poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Rozdział 25


Spałam wyjątkowo dobrze. Budzę się  wypoczęta i przeciągam w łóżku. Zaraz, zaraz… Przeciągam? Przecież przy dwóch dodatkowych osobach byłoby to niemożliwe. Gdzie oni się podziali?
Jakby w odpowiedzi słyszę dźwięk przesuwanych krzeseł w kuchni. Wygrzebuję się z pościeli i pospiesznie poprawiam piżamę i włosy. Następnie wychodzę z pokoju i idę na śniadanie. Tam zastaję Carlisle’a grzebiącego w lodówce. Młody myszkuje z takim zaangażowaniem, że widzę go tylko od pasa w dół.
- Czego szukasz? – zagaduję.
- O, Rin! – chłopiec na chwilę odrywa się od swojego zajęcia, aby mnie uściskać. – Zjesz z nami śniadanie?
- Pewnie. A przygotowałeś już coś?
- Mhm. Wyciągnąłem mało, dżem, szynkę, ser, ogórki, chleb, keczup… - wylicza mój brat.
- I zamierzasz zjeść to wszystko na raz?
- Jasne! Muszę mieć dużo siły, bo idę dzisiaj na koszykówkę, wiesz? A odbierzesz mnie po szkole?  A Raph z tobą przyjdzie?
- Tak, tak i tak – odpowiadam z uśmiechem, na co on reaguje piskiem radości. – A właśnie, Car, gdzie jest Raphael?
- Poszedł porozmawiać przez telefon.
Dosłownie w tym samym momencie do kuchni wchodzi brunet. Mimochodem zauważam jego ubranie, które dzisiaj wygląda inaczej, niż zwykle, pewnie ze względu na pogodę. Chłopak ma na sonie ciemne spodnie z grubego materiału i granatową koszulkę z długim rękawem i trzema guziczkami przy szyi, która podkreśla jego szczupłą sylwetkę.
- Leonard – unosi telefon, uprzedzając moje pytanie.
- Coś z… - urywam, zerkając na Carlisle’a, który niczego nieświadomy wsuwa właśnie kanapkę z dżemem.
- Tak, ale na razie żadnych szczegółów.
Widać, że Raphael nie chce o tym rozmawiać, więc nie naciskam. Już mam zmienić tema, gdy mój wzrok pada na zegarek piekarnika.
- O cholera! – wyrywa mi się – Jak już późno! Carlisle spóźni się do szkoły! – oczywiście mama wyszła wcześniej, więc dzisiaj była moja kolej na odwiezienie brata.
- Na nas nie patrz – brunet unosi ręce – My jesteśmy gotowi.
- Psiakrew! – rzucam jeszcze i pędem biegnę do łazienki.
- Ale Rinelle… - dziesięciolatek próbuje mi coś powiedzieć.
- Żadnych „ale” i nie mów teraz do mnie! – krzyczę już spod prysznica – Pakuj plecak!
***
Dwadzieścia bardzo intensywnie spędzonych minut później jestem gotowa do wyjścia. No, prawie gotowa. Już nakładam buty, w tym samym momencie związując włosy w luźnego koka. Narzucam kurtkę i pośpieszam Carlisle’a, który po raz kolejny próbuje protestować.
- Rin, przecież ja…
- Dobra, dobra, potem mi powiesz – niemal wypycham go za drzwi -No, ruchy, bo się spóźnisz!
- Ekhm, Rinelle? – Raphael odchrząkuje – Nie wiem, czy wiesz, ale…
- Zaraz! – gorączkowo szukam kluczy – Noż cholera jasna!
- Proszę – brunet podaje mi je wyciągnięte nie wiadomo skąd.
- Dobra, idziemy – zarządzam i po kilku sekundach stoimy już na klatce schodowej.
Do z tego, co pamiętam, do przystanku mamy jakieś dwie minuty szybkiego marszu. Na miejscu okazuje się, że mamy jeszcze trochę czasu do przyjazdu autobusu, więc pozwalam moim nogom i płucom w końcu odpocząć.
- Rinelle? – odzywa się mój brat – Czy teraz już mogę mówić?
- A… tak, teraz tak – podnoszę na niego wzrok.
- No to chciałem ci powiedzieć, że ja przecież od dawna chodzę sam do szkoły, nie musisz mnie odprowadzać jak bobasa, a tak w ogóle, to mam dzisiaj na drugą lekcję, bo nasza pani zachorowała i teraz będę tam o godzinę za wcześnie, ale i tak chcę pojechać sam, dobrze? – chłopiec wypala jednym tchem.
Mrugam oczami, trochę oszołomiona. Udaje mi się tylko wydukać ciche „dobrze” zanim przyjeżdża autobus i Carlisle wsiada do niego, uprzednio oboje nas z Raphaelem ściskając.
Nagle słyszę za sobą jakieś przytłumione dźwięki przypominając chrząkanie. Odwracam się do stojącego za moimi plecami Raphaela, który zwiesił głowę i przyciska sobie pięść do ust i nosa. Stara się zachować kamienną twarz, ale, szczerze mówiąc, kiepsko mu to wychodzi.
- Czego rżysz? – burczę, bo nie podoba mi się jego reakcja.
- Z niczego, absolutnie niczego – mówi tonem niewiniątka – Gdybyś tylko widziała swoją minę!
- No rzeczywiście, baaardzo śmieszne – sarkam, a uświadamiając sobie, że chłopak stoi w samej koszulce (nadal świetnie podkreślającej jego figurę) na chłodzie, dodaję: - Ty weź się lepiej ubierz, bo tamta biedaczka po drugiej stronie ulicy mało w słup nie weszła, tak się na ciebie zapatrzyła.
- O, ależ chciałbym się ubrać, wierz mi – mówi brunet z podejrzanym uśmieszkiem – Jednak w takie coś się nie zmieszczę.
Dopiero teraz zwracam uwagę na to, co trzyma w ręku. To… mój płaszcz. Ale w takim razie co ja mam na sobie?
- Och – spoglądam na skórzaną, zdecydowanie za dużą kurtkę, w którą jestem ubrana - To by wyjaśniało, dlaczego nie widzę swoich dłoni.
Wymieniamy się w końcu okryciami, ja czerwona na twarzy, Raphael już bez uśmiechu, za to z wesołością w oczach.
- To jakie masz plany? – zagaduje chłopak.
- My mamy, chciałeś powiedzieć – poprawiam go.
- Chciałem powiedzieć dokładnie to, co powiedziałem. Ja nie mam żadnego planu, więc pytam, czy ty masz.
- Niech ci będzie – przewracam tylko oczami, bo nie mam ochoty się z nim spierać – Nie, nie mam na myśli niczego konkretnego.
- Czyżby?
- A jest inaczej?
- Cóż, z tego, co wiem, powiedziałaś mamie, że przyjechałem tu pozwiedzać.
- Bo co innego miałam jej powiedzieć? – mruczę pod nosem, a potem mówię głośniej: - Czyli chcesz zobaczyć miasto, tak?
Raphael wzrusza ramionami.
- Nigdy tu nie byłem, a czytałem, że warto zobaczyć starówkę.
- W takim razie nie mogłeś trafić na lepszego przewodnika – uśmiecham się szeroko – Przez kilka lat chodziłam do szkoły w tej dzielnicy, więc znam ją, jak własną kieszeń. W lecie nawet czasami chodziłam do zamkowych ogrodów, żeby poczytać, albo po prostu sobie tam posiedzieć.
- Widzę, że mam do czynienia z ekspertem – żartuje brunet – Czy to znaczy, że zaraz przyjedzie zabytkowa karoca, która zabierze nas w podróż do odległych czasów królów i rycerzy?
- Taa… Nie. Raczej będzie to duży, niebieski diesel – rozwiewam jego nadzieje – I nie zatrzymuje się na tym przystanku. Musimy podejść kawałek do następnego.
Na te słowa Raphael niemal teatralnie się kłania i gestem pokazuje mi, żebym prowadziła. Boże, daj mi cierpliwość do tego człowieka.
***
Zamek, który pół wieku temu zamieniono w muzeum, zawsze był przepełniony turystami, jednak liczebność tłumu, który widzimy tuż przy wejściu, zaskakuje nawet mnie.
- No ładnie – mruczę – Ale spokojnie, na salach się to wszystko rozejdzie – dodaję szybko zauważając niewyraźną minę Raphaela.
- Jasne. Czy to jedyne wejście?
- Chcesz ominąć ludzi, tak? – domyślam się – Faktycznie, jeśli obejdziemy zamek dookoła, możemy wejść drugą bramą.
- Zakładam, że to dłuższa droga do kas?
- Tak, ale ominiemy ludzi.
- Więcej mi nie trzeba. Idziemy.
***
Mogło być gorzej, Raphaelu, powtarzaj to sobie. Mogło być gorzej.
Wszystkie muzea, z jakimi się w życiu zetknąłem, miały jedną podstawową wadę – ludzi. Gdyby jeszcze nie było ich tutaj tak dużo. Ale było.
Oczywiście nie mogłem tak po prostu odwrócić się i odejść. Nie, żebym nie rozważał takiej możliwości, jednak za każdym razem, gdy Rinelle opowiadała jakąś ciekawostkę związaną z zamkiem, nakazywałem sobie sposób. Moje zwykłe bezwzględne zachowanie gdzieś się przy niej gubiło.
Żeby zająć myśli czymś innym, niż wszechobecny tłum, postanowiłem zadawać mojej towarzyszce różne pytania, na temat wystawy. Fakt, że znałem odpowiedź na każde z nich, wcale mi nie przeszkadzał.
- Skąd pochodzi ten obraz? – Włochy, Florencja, XVI wiek.
- Ten z Madonną? Wydaje mi się, że z Włoch. Autor namalował go w XV lub XVI wieku.
- Jak się nazywa ten miecz? – rapier, obusieczna klinga, popularny w XVI i XVII wieku.
- To rapier, broń wynaleziona we wczesnym renesansie.
- Kto spał w tym pokoju? – sądząc po wystroju i wielkim napisie „POKOJE KRÓLOWEJ”, była to królowa.
- Panie tego zamku, królowe.
I tak minęła jedna, dość długa w moim odczuciu godzina (tak, wiem, że każda godzina trwa tyle samo, ale ta po prostu mi się dłużyła). Znajdowaliśmy się właśnie w ostatniej sali, oglądaliśmy ostatni eksponat, a ja zadawałem ostatnie pytanie.
