tego aż tak nie widać.
- O co chodzi? – pytam nieśmiało.
Chłopak potrzebuje jeszcze chwili, żeby się uspokoić, na razie więc macha tylko dłonią. Po chwili już udaje mu się odpowiedzieć:
- Właśnie sobie przypomniałem, co to była za noc.
Nic nie muszę mówić. Sam wyraz mojej twarzy wystarcza, żeby Raphael zaczął opowiadać (uprzednio oczywiście demonstrując swój opór w postaci westchnięcia i krzywego spojrzenia).
- Zaczęło się jak zwykle. Już od kilku lat nie mieszkaliśmy w Hiszpanii, ale moja matka odziedziczyła tutaj po rodzicach całkiem pokaźnych rozmiarów dom. Tak więc goście się schodzili, a proporcjonalnie do wzrostu ich liczby poziom mojego dobrego humoru spadał. Szybko gdzieś zniknąłem. Chyba uczyłem się do jakiegoś egzaminu albo coś w tym stylu, już nie pamiętam. Musiałem tam spędzić dość dużo czasu, ponieważ za oknem było już zupełnie ciemno, kiedy do pokoju wszedł, a raczej wsunął się Leonard. Powiedział, żebym się ubrał, bo wychodzimy. Najpierw oponowałem, ponieważ wydawało mi się, że chce mnie rozerwać zabierając do gości. Moje przypuszczenia jednak okazały się mylne, a Leo nadal napierał. Dla świętego spokoju w końcu zgodziłem się z nim pójść. Wymknęliśmy się tylnym wyjściem, niezauważeni. Następnie wsiedliśmy do stojącego na podjeździe auta – tego samego, które znajduje się teraz pod naszym mieszkaniem i które było prezentem urodzinowym od moich rodziców. Miało to chyba pokazać „dobrą wolę” ojca… ale zbaczam z tematu. Zatem wsiedliśmy do tego samochodu i pojechaliśmy Bóg wie dokąd. Leonard kluczył po mieście chyba z pół godziny, żebym nie zorientował się, dokąd mnie wiezie. Na miejscu okazało się, że celem naszej eskapady był jakiś nocny klub.
- Ale przecież ty masz… - urywam, bo nie chcę zabrzmieć niegrzecznie.
- Problem z ludźmi? Nie inaczej – potakuje Raphael – Ale zdążyłem się do nich przyzwyczaić już w Hiszpanii, gdzie wszyscy są dość… „dotykalscy”. Kontakt fizyczny jest tam na porządku dziennym, na przykład podczas zwykłej rozmowy. Ale wracając. W momencie przekroczenia progu klubu miałem ochotę ręcznie wytłumaczyć bratu, że wcale mi się ten pomysł nie podobał. Powiedziałem mu, żeby zabrał mnie z powrotem do domu. Oczywiście puścił to mimo uszu i zaraz zniknął w tłumie.
Nie rozumiem, dlaczego uśmiecha się, opowiadając mi to wszystko. Przecież dla niego musiał to być istny koszmar.
- Uznałem, że w tym wypadku pozostało mi tylko jedno: napić się – kontynuuje brunet – Przy barze było stosunkowo mało ludzi, a ja miałem okazję wypróbować wszystkie drinki o dziwnych nazwach, jakie znajdowały się w karcie. Podsumowując, bawiłem się całkiem nieźle, w porównaniu do reszty moich urodzin. Tamta ogłuszająca muzyka nawet mi się podobała.
W tym momencie nie wytrzymuję. Najpierw tylko chichoczę, jednak już po chwili śmieję się jak jakaś wariatka. Raphael nie dołącza do mnie, tylko przypatruje mi się z lekko zaniepokojonym wyrazem twarzy.
- Przepraszam – udaje mi się w końcu wykrztusić – ale wyobraziłam cię sobie w tamtej sytuacji i to było komiczne.
- A i owszem – Raphael przyznaje mi rację – Przynajmniej tak twierdzi Leonard. Przebieg owej nocy znam w dziewięćdziesięciu procentach od niego, ponieważ mnie samemu film urwał się gdzieś pomiędzy Mojito a Bloody Mary.