- Jak się nazywa ta wyszywana tkanina wisząca na ścianie? – tapiseria, względnie gobelin, a konkretnie werdiura.
- Ta tutaj? To gobelin.
- Werdiura, ściślej rzecz ujmując – mruknąłem pod nosem, jednak nie dość cicho, jak się okazało.
- Słucham? – Rinelle zmarszczyła brwi – Jak wiesz, to po co pytasz? Zaraz, zaraz… Chyba mi teraz nie powiesz, że znałeś odpowiedzi na wszystkie te pytania, które mi zadawałeś?
- W porządku, nie powiem.
- Raphaelu! – klepnęła mnie wierzchem dłoni w ramię – Dlaczego?
- Ponieważ prosiłaś, żebym nie mówił. A raczej zakazałaś mi mówić.
- Doskonale wiesz, że nie o to pytam.
Westchnąłem ciężko. Nie zdążyłem nawet odpowiedzieć, ponieważ w tym momencie znaleźliśmy się w samym środku japońskiej grupy turystów. Ocieranie się o mnie tych wszystkich ciał (cóż z tego, że o półtorej głowy niższych) sprawiło, że odruchowo napiąłem wszystkie mięśnie i zacisnąłem szczękę. Naprawdę nienawidzę tego uczucia.
- Hej, w porządku? – dziewczyna wyglądała na zaniepokojoną.
- W najlepszym, nie widać? – odparłem sucho.
Rinelle nic nie odpowiedziała, tylko zacisnęła usta w wąską, bladą kreskę i pociągnęła mnie za rękaw do wyjścia.
- Czy moglibyśmy już wrócić do komunikacji werbalnej? – poprosiłem, kiedy wyszliśmy na zewnątrz. Szczęśliwie było tu mniej ludzi.
- Nie mogłeś mi wcześniej powiedzieć, że nie tolerujesz ludzi nawet fizycznie? – Rinelle zignorowała moją prośbę i nadal trzymała moją rękę.
- Nie pytałaś.
- Przestań się ze mną droczyć. Co ty, jakimś masochistą jesteś?
- Może. Mam ci przedstawić na to więcej dowodów?
- Och, zamknij się.
- Jak sobie życzysz, ale czy moglibyśmy najpierw przenieść się w jakieś spokojniejsze miejsce niż dziedziniec najczęściej odwiedzanego obiektu w tym mieście?
- Sam jesteś sobie winien – prychnęła dziewczyna – Ale już na poważnie. Może tym razem to ty coś wybierzesz?
- Wszystko jedno. Byle jak najmniej tłumów.
- Na szczęście jest środek dnia i to roboczego. Łatwiej będzie coś znaleźć.
- Więc?
- Więc co? Myślę, daj mi sekundę.
- Minęła.
- Ale ty się czepialski czasem robisz… O, już wiem! Co powiesz na park?
- Rzadko odwiedzany, bez zbyt dużych otwartych przestrzeni, na których ludzie wpatrują się w ciebie jak jastrząb w swoją ofiarę?
- Tak.
- Idziemy.
***
Rinelle rzeczywiście mówiła prawdę. Park położony był dwadzieścia minut spacerem od centrum miasta (zrezygnowaliśmy z autobusu, z czego się bardzo ucieszyłem). Z dala od zgiełku wydawał się bardzo spokojnym i przyjemnym miejscem. Słowa „Raphael Cortez” oraz „spokojny i przyjemny” użyte w jednym kontekście – napiszą o tym w gazetach.
- Chodź tam! – Rinelle pociągnęła mnie (po raz kolejny tego dnia) za kurtkę, żebyśmy usiedli na ławce nad małym stawem. Naprawdę powinna ograniczyć kontakt fizyczny. Czuję się przez to… dziwnie.
- Nie rób takiej miny – rzuciła nagle. Wyglądasz dużo lepiej, kiedy się uśmiechasz. Albo przynajmniej nie krzywisz.
Musiałem zareagować wybitnym skrzywieniem na jej słowa, ponieważ zaczerwieniła się i dodała zmieszanym głosem:
- To był tylko taki żart… nieważne.
Chyba coś mi umknęło…
- Ach – w końcu zaskoczyłem – Chciałaś tak rozpocząć rozmowę.
- Ja wiem, że ty jesteś trochę… wolniejszy, jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie – powiedziała – ale to jest przesada, nawet jak na ciebie, Raphaelu.
- Dzięki – prychnąłem z rękami skrzyżowanymi na piersiach.
- Wcale nie próbuję być złośliwa.
- Naprawdę? Bo odniosłem zgoła inne wrażenie.
- Jeśli już ktoś jest złośliwy, to przeważnie ty.
- Och, czyżby?
- I zawsze to robisz – westchnęła dziewczyna.
- Zawsze co robię? – uniosłem brew.
- Jesteś opryskliwy i próbujesz uciąć rozmowę, kiedy zaczyna się ona sprowadzać do twojej osoby.
- Może po prostu nie chcę o sobie rozmawiać.
- W to nie wątpię. Ale wiesz, że dobrze by ci to zrobiło, gdybyś czasem porozmawiał z kimś na temat swoich uczuć albo myśli?
- Rinelle, ile razy przerabialiśmy już ten temat?
- Dużo, ale najwyraźniej nie dość.
- Od kiedy ty masz taki cięty język?
- Odkąd cię poznałam. Taki efekt uboczny.
Tym razem nie mogłem się powstrzymać od parsknięcia cichym śmiechem. Rinelle wzięła to chyba za dobry znak, ponieważ drążyła dalej.
- Co tym razem cię gryzie?
- Zgaduj.
- Rodzice.
- Jasnowidzka.
Oczywiście, że ta sprawa nie dawała mi spokoju. Ale na nieco innej płaszczyźnie, niż powinna u normalnego człowieka. Moje płytkie serce, a może bezwzględny umysł już przyjął do wiadomości, że po tak długim czasie rozwoju sprawy statystyki nie dają prawie żadnej szansy na pozytywne rozwiązanie. Okrutne, usłyszałem głos w mojej głowie. Ale prawdziwe, odpowiedziałem mu w myślach. Mimo to nie mogłem do końca opanować swoich uczuć. Martwiłem się o nich. To znaczy, głównie o mamę, bo, szczerze powiedziawszy, gdybym miał wybierać, to rachunek był prosty. Ale on…
- Raphaelu? – moje imię wypowiedziane (miękko?) przez Rinelle wyrwało mnie z zamyślenia – Mów do mnie.
- Przecież cały czas rozmawiamy.
Oczywiście zignorowała moje słowa.
- Zaufaj mi, lepiej będzie, jak to z siebie w końcu wyrzucisz.
- Brzmisz jak rasowy psycholog – sarknąłem – Nie możesz sobie znaleźć jakiegoś bardziej chętnego pacjenta.
- Człowieku, dlaczego ty musisz być taki… trudny? – dziewczyna uniosła oczy do nieba – Czemu nigdy nie powiesz, co ci leży na sercu, jak normalny, cywilizowany przedstawiciel rasy ludzkiej?
- Z tej prostej przyczyny, że ja nie mam serca, w poetyckim rozumieniu tego słowa. Nie jestem też normalny.
- Ale…
- Ale co? – zdenerwowałem się – Co mam ci powiedzieć? Że nijak nie umiem sobie tego poukładać? Że żywię resztki irracjonalnej nadziei? Że tak cholernie boję się o matkę?  A nawet może o ojca, którego nie chcę znać?! – z każdym słowem mój gniew narastał.
- O to chodzi! – wykrzyknęła Rinelle, płosząc przy tym kaczki pływające w stawie – O twojego ojca! Nie jesteś w stanie przyjąć do wiadomości, że go kochasz i się o niego martwisz.
- Jego się nie da kochać! – wybuchnąłem w końcu, jednak potem już mówiłem spokojniej – Nie wiem, jak mojej mamie i Leonardowi się to udaje. Nie wiem. To nie jest dobry człowiek.
- Może jednak zbyt surowo go oceniasz…
- Oceniam go dokładnie tak, jak sobie na to zasłużył – przerwałem jej lodowatym tonem – Nie znałaś… Nie znasz go. Ten człowiek jest moim koszmarem, Rinelle.
Dziewczyna wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, jednak tylko otwarła usta i zaraz je zamknęła. Następnie przybrała spokojną minę i spytała z powagą w zielono-niebieskich oczach:
- Możesz mi o nim opowiedzieć?
- Nie.
- Proszę.
- Nie.
- Już zacząłeś.
- Chociaż raz uszanuj moją wolę.
- Uszanowałabym, gdyby nie to, że sam sobie robisz krzywdę tą zawziętością i zamknięciem.
- Jestem dorosły i nie muszę spowiadać się żadnej smarkuli z moich relacji rodzinnych ani uczuć z nimi związanych.
Rinelle wyglądała, jakbym ją właśnie spoliczkował. Wstała z ławki i ruszyła szybkim krokiem przed siebie, wyprostowana jak struna.
Mogłem ją tak zostawić. Mogłem dalej siedzieć na ławce i nic nie robić ze słowami, które padły. Wrócilibyśmy jutro do domu ze znacznie chłodniejszą relacją. Może nawet już nigdy nie zapytałaby mnie o moje uczucia. Tak, mogłem wzruszyć ramionami i to zignorować. Ale nie. Musiałem za nią pójść na ten pieprzony most.
- Poczekaj – odruchowo złapałem ją za nadgarstek, ale gdy się zatrzymała, momentalnie cofnąłem dłoń. Wtedy odwróciła się i spojrzała na mnie nie tyle zagniewanym, co smutnym wzrokiem.
- Zupełnie cię nie rozumiem – pokręciła głową, przyciskając skrzyżowane ręce do piersi – I nie mówię tu o tym, że mnie ranisz, czy jesteś niemiły dla innych. Nie chcesz przyjąć żadnej pomocy, ani ode mnie, ani nawet od własnego brata.
- Nie potrzebuję litości.
- Na litość boską, zrozum! Pomoc to nie litość! Troska i chęć ulżenia bliskiej osobie to też nie litość! Tak to działa w rodzinie. I w przyjaźni również.
- Uważasz mnie za swojego przyjaciela? – zapytałem szczerze zdziwiony.
- Nie wiem – przyznała szatynka – Czasem mam wrażenie, że coraz lepiej się dogadujemy, a czasem, że mam przed sobą zupełnie obcego człowieka.
- A skąd możesz wiedzieć, że ja nie jestem obcy cały czas? – było to bardziej pytanie re
toryczne, niż zwyczajne.
- Nie wiem skąd. Po prostu… zdarza ci się mieć przebłyski zupełnie innej osoby, niż ta, którą pokazujesz przez większość czasu. Tak jakby prześwity zza pękniętej skorupy lub zbroi.
- Jak poetycko.
Nie odpowiedziała. Po prostu nadal wpatrywała się we mnie smutnymi oczami.
- Kiedy wracał do domu, płakałem – przerwałem ciszę, która zapadła chwilę wcześniej – Uciekałem do swojego pokoju, zwijałem się w kłębek na łóżku i przykryty kołdrą płakałem ze strachu. Jak dziś pamiętam, co wtedy powtarzałem, cały we łzach. „On tu idzie, on tu idzie, proszę, nie, niech na mnie już nie krzyczy”. Miałem wtedy może, ja wiem… siedem lat? Sześć?
Zrobiłem przerwę i spojrzałem na Rinelle. Uważnie słuchała moich słów z mieszaniną troski, niedowierzania i całkowitej powagi na twarzy.
Ciągnąłem więc dalej.
- On po prostu tak na mnie działał. Nigdy mnie nie bił, nic z tych rzeczy. To, że dostałem kilka razy w twarz za pyskowanie się nie liczy. Chodziło o to, jak na mnie wrzeszczał za każdy najdrobniejszy błąd. Niestarannie wykonane zadanie domowe, nieuwaga, chwilowa dekoncentracja – nieważne. Reakcja była zawsze ta sama. Awantura. Naprawdę wolałbym, gdyby mnie uderzył, ale on wolał mnie niszczyć za pomocą słów. Nawet nie wolno mi było rozmawiać z nim w innym języku niż hiszpański. Uważał patriotyzm za jedną z najważniejszych wartości. Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego ożenił się z moją matką, chociaż nie była Hiszpanką.
- Właśnie, a twoja mama? – zapytała Rinelle – Nie reagowała na to?
- Ona? Bez szans. To dobra kobieta, kochała mnie i Leonarda. Mojego ojca również, choć tego akurat nie mogę zrozumieć. On jednak nie czuł nic podobnego do niej, szczerze w to wątpię. Między innymi to ją złamało. Nigdy nie była osobą silną psychicznie, a codzienne awantury i – czego jestem bardziej niż pewien – zdrady mojego ojca dobijały ją coraz bardziej. Całymi dniami tylko leżała w łóżku. Nie broniła nas przed mężem. Czy mam do niej o to żal? Nie wiem, dawniej pewnie tak, a teraz… Po prostu jest mi jej żal. Chociaż nie ukrywam, że jej pomoc by się przydała. Dzieci wyjątkowo kiepsko sobie radzą z terrorem psychicznym dorosłych.
Przerwałem na chwilę, żeby złapać oddech. Skorzystałem także z okazji i spojrzałem na dziewczynę, bo chciałem zobaczyć jej reakcję. Nie było dobrze. To znaczy, chyba. Ciężko stwierdzić. Jej mina mogła wyrażać jednocześnie strach, zaskoczenie i chęć natychmiastowej ucieczki, ale z drugiej strony nie zdziwiłbym się, nie była to po prostu reakcja na to, jak bardzo nienormalny jestem. A może po prostu źle się poczuła.
- Rinelle, źle wyglądasz. Boli cię coś?
- Co? – szatynka zamrugała oczami. Głos jej się lekko załamywał – N-nie, co ty! Nie. Ja tylko… No przecież nie mam serca z kamienia! – w tym momencie, zanim zdążyłem zareagować, Rinelle zbliżyła się do mnie i mocno objęła. Mimo, że nie był to jej pierwszy przypływ uczuć dotyczący mojej osoby, i tak nie ułatwiał mi niczego. Nadal czułem się bardzo nieswojo w takich sytuacjach. Nie wyprowadzałoby mnie to jeszcze tak z równowagi, gdybym był pewny, że tego nie lubię. A pewny właśnie nie byłem.
- O, hm, w porządku – bąknąłem patrząc z góry na dziewczynę, a konkretnie na czubek jej kasztanowej głowy, która teraz tuliła się do mojej piersi – Naprawdę w porządku. M-możesz mnie już puścić.
- Och, zamknij się i daj mi chociaż raz w życiu porządnie cię przytulić – usłyszałem jej słowa tłumione przez moją koszulkę – Pocieszam cię, nie rozumiesz?
- Nie poświęcaj się aż tak, przecież nie umieram.
- Jeszcze jedno słowo i popchnę cię na drugi koniec tego mostu.
- Wystarczy tylko jedno?
Wygrałem. Puściła mnie.
- A jak było z Leonardem? – Rinelle najwyraźniej chciała wrócić do poprzedniego tematu – Jego relacje z waszym tatą też były tak… napięte?
- Nie, tego bym nie powiedział – odparłem – Mój brat był zazwyczaj posłuszny ojcu, uważał, że on chce tylko naszego dobra. Z początku myślałem, że Leonardowi, podobnie jak naszej matce, brak kręgosłupa. Ale on naprawdę wierzył, że ojciec ustawiał całe nasze życie jak chciał, ponieważ nas kochał.
- A ty w to nie wierzysz? Ani trochę?
- Kpisz czy o drogę pytasz? – prychnąłem – Ten człowiek jest niezdolny do miłości, może tylko wyjąwszy własną.
- Zabawne, że ty sam myślisz tak o sobie.
- Słucham? – zbiła mnie tym stwierdzeniem z tropu.
- Wydaje mi się, że twoje zdanie o ojcu jest podobne do tego, jakie masz o sobie – powiedziała dziewczyna tonem nieco ostrożniejszym niż zwykle.
- Spokojnie, do jego poziomu zepsucia jeszcze trochę mi brakuje – rzuciłem drwiącym tonem, jednak wcale nie podobały mi się jej słowa, postanowiłem więc kontynuować swoją opowieść – Kiedy dowiedział się, że z nauką idzie mi znacznie łatwiej i szybciej niż moim rówieśnikom, był zachwycony. Chwalił się ty wszystkim wokoło. Bynajmniej jednak nie z powodu ojcowskiej dumy, tylko przez potrzebę bycia w centrum uwagi. Kilka lat później, gdy oświadczyłem, że wcale nie chcę być prawnikiem, tylko architektem, jego nastawienie zupełnie się zmieniło. To znaczy, wściekł się. Jak zwykle. Byłem wtedy jeszcze niepełnoletni, więc nie mógł mnie wyrzucić z domu, jednak to był jedyny powód, dla którego tego nie zrobił.
- Chyba nie mógł być aż tak okrutny…
- Och, tak myślisz? A jednak. Poza tym, że w towarzystwie jest miły, szarmancki i czarujący, to w życiu prywatnym staje się tyranem. Owszem, jest przy tym cholernie inteligentny, ale to mu tylko wszystko ułatwia. Ale wracając do tematu. Nie wiem, jak mi się to udało, ale w jakiś sposób skończyłem liceum i studia architektoniczne w przyśpieszonym tempie, nawet bez większych przeszkód. Ojciec też się jakby uspokoił. I ja, głupi, głupi ja myślałem, że wreszcie zrozumiał, że po tych wszystkich latach przyjął do wiadomości, że jestem już dorosły i moje życie to… no właśnie, moje życie, nie jego. A on? Zgadnij, z czym wyskoczył.
- Ja… nie mam pojęcia.
- Też bym sobie nie mógł tego wyobrazić, gdybym nie doświadczył perfidii mojego ojca na własnej skórze. Już wcześniej wspominałem, że był tradycjonalistą aż do bólu. Pod tym względem nic się nie zmieniło, nawet po przeprowadzce tutaj. A więc, skoro nakreśliłem ci już jako tako obraz całej sytuacji, mogę przejść do sedna sprawy. Wyobraź sobie, że parę miesięcy temu zaprosił na obiad swojego starego znajomego z Hiszpanii, razem z żoną i, cóż za zbieg okoliczności, dwudziestoletnią córką. Zupełnie nie chciałem być na tym spotkaniu, ale on mnie zmusił. Byłem tak wściekły przez późniejsze wydarzenia, że już nie pamiętam, jak to zrobił. Ale nie uprzedzajmy faktów. Tak więc tamtego wieczoru siedzieliśmy przy stole i rozmawialiśmy o totalnych bzdurach. To znaczy, rodzice rozmawiali. Tamta dziewczyna tylko głupawo się uśmiechała i gapiła na mnie. Obaj z Leonardem czuliśmy się jak idioci, ponieważ wydawało się, że cała reszta wie coś, co nam umyka. Oczywiście mieliśmy rację. Zorientowaliśmy się co to było, kiedy temat rozmowy zboczył na planowanie ślubu. Tamtej dziewczyny ze mną, dla ścisłości.
- Osz w mordę… - wymknęło się Rinelle.
- No właśnie. Moja reakcja była mniej cenzuralna, nawiasem mówiąc. Krótko dałem zebranym do zrozumienia, co myślę o całym tym pomyśle – zrobiłem przerwę. Po prostu nie mogłem się powstrzymać, widząc pełną napięcia minę dziewczyny.
- I? – szatynka niecierpliwie czekała na ciąg dalszy historii z szeroko otwartymi oczami w kolorze oceanu… Zaraz, co? O czym ja myślę?
- I zrobiłem coś, co powinienem był zrobić już dawno – rozłożyłem ręce – Poszedłem do swojego pokoju, spakowałem się i najzwyczajniej w świecie wyszedłem z domu. Wyprowadziłem się w trybie przyśpieszonym. To był ostatni raz, kiedy widziałem swoich rodziców. Potem wynająłem mieszkanie, wprowadziłaś się ty, a chwilę później już ich nie było.
- Nie myśl tak – powiedziała Rinelle – Nadal żyją. Musisz w to wierzyć.
- Nic nie muszę – odparłem szorstko – A już na pewno nie będę żywić płonnej nadziei, której przeczy rozum.
- A nie możesz chociaż na chwilę przestać myśleć?
- Nie – uciąłem. Ona tylko pokręciła głową.
- Spójrz na siebie – jej głos był miękki – Jesteś totalnie wyprany. I do tego jeszcze codziennie te ciemne ciuchy. Wyglądasz, jakby ci ktoś u… - zatkała usta dłonią, ponieważ uświadomiła sobie, że właśnie coś palnęła.