Mój drugi przypływ wesołości chłopak już ignoruje, jednak jestem prawie pewna, że poprawiłam mu tym humor.
- Podobno potem już się szybko rozkręciłem – mówi dalej brunet – Wszedłem na parkiet nie zważając na znajdujący się tam tłum ludzi. Później przez pół roku Leonard przypominał mi moje „kocie ruchy”, jak to nazywał, usilnie wymachując przy tym kończynami na wszystkie strony. Było to oczywiście bardzo krzywdzące, ponieważ ja w rzeczywistości świetnie tańczę.
Parskam.
- Nie żartuję – na twarzy Raphaela nie widać żadnych oznak rozbawienia – Naprawdę dobrze tańczę. I mówiąc to wcale się nie przechwalam, ale też nie mam zamiaru być fałszywie skromny. Ja po prostu umiem się ruszać.
Moją pierwszą myślą jest: chcę to zobaczyć. Moją drugą myślą jest chęć powiedzenia na głos, że chcę to zobaczyć. Natomiast trzecia moja myśl brzmi: kretynka.
- Czyli lubisz tańczyć – bardziej stwierdzam niż pytam. Mało inteligentnie zresztą.
- Nie. Powiedziałem, że to potrafię, nic o lubieniu nie było.
- Czyli nie lubisz?
- Ależ skąd, lubię.
- Ale przecież…
- Tak, owszem, wiem, co powiedziałem przed chwilą, ale ty po prostu z góry założyłaś, że lubię tańczyć nie mając ku temu dowodów, a w życiu jak w sądzie; powinniśmy mówić tylko to, czego jesteśmy pewni.
- A zamierzasz nadal być taki irytujący i przemądrzały? Bo moja propozycja twojej przymusowej kąpieli w rzece nadal pozostaje aktualna.
- Nie dałabyś mi rady. Jestem od ciebie większy, silniejszy i najprawdopodobniej też lepszy technicznie w walce. Nie masz więc ze mną szans, najmniejszych.
- Oj, nie kuś mnie – śmieję się i przysuwam bliżej niego, zupełnie odruchowo. Raczej mu się to nie podoba, ponieważ cały się spina i zaraz odsuwa, lekko, jednak wystarczająco, abym zrozumiała.
W tym momencie czuję się, jakbym ostatnio zrobiła krok do przodu, a sekundę temu cofnęła się o dwa.
- Wracając do tematu – podejmuje znowu Raphael – Tańczyłem między ludźmi i z ludźmi, co jest do mnie zupełnie nie podobne, ponieważ toleruję tłumy tylko w dwóch przypadkach: kiedy jestem obok nich albo nad nimi, na przykład na scenie.
- Albo jak jesteś wstawiony – dodaję.
- Tak, jak się okazało, trzecia opcja też istnieje.
- No i… CZEKAJ, CZEKAJ! – nagle zaskakuję – Na scenie?! To znaczy… że grasz?!
- I śpiewam, owszem. Jeszcze jakieś głośne pytania?
- Tak! Masz zespół? Gdzie gracie? Kiedy? Co? Mogę kiedyś popatrzeć? Lubisz to? – potok słów wylewa się z moich ust.
- Mniej więcej, głównie w barach, czasem, wszystko, nie i bez komentarza – odpowiada mi cierpliwie brunet.
- Dlaczego nie pozwalasz mi przyjść zobaczyć twojego występu? – to interesuje mnie najbardziej, ponieważ jestem strasznie ciekawa, jak to wszystko wygląda i brzmi. A mówiąc „wszystko” mam na myśli głównie Raphaela.
- Bo cię proszę, żebyś nie przychodziła – mówi chłopak i nie dodaje nic więcej.
Nie takiej odpowiedzi się spodziewałam. Byłam raczej przygotowana na coś w stylu „bo nie lubię, jak za mną wszędzie łazisz”, „bo to moja sprawa” albo nawet „nie bo nie”. Bynajmniej nie spodziewałam się, że powie „proszę”. To wydało mi się dość… osobiste.
Nie wiem, co powiedzieć, jednak wybawia mnie Raphael, który ma chyba dzisiaj monopol na zaskakiwanie.
- Potem zrobiło się jeszcze ciekawiej.