- Cóż, mam tak całe życie – odparłem, nie czując się dotknięty – A dokładnie od… - spojrzałem na zegarek – Tak, już oficjalnie od dwudziestu dwóch lat.
- Czekaj, co? To ty… masz dzisiaj urodziny?!
- Na to wygląda.
- To czemu nic nie mówiłeś?
- Przecież nie pytałaś, prawda?
- Ale… ale… - Rinelle zmarszczyła brwi, co w jej wydaniu było raczej przeciwieństwem groźnej miny – Okej. Wiesz co? Mam propozycję. No, może nie do końca normalną, ale…
- Powiedz najpierw, co to za propozycja.
- Jeden dzień.
- Jeden dzień czego?
- Jeden dzień spokoju. A raczej ta reszta, co z niego została.
- Rozwiń.
- Przez kilka najbliższych godzin nie będziemy myśleć o naszych problemach. Żadnych. Skupimy się na czymkolwiek innym.
- Faktycznie, normalny człowiek by na to nie przystał – stwierdziłem – Jak to dobrze, że ja nie jestem normalny.
- A ja? – spytała dziewczyna znienacka – Uważasz mnie za normalną?
Zupełnie, absolutnie nie. Czasem po prostu mnie rozbrajasz, a zwyczajni ludzie tego nie potrafią.
Te słowa przemknęły mi przez myśl w ułamku sekundy, zanim zdążyłem je zablokować. Język na szczęście pohamowałem.
- Chodźmy stąd, zaczyna wiać i robi się zimniej – rzuciłem wymijająco. Chciałem zejść z mostka, jednak zanim mi się to udało, poślizgnąłem się i straciłem równowagę. Upadając próbowałem się czegoś złapać. Pech chciał, że zamiast chwycić się poręczy, zacisnąłem dłoń na nadgarstku Rinelle, tym samym pociągając ją za sobą w dół. Wylądowaliśmy z łoskotem na deskach, ona z moim ramieniem w gardle, a ja z jej kolanem w udzie.
- Cholera – wykrztusiła dziewczyna pomiędzy jednym kaszlnięciem a drugim.
- Lepiej bym tego nie ujął – rozcierałem sobie bolące miejsca. Kątem oka dostrzegłem jakąś starszą kobietę siedzącą na ławce nieopodal i obrzucającą nas spojrzeniem zarezerwowanym dla zatwardziałych grzeszników (racja, no bo przecież młodzi ludzie płci przeciwnej nie powinni nawet myśleć o zbliżeniu się do siebie choćby na metr, prawda?). Nie mogłem sobie wyobrazić odpowiedniejszej osoby do zignorowania.
- Wybacz – wstałem i pomogłem w tym Rinelle – Jest trochę ślisko i przypadkowo straciłem równowagę.
Głos w mojej głowie pogratulował mi stwierdzania takich oczywistości.
- Nie ma sprawy – odparła szatynka – Chociaż będę musiała przyzwyczaić się do tego, że tchawicę mam teraz na stałe przytwierdzoną do tylnej części gardła.
Kąciki moich ust wygięły się lekko ku górze, na co dziewczyna zareagowała promiennym uśmiechem, od którego z niewiadomych przyczyn zrobiło mi się ciężej na sercu.
Nagle rozległ się dźwięk przychodzącego esemesa.
- To nie mój – zastrzegłem.
- Mój – powiedziała Rinelle – Mama pisze że Carlisle’owi odwołali dzisiaj część lekcji i prosi, żebym go wcześniej odebrała. A przy okazji zrobiła małe zakupy.
- To co najpierw? – zapytałem.
- Hm… - zamyśliła się dziewczyna – Może najpierw sklep, a potem szkoła. Jakoś nie uśmiecha mi się robienie zakupów z małym workiem ADHD przy boku.
W duchu poczułem ulgę.
- Zatem prowadź.
- Nie za wygodnie ci? – zaśmiała się Rinelle – Cały dzień to ja cię gdzieś prowadzę.
Ruszyła do przodu energicznym krokiem, nie czekając na mnie. Całkiem zgrabnie poruszała przy tym biodrami. Mimochodem pomyślałem, że to do niej bardzo pasuje.
Idiota – mój wewnętrzny głos znowu przywołał mnie do porządku. Zostaw ją wreszcie i zajmij się czymś, czym powinieneś. I w ogóle po cholerę tu przyjechałeś?
Przyznałem mu całkowitą rację. Podążyłem szybko za Rinelle, a w mojej głowie rozbrzmiewało coraz częściej powtarzane pytanie: co ja najlepszego wyprawiam?

środa, 4 kwietnia 2018

Rozdział 24


Idąc z dworca do domu (mieszkałam niedaleko) muszę stanowić zabawny kontrast dla Raphaela. Uśmiecham się jak wariatka i prawie skaczę przy każdym kroku, podczas gdy on ma swój zwykły, poważny wyraz twarzy i porusza się spokojnie, lekko się przy tym kołysząc na boki.
- Uważaj, bo zaraz eksplodujesz z tej radości – rzuca chłopak w pewnym momencie.
- Oj, daj spokój – wywracam oczami – Też byś się cieszył, gdyby… - urywam nagle, ponieważ dociera do mnie, że nie powinnam poruszać tematu jego rodziców. Raphael na szczęście nie reaguje na moje ostatnie zdanie.
Kilka minut później docieramy do bliźniaka, w którym mieszkają moja mama i brat. Drżącymi z emocji palcami przyciskam guzik domofonu przy bramce. Po chwili z drugiej strony ktoś podnosi słuchawkę, a z głośników dobiega ogłuszający pisk radości. Oho, myślę, Carlisle. Mój braciszek jednak nie wpuszcza nas do klatki, tylko odbiega od słuchawki nie odwieszając jej. Dzięki temu przez jakieś trzydzieści sekund mogliśmy jego umiejętności wokalne polegające na darciu się „Rinelle, mamo, Rinelle! Aaaaa!”.
- Płuca to on ma – mruczy stojący obok mnie Raphael.
- Jesteś pewny, że nadal chcesz przekroczyć próg tego wariatkowa? – śmieję się.
- Przecież obiecałem – odpowiada brunet z kamienną twarzą.
W tym momencie słyszymy brzęczyk oznajmiający otwarcie furtki. Przechodzimy przez nią, potem jeszcze przez drzwi wejściowe do budynku. Żeby dojść do tych właściwych, prowadzących do mieszkania, musimy jeszcze wspiąć się po kilku schodkach.
W progu już czeka mój brat.
- Carlisle! - przytulam go mocno i głaszczę po jasnych włoskach - Jak ty urosłeś! - łzy stają mi w oczach, tak bardzo się za nim stęskniłam.
Wchodzimy we dwójkę do mieszkania, a ja od razu zaczynam rozglądać się za mamą.
- Kochanie! - rozlega się za mną. Odwracam się i wpadam prosto w tak dobrze znane mi ramiona.
- O, mamuś, nawet nie wiesz, jak mi was brakowało - mruczę wtulając się w jej miękkie włosy.
- No, pokaż się - po chwili mama odsuwa mnie na długość ramion i lustruje od stóp do głów.
- Coraz bardziej przypominam ciebie - śmieję się. I mam rację. Jestem jakby jej młodszą wersją. Te same kasztanowe włosy, zielono-niebieskie oczy, a nawet podobne usta. Większe różnice wynikają z wieku, to znaczy, na twarzy mamy widoczne są już drobne zmarszczki. Także jej figura jest krąglejsza od mojej, a w talii jestem trochę szczuplejsza.
- Musisz mi wszystko opowiedzieć - mówi mama - Ale zaraz, czy przypadkiem nie miał przyjechać z tobą twój... kolega? - ostatnie słowo wymawia conajmniej dziwnie, ale postanawiam to zignorować.
- Ach, prawda! - klepię się w czoło i spoglądam w stronę otwartych drzwi, w których jednak nie zastaję Raphaela - Poczekaj, zaraz wrócę.
Wychodzę na klatkę schodową, żeby poszukać mojego towarzysza, ale on mnie w tym wyręcza.
- Już? - słyszę jego głos dobiegający gdzieś za moimi plecami.
Odwracam się i w tym samym momencie zauważam chłopaka opierającego się plecami o wnękę, tuż za drzwiami
- Tak, już - odpowiadam nieco zdziwiona i pytam:
- Dlaczego nie wszedłeś od razu, tylko tu czekasz?
- Ja i rodzinne spotkania? - brunet unosi jedną brew - Nie wydaje mi się, żeby to było dobre połączenie. Poza tym to twój dom, ja jestem tu obcy, więc wydało mi się właściwe, abym poczekał, aż skończysz się witać.
- A od kiedy ty się przejmujesz tym, co jest właściwe, a co nie? - parskam z rozbawieniem i chwytam Raphaela za rękaw - No chodź już.
Ledwo przekraczamy próg, Carlisle dostaje kolejnego ataku radości. Wydaje z siebie jeden dziki okrzyk „Rafa!”, a potem drugi, już nieartykułowany. Następnie podbiega do nas i tak mocno obejmuje Raphaela, że chłopak aż stęka. Spogląda w dół na mojego brata, który sięga mu mniej więcej do żeber i na ułamek sekundy na twarzy bruneta odmalowuje się przerażenie. Zaraz jednak opanowuje się i delikatnie, prawie nie dotykając przy tym włosów dziesięciolatka, klepie go po głowie i mówi:
- Też się cieszę, że cię widzę.
- Carlisle! - woła karcąco mama wchodząc do przedpokoju - Jak ty się zachowujesz? Natychmiast puść gościa.
- Ale mamusiu... - chłopiec tuli się mocniej do nogi Raphaela.
- W porządku, proszę pani - odzywa się spokojnie brunet i z godnością podchodzi do mamy. Dodam tylko, że nadal ma mojego brata oplecionego wokół lewego uda - Miło mi poznać, nazywam się Raphael Cortez - chłopak delikatnie ujmuje dłoń mamy i składa na jej wierzchu krótki pocałunek.
- Lily Morgan - odpowiada ona i uśmiecha w ten swój ciepły, uroczy sposób - Ja również się cieszę, że pana poznałam.
- Proszę mi mówić po imieniu.
Moja rodzicielka uśmiecha się jeszcze szerzej. Nie było wątpliwości, Raphael wyraźnie przypadł jej do gustu. Pogratulowałam mu w myślach tego pomysłu z pocałowaniem ręki. Dziesięć punktów dla Griffindoru.
W tym momencie Carlisle nagle odkleja się od bruneta i zwraca do mnie:
- Rin, Rin! Zrobiłem dla ciebie laurkę! Chodź ją zobaczyć, no chodź.
- Przynieś rysunek do stołu - mówi mama, a następne słowa kieruje do mnie i Raphaela - Na pewno jesteście głodni.
Wspominałam już, że ma manię karmienia ludzi? Ja na to mówię „syndrom matki karmiącej”.
Wchodzimy do kuchnio-jadalni (nie znam fachowego określenia), a tam naszym oczom ukazuje się stół zastawiony jedzeniem, rzekomo dla czterech osób.
- Ale przecież tym można wyżywić pół armii! - patrzę ze zdumieniem na górę jedzenia, która mogłaby spokojnie uchodzić za obiad weselny.
- O, słonko, przecież ktoś was musi dokarmiać. Od czego jest matka, prawda? - śmieje się moja rodzicielka i naturalnym dla siebie opiekuńczym gestem przesuwa dłonią zarówno po moim, jak i Raphaela ramieniu. Zerkam ukosem na chłopak, aby sprawdzić, jak na to zareaguje, ale on pozostaje niewzruszony.
Wtedy wchodzi Carlisle z obiecaną laurką.
- Naprawdę sam ją narysowałeś? - jestem wzruszona na widok swojego portretu nakreślonego dziecięcą ręką - Jest prześliczny, Car, dziękuję - cmokam brata w główkę.
Zaraz potem siadamy do stołu. Oprócz jedzenia prowadzimy także tradycyjną towarzyską pogawędkę. Co u nas, jak nam się mieszka we dwójkę, jak sobie radzę w pracy i takie tam. Mama na szczęście nie pyta ani o moje plany naukowe, ani o studia Raphaela, ponieważ pierwszy temat jest jeszcze w powijakach, a co do drugiego, to nie wiem, czy chłopak miałby ochotę o tym mówić.
Gdy już myśle, że wszystko pójdzie gładko, mama nagle pyta:
- Raphaelu, Cortez to hiszpańskie nazwisko, prawda? Masz jakichś krewnych w Hiszpanii?
Zamieram z widelcem w powietrzu. Nie wątpię, że pytanie zostało zadane z czystej ciekawości i chęci podtrzymania rozmowy, jednak niedobrze, że padło. Zerkam z niepokojem na bruneta. Wyglada na zupełnie spokojnego, ale i tak obawiam się jego reakcji na wzmiankę o rodzinie. Na szczęście zachowuje zimną krew.
- Tak, mój ojciec stamtąd pochodzi. Mieszkałem w Hiszpanii jako dziecko - głos ma zupełnie neutralny.
- Ale twoja mama chyba nie jest Hiszpanką? - ciągnie moja niczego nieświadoma rodzicielka. Naprawdę mam teraz ochotę wskoczyć na stół i zakryć jej usta ręką.
- Nie, ona urodziła się tutaj. Między innymi dlatego się przeprowadziliśmy. Chciała być blisko siostry.
- Doskonale ją rozumiem - mama od zawsze była bardzo rodzinna - A ty? Masz rodzeństwo?
- Starszego brata, Leonarda.
- To właśnie on zatrudnił mnie w księgarni - wtrącam, ponieważ ta rozmowa coraz bardziej zaczyna przypominać przesłuchanie.
Mama otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale w tym momencie mój brat, który nie może usiedzieć spokojnie z nadmiaru emocji, wypala:
- Umiesz rysować?
Dopiero po sekundzie dociera do nas, że to pytanie było skierowane do Raphaela.
- Tak sądzę - odpowiada brunet z lekko zmarszczonymi brwiami.
- A co?
- Głównie budynki.
- Ale nudy...
- Carlisle! - karci go mama.
- Kiedy to prawda! - broni się chłopiec.
- Czasami - kąciki ust Raphaela unoszą się w lekkim uśmiechu, a iskierki w jego oczach świadczą o tym, że wpadł na jakiś pomysł - Jednak kiedy użyjesz wyobraźni, a także kolorowych pisaków, rysowanie domów staje się całkiem ciekawe.
- Pokaż! - małemu aż pojawiają się wypieki na policzkach. Chwyta starszego chłopaka za rękaw i ciągnie go do swojego pokoju. Zanim jednak brunet znika za drzwiami do sypialni Cara, ledwie dostrzegalnej puszcza do mnie oko. I wtedy dociera do mnie powód jego... nienaturalnie miłego zachowania. Chce umożliwić nam, to znaczy, mamie i mnie, spokojną rozmowę.
- Ja tam po niego idę - mówi mama, zdenerwowana na syna - Kto to widział, żeby tak traktować gościa...
- Poczekaj - przerywam jej - Naprawdę nie trzeba.
- Ale...
- Uwierz mi, na tyle znam Raphaela, aby wiedzieć, że nie zrobiłby niczego wbrew własnej woli.
Rodzicielka posyła mi nieodgadnione spojrzenie, jednak zostaje na miejscu. Milczy jeszcze przez sekundę, a potem odzywa się nieco ściszonym głosem:
- No dobrze, to teraz możesz mi powiedzieć, dlaczego on tu jest.
- Słucham? - gwałtownie mrugam oczami.
- Oj, nie udawaj, Rinelle - mama ciężko wzdycha - Za dobrze cię znam, żeby uwierzyć w to, że ten chłopak przyjechał tu „pozwiedzać”. Poza tym mam oczy. Po waszym zachowaniu i sposobie, w jaki na niego patrzysz, widać, że nie jesteście dla siebie tylko współlokatorami.
- Mamo...
- Co „mamo”? Rin, proszę cię, myślisz, że ja nigdy nie miałam dwudziestu lat i nie byłam zakochana?
- Ja nie jestem zakochana w Raphaelu - mówię z naciskiem.
- Dobrze, dobrze, zrozumiałam - moja rozmówczyni unosi ręce w obronnym geście - Wścibska ze mnie matka, wiem. Już się zamykam - kiedy mam jej podziękować za tę mądrą decyzję, niespodziewanie dodaje:
- A czy wy ze sobą, no wiesz...
- Mamo, błagam! - nie kryję przerażenia - Nie, Boże, nie!
- W porządku, chciałam tylko powiedzieć, że możesz ze mną porozmawiać na takie tematy...
- Tak, już wiem, dziękuję - przerywam jej.
- I...
- Możemy, proszę, skończyć już ten temat? - dawno nie czułam się tak nieswojo.
Oczywiście, że chciałabym opowiedzieć mamie o swoich uczuciach. Była dobra w słuchaniu, jeszcze lepsza niż Luna. Problem w tym, że ja sama do końca nie wiem, co czuję. To strasznie dziwne. Z jednej strony coraz bardziej ciągnie mnie do Raphaela. Lubię spędzać z nim czas, jego obecność sprawia mi przyjemność, chociaż czasem trudno się z nim rozmawia. Boli mnie, gdy widzę, że cierpi i chcę mu pomóc mimo, że nie wiem jak. Z drugiej strony jednak... Bardzo często odnoszę wrażenie, że nigdy nie będę dla niego kimś... specjalnym. Tak więc na razie wolę siedzieć cicho i nawet nie zawracać sobie tym głowy, na tyle, na ile było to możliwe. Poczekamy - zobaczymy.
- Carlisle bardzo za tobą tęsknił, wiesz? - mama posłuchała mojej prośby.
- Ja za nim też - uśmiecham się, spoglądając w stronę pokoju brata - Obojga was mi brakowało.
- O, Rinelle - mama przytula mnie czule.
Trwamy tak przez chwilę w uścisku. Właśnie tego potrzebowałam. Przytulenia. I mam wrażenie, że ona też.
- Mamuś? - zadaję pytanie z policzkiem w jej włosach - Dlaczego rozstajesz się z Jamesem?
Ona odsuwa mnie od siebie delikatnie i patrzy miękko.
- Tłumaczyłam ci już - mówi cierpliwie - Ja... To znaczy, nie ma jednego konkretnego powodu. Myślę, że po prostu nigdy go tak naprawdę nie kochałam. Po śmierci waszego taty byłam samotna. Chciałam też mieć kogoś, kto mógłby wam zastąpić ojca. Tan bardzo starałam się wypełnić tę pustkę, że nie zwracałam uwagi na to, co naprawdę czuję. To był błąd - wzdycha ciężko i uśmiecha się z przymusem.
- Rozumiem - odpowiadam z powagą.
- Wiem, kotku, wiem - mama głaszcze mnie po policzku - Boję się tylko, jak to wpłynie na was.
- Jeśli o mnie chodzi, to nie masz się o co martwić - mówię szczerze - James był w porządku, przyzwyczaiłam się nawet do niego przez te trzy lata, jednak... Cóż, jego odejście wiele w moim życiu nie zmieni. Naprawdę.
Mama patrzy na mnie badawczo, jak gdyby chciała się upewnić, że moje słowa są prawdziwe.
- A jak to znosi Car? - wykorzystuję chwilę ciszy, aby zadać pytanie.
- Jeszcze mu nie powiedziałam.
- Co? Ale dlaczego? Nie pyta?
- Czasami.
- To ja już nic nie wiem.
- Postanowiliśmy mu na razie nie mówić. Dopóki... wszystko nie będzie ostatecznie rozwiązane.
- Może i tak. Po co miałby się wcześniej denerwować? - przyznaję jej rację.
Moja rozmówczyni kręci w tym momencie głową, jakby chciała odpędzić od siebie przykre myśli.
- Porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym.
- Na przykład?
- Jak sobie radzisz sama w wielkim mieście?
- Nie jestem sama - protestuję.
- Masz na myśli Raphaela?
- Owszem - odpowiadam po krótkim namyśle - Jest dość... specyficzny, pewnie ze względu na trudne relacje rodzinne, ale to dobry człowiek. Lubię go.
Jest moim przyjacielem, chcę dodać, ale z jakiegoś powodu tego nie robię. Może dlatego, że w innym wypadku musiałabym opowiedzieć mamie o porwaniu rodziców Raphaela i wszystkich wydarzeniach z tym związanych. A wtedy na pewno dostałabym szlaban aż do czterdziestki. Nie wspominając już o tym, jak zareagowała by mama...
- Widać, że dobrze się ze sobą czujecie - mówi - Inaczej by z tobą nie przyjeżdżał.