Aż podskakuję słysząc jego głos tak nagle. Pogrążona we własnych myślach potrzebuję chwili, aby zrozumieć, co miał na myśli.
- Jedni po alkoholu robią się agresywni, drudzy wpadają w nostalgiczny nastrój, a ja…- śmieje się krótko – Cóż, można powiedzieć, że ja staję się wtedy bardziej… kontaktowy.
- Kontaktowy? – nie do końca rozumiem.
- Właśnie.
- A co to znaczy?
- Że… garnę się do ludzi.
- Ludzi?
- Płci żeńskiej, gwoli ścisłości.
Próbuję zachować poważny ton, jednak nie bardzo mi się to udaje.
- Ahaa, dziewczyn. Pewnie ładnych, co?
- Nigdy nie wątp w moje poczucie estetyki, nawet, jeśli jestem pod wpływem – Raphaelowi z kolei zachowanie kamiennej twarzy wydaje się przychodzić z łatwością.
W tym momencie wybucham śmiechem. Znowu.
- Człowieku – mówię przez łzy – Ty się po prostu zamieniasz w imprezowego podrywacza! Ja wysiadam. A niby taki opanowany, a tu proszę, cicha woda brzegi rwie! Nie no, nie mogę – zatykam usta dłonią jak najmocniej potrafię, jednak wtedy przed oczami staje mi zawiany Raphael próbujący poderwać jakąś dziewczynę, więc znów parskam śmiechem.
- Tak, tak, nie przeszkadzaj sobie. Dobrze się bawisz? – pyta chłopak z fałszywą uprzejmością w głosie.
- I to jeszcze jak!
- W takim razie muszę cię rozczarować, ponieważ to nie do końca wygląda tak, jak sobie wyobrażasz.
- Czekaj sekundę – opiera ręce na kolanach i próbuję złapać oddech – Dobra, już.
- A więc, zanim przeszkodził mi twój przypływ humoru, próbowałem ci wytłumaczyć, na czym dokładnie polega ta moja kontaktowość.
- Już się nie mogę doczekać.
Brunet ignoruje mój komentarz i mówi dalej.
- To nie polega na tym, że ja kogoś zaczepiam, tylko kiedy już ktoś mnie zaczepi, to raczej nie protestuję.
- No chyba, że jest brzydka – rzucam i znowu muszę walczyć z własną wesołością.
- Rinelle – Raphael posyła mi karcące spojrzenie – Rinelle, czy mogłabyś zachować powagę chociaż na pięć minut?
Tak bardzo podoba mi się, kiedy twardo wymawia „r” w moim imieniu, że chciałabym zachowywać się jak wariatka jeszcze chyba przez godzinę, żeby tylko mnie upominał. Niestety, nie mogę tego zrobić, więc postanawiam doprowadzić się do porządku.
- Okej, już jestem spokojna – mówię.
- Na pewno? – nie ufa mi mój rozmówca. Mądry chłopiec.
- Tak. Albo nie, czekaj… A nie, jednak już.
- Nareszcie – wzdycha.
- Masz jeszcze jakieś ciekawe szczegóły dotyczące twoich urodzin?
- Poza kacem stulecia następnego ranka? Nie, chyba już wszystko powiedziałem. A, zaraz, jeszcze jedna rzecz. Leonard utrzymuje, jakoby na własne oczy widział mnie całującego się tamtej nocy z siedmioma dziewczynami, co jest oczywiście pomówieniem i horrendalną mistyfikacją. Może i byłem pijany, ale nie aż tak. Tych pań nie było więcej niż trzy.
Śmieję się z opowieści chłopaka, jednak na wzmiankę o tamtych dziewczynach czuję lekkie ukłucie zazdrości, zupełnie nieuzasadnione zresztą. Nie mam przecież żadnych podstaw do roszczenia sobie jakichkolwiek praw do Raphaela.
- Aż taki jestem zabawny? – pyta on.
- A żebyś wiedział – odpowiadam – Myślałam, że to ja miałam ciekawą osiemnastkę, a tu proszę.
- Jak wyglądała twoja? – brunet zaskakuje mnie swoją ciekawością.
- Och, twojej na pewno nie przebiła. Najciekawszą rzeczą było to, że nazajutrz obudziłam się na balkonie u Luny, mojej przyjaciółki ze szkoły. Mówiłam ci o niej, prawda?
- Tak, coś wspominałaś.
Pewnie moglibyśmy tak stać i rozmawiać jeszcze przez dłuższy czas, ale powoli robi się późno, a my nadal nie załatwiliśmy tego, co miałam w planie.
- Dobra, będzie tego. Idziemy – zarządzam.
- A już myślałem, że udało mi się cię zagadać i zapomniałaś o tym
- Nie tak szybko, Raphaelu – uśmiecham się przebiegle – Możesz udawać, że nie lubisz świętować swoich urodzin, ale i tak to dzisiaj zrobimy.
***
Celem naszej wycieczki okazało się coś na kształt niewielkiego rynku niedaleko rzeki. Na środku stał jeden duży budynek, w którym znajdowało się mnóstwo różnorodnych sklepików. Otoczony był też przez stragany, na których sprzedawano głównie tandetne pamiątki. Na całe szczęście nie zauważyłem zbyt wielu grupki turystów.
- Chodź za mną – Rinelle pociągnęła mnie za rękaw (który to już raz?) i ruszyła na tyły głównego budynku. Tam nie było już żadnych straganów, tylko w jednej witrynie niewielkiego sklepiku paliło się światło. Zaglądnąłem przez szybę. Półki tego małego pomieszczenia zastawił ktoś wszelkiego rodzaju starociami, od niepozornych, metalowych pierścionków po wielkie kufry i walizy pamiętające zapewne księcia Ferdynanda.
- Poczekaj tu chwilę – rzuciła Rinelle i weszła do sklepiku, zostawiając mnie samego na ulicy.
Widziałem horror, który się tak zaczyna.
Przez jakąś minutę rozglądałem się dookoła, jednak nie znajdując nic godnego uwagi, podszedłem pod latarnie, równie samotną co ja w tej chwili. Stamtąd mogłem obserwować przynajmniej część wnętrza małego antykwariatu. Pomieszczenie było tak zagracone, że widziałem jedynie skrawek płaszcza Rinelle i pasmo jej rudo-brązowych włosów.
Dziewczyna wróciła chwilę później, trzymając coś za plecami.
- Ostatni punkt, obowiązkowy dla każdych urodzin – oznajmiła z szerokim uśmiechem.
- Nie istnieje coś takiego.
- Owszem, istnieje.
- W takim razie ja tego nie uznaję.
- No to masz problem, bo ja tak – nie dała się zrazić. Stwierdziłem, że lepiej będzie to już mieć za sobą.
- Pokaż.
- Najpierw zamknij oczy.
- Nie. To głupie i dziecinne.
- I co z tego?
- Może nie zauważyłaś, ale od paru ładnych lat jestem już za duży na takie wygłupy. Na środku ulicy tym bardziej.
- Och, błagam cię – Rinelle wywróciła oczami – Przecież poza nami nikogo tu nie ma, więc wyciągnij tą halabardę z tyłka i nie psuj zabawy.
- Że co mam z czego wyciągnąć, przepraszam?
- Nieważne. Po prostu zrób, o co proszę.
- Nie będę zamykać oczu, Rinelle – zaczynała mnie już irytować.
- Dlaczego się tak przy tym upierasz? – dziewczyna trochę spoważniała – To przecież tylko taka mała tradycja. Jak dostajesz niespodziankę, to musisz zamknąć oczy i już.
- Powiedziałem ci już wcześniej, że nie chcę żadnych prezentów.
- A ja już wcześniej cię zignorowałam. Poza tym, ja chcę ci coś dać.
- Nie musisz. Nie czuj się zobowiązana.
- Cholera jasna – jęknęła – Nie czuję się zobowiązana, marudo. Lubię cię, masz urodziny, więc chcę zrobić dla ciebie coś miłego. Tyle. Dociera?
- Ale jaki w tym sens, skoro tego nie chcę?
- Dobra, widzę, że sam nie dasz rady.
W tym momencie Rinelle nagle wspięła się na palce i uprzednio wsadziwszy coś do kieszeni, zakryła mi oczy swoimi dłońmi. Tak, były ciepłe, miękkie i pachniały waniliowym balsamem, ale nadal mi się to nie podobało.