- A jak to jest, że każde twoje pytanie sprowadza się do moich relacji z tym chłopakiem, co? - już czuję, co się święci.
- Jestem twoją matką - moja rozmówczyni wzrusza ramionami - Zawsze będę ciekawa twojego życia, a szczególnie tych najważniejszych spraw, o których możesz jeszcze na razie myśleć, że nie są najważniejsze.
Doskonale wiem, co sugeruje, ale wolę udawać blondynkę.
- Jasne - ucinam temat - A jakie masz plany na jutro?
- Stare nudy - odpowiada mama - Przyjechałaś tak szybko, że nie zdążyłam wziąć urlopu. Tak więc ja rano idę do pracy, a Carlisle do szkoły.
- O, to może go zaprowadzę i odbiorę? Co ty na to? - ożywiam się - Chciałabym spędzić z nim jak najwiecej czasu.
- Dobrze, dobrze - śmieje się mama - Tylko nie przytłocz go za bardzo tą nadwyżką siostrzanych uczuć.
- Oj tam, oj tam - macham ręką.
Uśmiecham się szeroko. Strasznie się cieszę na myśl, że spędzę trochę czasu z moim małym braciszkiem. Może nie cały dzień, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Pozostaje jeszcze tylko te kilka godzin, które... no tak, które spędzę z Raphaelem. Jak tak się dobrze zastanowić, to jeszcze nigdy nie byliśmy tyle czasu sami ze sobą, jeśli nie liczyć snu. Przyznaję bez bicia, że perspektywa wspólnie spędzonych chwil sprawia, że robi mi się ciepło na sercu. Psiakrew, czym on sobie na to zasłużył?
- A wasza dwójka? Jakie macie plany? - głos mamy wyrywa mnie z zamyślenia.
- Cóż... - zastanawiam się - Raphael przyjechał tu między innymi po to, aby pozwiedzać - tak, nadal trzymam się tej wersji, jak iść w zaparte to do końca - więc pewnie zabiorę go w kilka ciekawych miejsc.
- Naturalnie - ton mojej rozmówczyni ma nie tylko drugie, ale na pewno jeszcze trzecie i czwarte dno.
Już mam jej odpowiedzieć zrezygnowanym westchnieniem, kiedy nagle do pokoju wchodzi Raphael ze skonsternowaną miną.
- Chyba coś zepsułem - oznajmia.
Marszczę brwi i wraz z mamą zaniepokojone idziemy do pokoju Carlisle’a. Na szczęście nasze obawy rozwiewają się w momencie przekroczenia progu. Moim oczom ukazuje się uroczy obrazek. Car siedzi przy stole pokrytym rozsypanymi kredkami i pisakami. Ułożył się na blacie z ręką pod policzkiem i tak zasnął.
- Ooo... - rozczulam się.
- Nie taki był plan - mówi Raphael zakłopotany - Wcale nie zamierzałem go uśpić. Choć przyznaję, mogłem wybrać inny temat do rozmowy niż historia architektury.
- Rozmawiałeś w nocy z dziesięciolatkiem o starych budynkach? - parskam cichym śmiechem.
- Ogólnie rzecz biorąc tak. Przy starożytnej Grecji i Rzymie wydawał się nawet zaciekawiony, ale chyba Bizancjum okazało się dla niego już zbyt dużym wyzwaniem.
Opanowuję niewielki atak chichotu i mówię do chłopaka:
- W takim razie przenosisz go teraz do łóżka. Hej, nie patrz tak na mnie! Ty go zanudziłeś, ty go dźwigasz.
Brunet posyła mi pełne obawy spojrzenie, jednak po chwili wahania podchodzi do Carlisle’a i bierze go niezdarnie na ręce. Ja odsuwam kołdrę na łóżku brata, aby Raphael mógł go łatwiej położyć. Akurat w tym momencie chłopiec się przebudza i wyrzuca ramiona do góry, aby nas objąć. W rezultacie oboje z Raphaelem zderzamy się głowami i zostajemy przyciągnięci do małego.
- Jesteście super - mamrocze Car- Będziecie dzisiaj spać ze mną? - prosi.
- Obawiam się, że byłoby nam trochę ciasno we trójkę - mówię.
- No to chociaż ty. Albo Rafa - nie ustaje chłopiec.
Obracam się w jego objęciach na tyle, aby móc posłać pytające spojrzenie mamie stojącej w drzwiach.
- A śpijcie sobie jak chcecie - unosi ręce w geście poddania - Już nie mam siły tłumaczyć ci zasad dobrego zachowania przy gościach, synku.
- Ale Rinelle nie jest gościem - protestuje mój brat - Rinelle to... Rinelle.
- Dzięki - prycham. On jeszcze zdobywa się na pokazanie mi języka.
- W takim razie śpię z nim - mocniej przyciska do siebie Raphaela i ponownie odpływa do krainy Morfeusza.
Kiedy w końcu stajemy wyprostowani zwracam się do bruneta:
- Pójdę ci po dmuchany materac.
- Wspaniałe - z jego miny nie potrafię wywnioskować czy kpi, czy mówi poważnie.
Faktycznie jest już późno, dlatego wszyscy przygotowujemy się już do spania. Raphael uparł się, że sam sobie nadmucha materac (spokojnie, ma pompkę), więc ja tylko przynoszę mu pościel, a potem idę do swojego pokoju.
Chociaż nie było mnie tu już trochę czasu, to prawie nic się nie zmieniło. Białe ściany i meble pozostały białe, a kolorowe plakaty na ścianach kolorowe. Tyko szafa świeci pustkami, ale po włożeniu kilku ubrań z plecaka przestaje straszyć.
Szybko przebieram się w piżamę i wysuwam pod kołdrę. Już po minucie ogarnia mnie przyjemne uczucie ciepła. Jednak mimo tego sen nie przychodzi. Przez głowę przepływają mi najróżniejsze myśli. O mamie, dla której chcę być wsparciem w tym, bądź co bądź, trudnym okresie. O Carlisle’u, jak zareaguje, kiedy się dowie, że James wyprowadził się na stałe. To wszystko mnie martwi. Ale chyba jeszcze gorzej prezentuje się sytuacja Raphaela. Niczego po sobie nie pokazuje, ale jestem prawie pewna, że wewnątrz aż szaleje z powodu targających nim uczuć. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak bardzo boi się o rodziców, mimo, że zawsze wyraża się o nich w sposób dość chłodny. Z całego serca pragnę mu pomoc, chociaż do pasji doprowadza mnie fakt, że nie wiem jak.
W tym momencie przed oczami staje mi kilka wspomnień. Raphael broniący mnie przed włamywaczami, wspólne spanie, chwila, w której dowiedziałam się prawdy o jego rodzicach, późniejsze załamanie chłopaka. Wtedy naprawdę mnie przestraszył.
Gdzieś na pograniczu snu i jawy przypominam sobie ostatnie wydarzenia - kino z Julienem, restauracja, rozmowa z Raphaelem, Leo...
Kilka sekund później już zasypiam.

***

Otwieram gwałtownie oczy. Nie mam pojęcia co mnie obudziło, ani ile spałam. Chyba niewiele, ponieważ na zewnątrz jest jeszcze zupełnie ciemno, a zegar pokazuje jakąś wczesną, jednocyfrową godzinę, chociaż jestem zbyt zaspana, żeby móc ją odczytać.
Wtedy słyszę jakiś dźwięk dobiegający z pokoju, w którym śpią Carlisle i Raphael. Chyba... jakieś mruczenie albo coś w tym stylu. Głos raczej jednak nie należy do małego chłopca.
Powodowana nie tyle niepokojem, co ciekawością, wychodzę z łóżka i idę do sypialni brata. Już pod drzwiami słyszę szelest pościeli i ponownie ciche, monotonne mruczenie.
Po wejściu do środka zastaję Raphaela leżącego na łóżku Carlisle’a, który wierci się przed sen. Małemu musi śnić się jakiś koszmar, ponieważ co i rusz wydaje z siebie ciche, nerwowe stęknięcia. Brunet najwyraźniej stara się go uspokoić, próbując delikatnie przytrzymać chłopca i mówiąc do niego kojącym tonem. Nawet daje radę, jednak nie zamierzam stać bezczynnie.
- Hej - szepczę, żeby Raphael wiedział, że tu jestem - Teraz ja spróbuję.
Chłopak w milczeniu przesuwa się trochę, aby zrobić mi miejsce. Carlisle leży od strony ściany, więc żeby się do niego dostać, muszę najpierw pochylić się nad Raphaelem. Kiedy sobie to uświadamiam, temperatura mojego ciała jakby wzrasta, ale staram się zignorować to głupie uczucie.
Ponownie skupiam się na bracie. Lekko głaszczę jego miękkie włosy i daję mu całusa w czoło, przez co muszę pochylić się jeszcze głębiej i przez co stykam się jeszcze większą powierzchnią ciała z brunetem. Bynajmniej nie robi mi się od tego chłodniej.
Udało się. Carlisle znowu śpi spokojnie. Dopiero teraz zauważam, że cały czas kurczowo ściskał dłoń Raphaela. Teraz po prostu przywarł do jego prawego boku. Chłopak kilkakrotnie próbuje odczepić od siebie dziesięciolatka, jednak nie obyłoby się bez użycia siły, czego raczej żadne z nas nie chce. W końcu brunet daje za wygraną i leżąc na plecach wkłada sobie wolną rękę pod głowę.
Widok tych dwóch z jakiegoś powodu tak mnie rozczula, że zanim zdążę pomyśleć, pytam:
- Mogę się obok was położyć?
W półmroku nie udaje mi się dostrzec wyrazu twarzy Raphaela, jednak on po chwili przesuwa się jeszcze trochę, abym się zmieściła. Łóżka starcza akurat na tyle, żebym położyła się na boku, przednią częścią ciała stykając się z Raphaelem. Jego lewe ramie znajduje się teraz za moją głową, dzięki czemu mogę się wygodnie oprzeć.
- Carlisle się obudził? - pytam szeptem, ponieważ odechciało mi się spać, a nie chcę leżeć w milczeniu.
- Nie, nie spałem - w końcu słyszę głos chłopaka - Tak sobie leżałem i... myślałem.
- Rodzice?
- Mniej więcej.
- To znaczy?
Odpowiada mi milczenie.
- Nie chcesz o tym mówić, co? - domyślam się.
- Nie bardzo.
- Ale powiesz?
- A słyszałaś moją poprzednią odpowiedź?