- Zabierz ręce – powiedziałem z naciskiem.
- Nie-e.
- Przestań zachowywać się jak małe dziecko, zabierz je.
- Tylko jeśli zamkniesz oczy.
- W porządku! – skapitulowałem – Wygrałaś, zrobię, co chciałaś – kiedy wzięła dłonie, zasłoniłem oczy lewą ręką – Zadowolona?
- Nawet nie wiesz jak. A teraz wystaw rękę. Prawą – byłem prawie pewien, że przy ostatnim słowie przebiegle się uśmiecha.
Po chwili wahania wypełniłem polecenie. Wtedy poczułem, że coś zaciska mi się na nadgarstku.
- Okej, możesz już patrzeć.
Spojrzałem na wcześniej wspomniany nadgarstek i zauważyłem na nim coś, co okazało się być bransoletką. Wykonana była z ciemnych, plecionych skórzanych pasków. Po środku znajdowało się srebrne metalowe kółko. Wpisany był w nie półksiężyc, a w sercu tarczy na czarnym tle widniała srebrna litera „R”.
- Sto lat, sto lat – Rinelle znowu uśmiechnęła się promiennie.
Z jakiegoś powodu tak mnie wzruszyła swoim gestem, że powiedziałem tylko:
- Hm… ł-ładne.
Dziewczynie widocznie spodobała się taka odpowiedź, ponieważ jej oczy zalśniły i nagle uścisnęła mnie, bardzo mocno.
W sekundę żołądek podszedł mi do gardła, jednak nie zupełnie z powodu siły uścisku. Poczułem, że brakuję mi powietrza i jeśli Rinelle mnie zaraz nie puści, to stanie się… coś.
- Eee… tak, świetnie. Dziękuję… dziękuję za bransoletkę – odsunąłem ją lekko, a sekundę później ona sama cofnęła się o kilka kroków. Widocznie sprawiło jej to pewną przykrość. Tak naprawdę będzie lepiej, Rinelle.
- No dobrze, to chyba byłoby na tyle – powiedziała – Możemy już wracać.
Chciałem jej powiedzieć, że tak naprawdę bardzo się cieszę z prezentu i z tego, że starała się umilić mi dzień jak najlepiej umiała. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jakakolwiek osoba była dla mnie taka miła. Milczałem jednak, ponieważ gdybym się odezwał, to by tylko wszystko utrudniło.
W drodze do domu w ogóle niewiele rozmawialiśmy. W połowie trasy zapytałem tylko Rinelle o coś, co mnie nurtowało.
- Dlaczego księżyc?
- Słucham?
- Ta bransoletka, którą mi dałaś. Dlaczego wybrałaś akurat księżyc?
Dziewczyna zmieszała się.
- Tak po prostu.
- Powiedz.
- Nie, to głupie.
- Kiedy ja ostatnim razem to powiedziałem i tak kazałaś mi zrobić, o co prosiłaś.
Nie miała już argumentów. Poczułem małe ukłucie satysfakcji, kiedy załatwiłem ją jej własną bronią.
- Bo po prostu… - zaczęła Rinelle – No, twoje oczy. Czasem wydają mi się srebrne. Jak… jak księżyc właśnie. I ogólnie… ogólnie to do ciebie pasuje. Księżyc, w sensie. I noc też. Bo… taki jesteś. Taki. Nie… nie wiem, głupia jestem, przepraszam.
Chyba się zarumieniła. Naprawdę głupio jej było o tym mówić. Ale ja naprawdę nie miałem zamiaru jej zaperzyć.
- Czyli co, widzisz kolory w ludziach? – zapytałem szczerze zainteresowany.
- Mhm, coś jakby – odparła szatynka ze wzrokiem wbitym w chodnik.
- Ciekawe. Ale zaraz, skoro ja jestem… „tym ciemnym”, to mój brat powinien być słońcem i dniem, mam rację?
- W sumie… tak, to by nawet pasowało. Faktycznie kolorami to się powymienialiście – parsknęła cicho, nadal podziwiając swoje buty.
- Czy masz jeszcze inne ciekawe zainteresowania?