- Aha. No to powiesz?
- Jesteś strasznie uparta - Raphael ciężko wzdycha - I wścibska. Nikt cię nie uczył, że to niegrzeczne?
- Uczył. Ale teraz śpi w drugim pokoju. Jeśli chciałbyś, aby ta osoba przywołała mnie do porządku, musiałbyś najpierw odkleić się od jej syna, obudzić ją i pewnie też wytłumaczyć, czemu leżymy w jednym łóżku.
- Kusząca propozycja. Chyba zaryzykuję.
- Ej! - uderzam go lekko wierzchem dłoni w klatkę piersiową, jednak szybko poważnieję - To jak w końcu, powiesz mi, co cię gryzie?
- Wygrałaś - brunet przymyka oczy (a przynajmniej tak mi się wydaje, bo jest dość ciemno) - Jak już wcześniej ustaliliśmy, chodzi o moich rodziców.
Robi chwilę przerwy, zapewne czekając na jakieś moje pytanie, ale ja nie chcę mu przeszkadzać.
- Sytuacja staje się coraz bardziej beznadziejna - kontynuuje - Dosłownie. Przestaję wierzyć w to, że ich znajdziemy. Jeśli porywacze czegoś by od nas chcieli, już dawno by nam to zakomunikowali. A jeśli ich celem było uciszenie tych dwojga, to prawie na pewno już to zrobili i ukryli ciała tak dobrze, że w życiu nikt ich nie znajdzie.
- Nawet tak nie myśl! - protestuję.
- Przecież to czysta logika - odpowiada Raphael cynicznie - Co prawda motywy niejasne, jednak gdyby mieli ich puścić, toby już puścili. W jakimkolwiek znaczeniu tego słowa. Aha, jeszcze jedno. To mnie nie gryzie. Tylko o tym myślę.
- Co ty za pierdoły opowiadasz? - bulwersuję się, nadal szeptem, ale jednak bulwersuję - Przecież to twoi rodzice, ty... ty musisz się... martwić? To chyba zbyt delikatne słowo!
- Rinelle, ktoś kiedyś powiedział bardzo mądre słowa: „Jeśli twój problem ma rozwiązanie, to dlaczego się martwisz? A jeśli nie ma rozwiązania, to dlaczego się martwisz?”.
- Takie filozoficzne bzdury możesz wciskać każdemu, ale nie mnie, Cortez.
Oczekuję od niego jakiejś ciętej riposty, ale ona nie pada. Chłopak widocznie się nad czymś zastanawia. Po chwili odzywa się:
- Już drugi raz to zrobiłaś.
- Ale co? - nie rozumiem.
- Zwróciłaś się do mnie po nazwisku. Ostatnim razem zrobiłaś to w pociągu, kiedy byłaś na mnie zdenerwowana.
- Bo już nie mogę słuchać tych twoich bzdur.
- Zależy od punktu widzenia.
- Nieprawda - burczę - I dobrze o tym wiesz.
Raphael nabiera powietrza, aby coś powiedzieć, ale wtedy rozlega się plask! i brunet stęka, gwałtownie wypuszczając powietrze z płuc.
- Właśnie dostałem od twojego brata w brzuch – skarży się – Czy on zawsze tak robi?
- Tylko jeśli ktoś naprawdę głupio gada. Wtedy stężenie bzdur robi się tak wysokie, że dociera to do niego nawet przez sen i reaguje w taki właśnie sposób.
Jestem przygotowana na jakąś kąśliwą uwagę chłopaka, dotyczącą poziomu mojego dowcipu, ale on znowu zaskakuje mnie swoim milczeniem. Po chwili jednak obraca się tak, aby móc mi spojrzeć w oczy. Ruch ten powoduje, że nasze twarze znajdują się teraz bardzo blisko, a ja stykam się dłońmi z klatką piersiową Raphaela, co z kolei sprawia, że anomalie wewnątrz mojego ciała przybierają na sile. Czy on naprawdę musi tak na mnie działać?
- Słuchaj, nie ma sensu, żebyśmy się o to spierali – jego oddech łaskocze mnie w brodę – Nie mogę przyznać ci racji, a ty nigdy nie zgodzisz się ze mną. Rozumiem to, różnimy się, jednak proszę, abyśmy ograniczyli do minimum rozmowy o moich reakcjach emocjonalnych, a najlepiej w ogóle ich zaniechali, choć wątpię, czy to możliwe w twoim przypadku. W porządku?
Z tobą na pewno nie jest, myślę, ale na głos mówię:
- Jak chcesz.
- A chcę – odpowiada brunet, wracając do swojej poprzedniej pozycji.
Po raz kolejny zapada cisza przerywana oddechami chłopaków i przyspieszonym biciem mojego serca (mam nadzieję, że nikt oprócz mnie nie słyszy tego ostatniego). Nagle ogarnia mnie senność. Próbuję walczyć z opadającymi powiekami, jednak ciepło bijące od Raphaela oraz późna pora sprawiają, że ostatecznie przegrywam.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze – mówię jeszcze sennie i delikatnie poklepuję chłopaka na pocieszenie. Sekundę później już zasypiam z ręką na jego klatce piersiowej.

wtorek, 27 marca 2018

Rozdział 23


Co ja sobie myślałem?! Nie no, poważnie, o czym do jasnej cholery myślałem zgadzając się na ten wyjazd? Co mi do tego durnego łba strzeliło? Po co ja w ogóle tam jadę? Jestem tylko Rinelle… właściwie to nie do końca wiem, kim dla niej jestem, ale skoro poprosiła mnie, żebym jej towarzyszył, to na pewni kimś bliskim. Joder, to wszystko miało iść w odwrotną stronę, ale nie, oczywiście, że nie! Teraz jadę z nią do jej miasta, poznam jej rodzinę. Świetne rozluźnianie znajomości, Raphaelu, nie ma co!
Ta część mojego mózgu, która jeszcze myślała, podpowiadała mi, żebym to wszystko odwołał i nigdzie nie jechał. Jednak do głosu musiał dojść płat czołowy mówiący mi, że nie mogę jej tego zrobić. I naprawdę nie mogłem. Dlaczego? Po dłuższych zmaganiach z niewygodną prawdą doszedłem do wniosku, że zwyczajnie nie chciałem sprawiać Rinelle przykrości. Ohydne sentymenty. Kiedyś by mi to nie przeszkadzało.
teraz jednak nie miałem czasu na konflikt wewnętrzny, ponieważ kupowaliśmy właśnie bilety na pociąg. Kasjerka była średnio rozgarnięta, mówiąc oględnie, a mżawka już ewoluowała w konkretny deszcz, który przez silny wiatr okropnie zacinał nam w plecy. Słowem, moment nie należał do przyjemnych. Pożałowałem, że nie wziąłem innej kurtki, tylko tą skórzaną z krótkim kołnierzem. Rinelle zdecydowanie lepiej się przygotowała. Miała na sobie czarny, przewiązywany w pasie trench, który sięgał jej do połowy ud. Płaszcz oczywiście posiadał kaptur, dzięki czemu włosy dziewczyny pozostawały w miarę suche, w przeciwieństwie do moich.
W końcu udało nam się dogadać z kobietą sprzedającą bilety i skierowaliśmy się do podziemnego przejścia prowadzącego na peron. Tam deszcz nie mógł już wtargnąć, więc chociaż przez chwilę mieliśmy spokój. Rinelle zrzuciła kaptur. Zobaczyłem wtedy, że miała zaróżowione policzki i włosy w nieładzie. Jej oczy błyszczały, zapewne z powodu emocji, porannych łez i wiatru razem wziętych. Nie wyglądała przez to wszystko gorzej, bynajmniej, wręcz dodawało jej uroku. Najwyraźniej nie byłem osamotniony w moim osądzie. Co chwilę zauważałem kątem oka chłopców i mężczyzn w różny wieku zerkających ukradkiem na dziewczynę. Jeden z nich tak się zapatrzył, że prawie zaliczył bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze ścianą. Parsknąłem.
- O co chodzi? – spytała szatynka (do sprawdzenia: jak się mówi na osobę o kasztanowych włosach?).
- Nic, nic, po prostu masz zadatki na świetną famme fatale – zaśmiałem się.
- Słucham? – dziewczyna najwyraźniej nie zrozumiała mojego żartu.
- Tamtego nieszczęśnika prawie zaatakowała ściana, tak się na ciebie zapatrzył. Zresztą, nie tylko on.
- Co ty gadasz? – dziewczyna zmarszczyła brei.
- Nie mów, że tego nie zauważasz. Lwia część obecnych tutaj mężczyzn wykręca sobie za tobą głowy.
- A niby czemu mieliby to robić? – nie byłem pewny, czy to nie pytanie-pułapka, jednak po szczerym zdziwieniu na twarzy Rinelle wywnioskowałem, że naprawdę nie wiedziała, co miałem na myśli.
- No, dlaczego? – zapytała ponownie.
To był jeden z tych momentów, kiedy doznawałem nieprzyjemnego uścisku w brzuchu wywoływanego niekontrolowanymi myślami. Bo jesteś ładna, chciałem powiedzieć, ale na szczęście w porę się powstrzymałem. Zamiast tego zrobiłem minę, która mogła wyrażać w zasadzie wszystko.
- Chodź szybciej, bo się spóźnimy – rzuciłem – Radzisz sobie jakoś z tą torbą? – zmieniłem temat.
Oczywiście, że sobie radzi, debilu - pomyślałem niemal od razu. Przecież ma tam mniej rzeczy niż ty w tym swoim lilipucim plecaku.
- Tak, nie jest taki ciężki – nie widziałem jej twarzy, ale mogłem wywnioskować, co tak naprawdę chciała powiedzieć, po jej tonie. „Uciekasz”. Nie wiedziałem, że czytanie w myślach może być takie irytujące.
***
Nasz pociąg o dziwo się nie spóźnił, a nawet przyjechał dziesięć minut przed planowanym odjazdem, więc mieliśmy czas, aby spokojnie zająć swoje miejsca.
O tej porze podróżowało niewielu ludzi, toteż założyłem (zresztą słusznie), że będziemy mieć cały przedział dla siebie. Nie mogłem się jednak oprzeć wrażeniu, że maczała w tym palce tamta kasjerka. Patrzyła na naszą dwójkę co najmniej dziwnie.