- Hm, nie wiem, czy to aż takie ciekawe, ale zawsze zastanawiam cię nad znaczeniem imion. No właśnie, co znaczy twoje?
- Które? Bo mam ich trzy. A nazwiska dwa.
- Serio? No dobra, nie zazdroszczę ci, jak musisz się podpisywać. W takim razie objaśnienia po kolei proszę.
- W wolnym tłumaczeniu to będzie jakoś tak: Bóg uzdrowi, Święty Jakub, Obrońca. „Cortez” znaczy tyle, co grzeczny, uprzejmy. A Levithan – nie mam pojęcia.
- Czyli twoje pełne nazwisko bez tłumaczenia brzmi…?
- Rafael Santiago Alexander Cortez Levithan, miło mi.
- Nieźle. A przy okazji, jak się pisze „Raphael”?
- Teoretycznie we wszystkich dokumentach mam przez „f”, ale po przeprowadzce z Hiszpanii tutaj prawie przy każdej okazji ludzie chcieli pisać je przez „ph”, co przysparza trochę kłopotów.
- Dobrze wiedzieć. A Leonard?
- Jego pełne imię? Leonardo María Guillem.
- María?
- Taka hiszpańska tradycja. W ogóle na świecie jest to często spotykane, dawać mężczyznom na drugie Maria. Dobrze, teraz twoja kolej.
- U mnie jest krócej, po prostu Rinelle Morgan. Na drugie mam Serafina, co znaczy…
- Płomienna.
- S-skąd wiesz?
- W szkole często mi się nudziło, a sieć Wi-Fi była niezabezpieczona.
- I sprawdzałeś znaczenie imion?
- Między innymi. Ale wracając, co znaczy reszta?
- „Morgan” to podobno połączenie dwóch słów z walijskiego, „morze” i „krąg”. A jeśli chodzi o „Rinelle” to chyba zostało zmyślone. W Internecie znalazłam tylko tyle, że w języku elfów znaczy „rebeliant”.
- Trafione.
- Ej!
- Kiedy to prawda. Jesteś wojowniczką, Rinelle. Nie wydajesz się osobą, która przyjmowałaby jakieś zasady, które jej nie pasują.
- I kto to mówi.
- „Lex malla, lex nulla” – zacytowałem.
- „Złe prawo to nie prawo”, święty Tomasz z Akwinu.
- Teraz to ty mnie zaskoczyłaś.
- Naprawdę? Czyżbyś nie spotykał codziennie osób, które rozumieją łacińskie sentencje?
- Raczej nie. Skąd to znasz? Bo z tego co wiem, nie studiowałaś rzymskiego prawa.
- Nie. To było w jakiejś powieści. Fantastyczno-romantyczno-młodzieżowej, żeby być dokładnym.
Przyznała to tak rozbrajająco szczerze, że nie mogłem się nie roześmiać.
Potem znowu zamilkliśmy, jednak tym razem zupełnie nam to nie przeszkadzało. Miałem dzięki temu chwilę, żeby zebrać myśli. I dobrze. Lubiłem wszystko w spokoju analizować. Bawiłem się bransoletką jednocześnie zastanawiając się, kiedy ostatnio dostałem od kogoś jakiś prezent tylko dlatego, że mnie lubił. Jakoś nie mogłem przypomnieć sobie takiej sytuacji. A ona to zrobiła. To małe stworzenie wbrew wszelkiej logice robiło dla mnie coś od serca i to nie raz, nie dwa. Tylko dlaczego?
A dlaczego ty odwdzięczasz się jej tym samym? – głos w mojej głowie się obudził.
Bo ona zaczęła – brzmiała moja odpowiedź.
To była prawda. Gdyby Rinelle od początku nie starała się do mnie zbliżyć, najprawdopodobniej… nie, na pewno by mnie tu teraz nie było.
Albo gdybyś nie był tak głupi i słaby i nie dał się złamać.
Jezu. To naprawdę nie pomaga. I jest cholernie denerwujące. Bo jak ateista używa imienia Boga, to coś musi być nie do zniesienia. Jak to głupie dopowiadanie mojej podświadomości. A co było najgorsze? Że miała rację. Dałem się złamać, ba, ja chciałem zostać złamany. Podobało mi się, że ktoś poświęca mi tyle uwagi. Soy un idiota de mierda. Przecież wiadomo, jak to się wszystko skończy. Przeze mnie. Przez to, że biedny, niekochany chłopiec potrzebuje przyjaciół. Żałosne. A było tak dobrze. Przez tyle lat udawało mi się normalnie funkcjonować jako jednostka. Owszem, był jeszcze Leonardo, ale on to nie to samo, co Rinelle. Mój brat był, nie da się ukryć, moim bratem i jednocześnie dobrym człowiekiem, więc się o mnie martwił, przynajmniej na tyle, na ile mu pozwalałem. Ale ona… Była z zewnątrz, obca. Nic wcześniej jej ze mną nie wiązało, a teraz proszę. Mam przyjaciółkę. I wcale nie podobał mi się fakt, że mnie to cieszyło. Bo ja się do tego nie nadawałem. Wszystko zepsuję. Ale jak na razie przejechałem pół kraju do domu rodzinnego dziewczyny, którą za jakiś czas bardzo mocno skrzywdzę. Brawo, Rafaelu, popisałeś się. Obyś jutro wpadł pod jakiś pociąg i rozwalił ten cholerny łeb. I byłby spokój.
- Hej, dokąd ty idziesz? – do rzeczywistości przywrócił mnie głos Rinelle, która zatrzymała się przy jednym z mijanych przez nas budynków – To tutaj.
- A, prawda. Wybacz, zamyśliłem się.
- Po jakiemu?
- Słucham?
- Chciałam zapytać, w jakim języku myślisz – wyjaśniła – Ciekawi mnie to.
- Ach, tak. A więc myślę po hiszpańsku. Inne języki tak na dobrą sprawę poznałem dopiero w szkole, czyli jak miałem ile… siedem lat? Oczywiście wcześniej uczyłem się języków innymi sposobami, bardziej naturalnymi, jak na przykład oglądanie zagranicznych bajek.
- A jakie jeszcze znasz?
- Języki? Cóż, oprócz dwóch „wrodzonych” mówię biegle w dwóch obcych, w tym po francusku. A co do samego rozumienia, już nie mówienia, to dogadałbym się jeszcze z Włochem i Katalończykiem, jeśli zaszłaby taka potrzeba.
- Wow. Podziwiam.
- Nie masz za co. Samo jakoś tak wyszło.
- Nie bądź taki skromny. To ty się nauczyłeś tych wszystkich języków.
- Dobra, zbyt duże stężenie uwielbienia mnie w jednym dniu. Nie, żeby nie było uzasadnione, ale jednak wystarczy.
- Raz w roku ci nie zaszkodzi – zaśmiała się dziewczyna i weszła do klatki.
Kiedy Rinelle zaczęła rozmawiać z mamą, uznałem, że powinienem się wycofać. Miałem co robić, prace uczniów z korepetycji same się nie poprawią. Poszedłem więc do sypialni Carlisle’a, który siedział z mamą i siostrą w salonie. Miałem dzięki temu ciszę i spokój, przynajmniej dookoła mnie. Jednak co się działo w mojej głowie… Chciałem się skupić na tych wszystkich ciągach cyfr, które miałem przed oczami, naprawdę. Często liczyłem, kiedy byłem wzburzony, nawet czasem rysowałem. Dzisiaj jednak nie byłem w stanie poradzić sobie z najprostszymi działaniami. Dlaczego? Odpowiedź brzmiała: Rinelle. Rinelle, Rinelle, Rinelle. Najgorsze, że nie miałem pojęcia jak to wyłączyć. Niemal bezwiednie zacząłem szkicować na wolnej przestrzeni kartki pod jakimś logarytmem. Jej twarz wyszła mi nad wyraz dobrze, ale coś się nie zgadzało. Narysowałem ją zbyt sztywną, techniczną kreską, a ona była przecież pełna miękkości i okrągłych kształtów. Poprawiłem i ponownie spojrzałem na szkic. Tak, teraz wyglądała, jak powinna: pięknie.
O, Boże, już po mnie.
A dzieciakowi powiem, że zgubiłem jego pracę.