Po wejściu ściągnęliśmy z siebie mokre okrycia i odwiesiliśmy je na bok, a następnie rzuciliśmy nasze bagaże na półkę. Przedtem jednak wyciągnąłem z plecaka bluzę, ponieważ moje ciało nie wytrzymywało już, wyziębione, w samym podkoszulku, w dodatku wilgotnym.
Rinelle zajęła miejsce przy oknie przodem do kierunku jazdy. Ja zdecydowałem się usiąść naprzeciwko.
Dziewczyna była przybita, milczała i patrzyła z niewyraźną miną za szybę. Chciałem jakoś poprawić jej humor, jednak nic sensownego nie przychodziło mi do głowy.
I znowu to nieprzyjemne uczucie w brzuchu. Tak, chciałem ją rozweselić, bo nie chciałem, żeby była smutna. Poważnie zastanawiałem się nad tym, skąd u mnie takie natężenie przypływów dobroci, zbyt częstych, jak na mój gust. Oby to było tylko chwilowe.
Kiedy pociąg ruszył, wreszcie wpadłem na pomysł, jak mógłbym odciągnąć Rinelle od jej myśli. Było to ryzykowne, to znaczy, dla mnie, ale nic lepszego nie miałem.
- Zapytaj mnie o coś – rzuciłem nagle.
- Słucham? – dziewczyna spojrzała na mnie zaskoczona.
- Zapytaj mnie o coś – powtórzyłem – Przecież lubisz to robić. Poza tym, chyba właśnie tak zaczyna się rozmowę, prawda? Ty o coś pytasz, ja odpowiada, potem role się odwracają i tak w kółko, mam rację?
- Mhm – wymruczała potakująco Rinelle – A o co mam cię spytać?
- Nie do końca o to mi chodziło.
- Wiem, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy.
- Naprawdę nie chcesz się niczego o mnie dowiedzieć? Nic a nic? – pozwoliłem sobie na półuśmiech i zacząłem się z nią droczyć – Aż taki jestem nieciekawy?
- Zwykle nie chcesz odpowiadać na moje pytanie – w głosie szatynki słychać coś w rodzaju wyrzutu.
- Dzisiaj jestem w łaskawym nastroju – zażartowałem – Tak więc pytaj, o co tylko zapragniesz, a ja ci odpowiem – oparłem się wygodniej o ścianę.
- Naprawdę nie musisz być dla mnie miły tylko dlatego, że…
- Daj spokój. Po prostu pytaj.
- O co chcę? – na twarzy Rinelle pojawił się delikatny uśmiech.
- Aha.
Nastąpiła chwila ciszy, podczas której dziewczyna zastanawiała się nad tym, co powiedzieć. Po kilku sekundach jej mina zmieniła się i nawet nie zdążyłem pożałować mojego pomysłu, kiedy wypaliła:
- Ile miałeś dziewczyn?
- Coo? – aż się wyprostowałem.
- Zapytałam, ile miałeś dziewczyn – powtórzyła Rinelle już mniej pewnie. Nic nie powiedziałem, zmarszczyłem tylko brwi, zastanawiając się, dlaczego była ciekawa akurat tego.
- Czyli drażliwy temat? – zgadła.
- Trochę jakby – odparłem ledwo poruszając ustami.
- Przeprasza. To ja już może lepiej się zamknę.
- Dlaczego zapytałaś akurat o to? – odezwałem się, tym razem głośniej.
- Nie wiem, tak jakoś…
- Ze wszystkich rzeczy, o jakich mogłaś pomyśleć, chciałaś znać akurat liczbę moich związków?
- Co mam ci powiedzieć? Tak jakoś wpadło mi do głowy.
- Dość osobiste pytanie,
- To trzeba było nie mówić, że mogę pytać o wszyyystko.
- Nie spodziewałem się, że wybierzesz właśnie ten temat.
- Może nie powinnam.
- Może.
- No dobra, wiem. Przekroczyłam granicę.
- Czerwoną linię.
- Jak zwał tak zwał.
- Naprawdę cię to interesuje?
- Nie.
- Nie?
- Już nie.
- Och, czyżby?
- Owszem.
- To po co zapytałaś?
- Bo chciałam.
- Czyli jednak cię to interesuje?
- Nie!
- Przeczysz sama sobie.
- Do cholery jasne, Raphaelu, wkurzasz mnie!
- Nie wydaje mi się.
- Przestań.
- Tylko stwierdziłem fakt.
- Przestań już!
- Nie powiedziałem niczego złego.
- Zamknij się!
- Jedną.
- Co?!
Po tych słowach znowu zapadła chwilowa cisza, którą po kilku sekundach postanowiłem przerwać.
- Odpowiadam na twoje pytanie.
- Czyli…
- Tak, miałem tylko jedną dziewczynę.
- Aha…
- A co myślałaś?
- Szczerze? Nie wiem.
- Zapewne chciałabyś, żebym o niej opowiedział.
- Ale ty nie chcesz.
- Zamierzasz zostać telepatką?
- Nie chcesz, to nie mów, tylko się ze mną nie drażnij.
- Dlaczego?
- Pytasz jak małe dziecko.
- Wielokrotnie dawałaś mi do zrozumienia, że mój mentalny wiek nie przekracza podstawówki.
- I miałam rację.
- To tobie się tak wydaje.
- Wydaje mi się również, że próbujesz zmienić temat.
- Och, czyżby?
- Jasne, że tak. Zawsze to robisz.
- Nieprawda.
- Gadaj zdrów, zmieniasz temat i tyle.
- Czyli jednak obchodzi cię to bardziej, niż myślałem.
- Zjeżdżaj.
- Oho, ktoś tu się zdenerwował.
- Dlaczego to robisz?
- Ale co dokładnie?
- Nie udawaj, wiesz doskonale.
- Nie, co?
- Uwielbiasz mnie wkurzać.
- Powiedzmy, że jest to pewna forma odpłaty.
- Za?
- Twoje wkurzanie mnie.
- Sam się denerwujesz przy byle okazji.
- Ponieważ mnie prowokujesz.
- Uważaj, żebyś to ty mnie zaraz nie sprowokował.
- Do czego?
- Nie chcesz wiedzieć.
W tym momencie obojgu nam zabrakło ciętych ripost, więc zamilkliśmy. Po chwili jednak powiedziałem cicho pod nosem:
- I znowu udało mi się zmienić temat…
- O, psiakrew, Cortez! – Rinelle nie wytrzymała – Zamknij się wreszcie i zacznij opowiadać?
- To mam się w końcu zamknąć czy opowiadać? – zaryzykowałem, jednak po minie dziewczyny stwierdziłem, że jeszcze krok, a posunę się za daleko.
Ale właściwie… jak miałem jej to opowiedzieć? Nie była to zbyt normalna historia. Jakby ktoś się za nią dobrze wziął, to mógłby powstać bardzo dramatyczny film dla nastolatek. Żenada.
- No to… ile miałeś wtedy lat? – postanowiła m pomóc Rinelle.
- Jakieś szesnaście – odparłem po krótkim zastanowieniu – To były moje pierwsze wakacje w liceum. Jak zwykle spędzaliśmy je całą czwórką w naszym domu w Hiszpanii.
- Musiało być super… - rozmarzyła się dziewczyna.
- Super? – prawie zgrzytnąłem zębami – Byłem tam między innymi z moim ojcem, przy nim zapominasz, że takie słowo w ogóle istnieje.
- Przepraszam.
- Nie przepraszaj tyle – burknąłem ostro – Po prostu słuchaj – dodałem już łagodniej, bo nie miałem zamiaru jej urazić – Tak więc, jak co roku, pojechaliśmy tam na wakacje. I wtedy właśnie, po raz pierwszy od jakichś czterech lat znowu zobaczyłem moją… przyjaciółkę z dzieciństwa, Carmen.
Teraz najtrudniejsza część – tłumaczenie Rinelle, kim była dla mnie tamta dziewczyna. Naszą relację można określić mianem co najmniej dziwnej, a poza tym jeszcze z nikim na ten temat nie rozmawiałem.
- Znałem ją w zasadzie od przedszkola. I jeśli nazywam ją moją przyjaciółką to… nie do końca tak to wyglądało. Chodzi o to, że nigdy nie miałem zbyt wielu kolegów, wszyscy uważali mnie raczej za dziwaka – mimo, że mówiłem to zupełnie bez żalu, Rinelle patrzyła na mnie ze współczuciem, którego nie rozumiałem. Przecież to stara sprawa, dlaczego miałbym się nią przejmować dzisiaj? – Byłem raczej cichym, zamkniętym w sobie dzieckiem, które lubiło się uczyć, co przekładało się na dotkliwy brak kontaktów z rówieśnikami. Aż do momentu, kiedy spotkałem ją. Istniało między nami jakieś podobieństwo, bo Carmen też była specyficzna. Naprawdę rzadko się uśmiechała. Zamiast rozmawiać czy bawić się z innymi dziećmi, wolała obserwować wszystko dookoła spod lekko zmrużonych oczu. Uwielbiała tak robić. Nie znaczyło to bynajmniej, że była taka, jak ja. Wręcz przeciwnie. Miała bardzo cięty język, co w połączeniu z jej inteligencją sprawiało, że wszyscy się jej po prostu bali, z opiekunkami włącznie.
- Teraz już wszystko jasne – prychnęła Rinelle – Nie było mowy, żebyście się nie spiknęli.
- Na to wygląda, prawda? – uśmiechnąłem się krzywo, raczej cynicznie – Tylko widzisz, między nami nigdy nie było… ciepłych uczuć, jakkolwiek rozumianych. Przez prawie dziesięć lat spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, ale nie wyglądało to jak zwykłe dziecięce spotkania. Najczęściej po prostu rozmawialiśmy. To znaczy, głównie ona mówiła. Opowiadała o różnych rzeczach – zagraniczne podróże z rodzicami, pomysły na to, jak coś zrobić lepiej niż już jest -  ale jej ulubionym tematem było wykpiwanie innych ludzi. A ja? Ja słuchałem, jak oczarowany. Była takim moim… taranem do świata. Głupie określenie, wiem, ale kiedy je wymyśliłem, chodziłem jeszcze do podstawówki – parsknąłem – Tak czy inaczej, nie przypominam sobie, żebym choć raz usłyszał od niej coś miłego. Co prawda czasem mówiła, że jestem do niej podobny, bardzo inteligentny, a potem jeszcze, że jej się podobam, ale nie starała się być wtedy miła, ona po prostu za każdym razem stwierdzała fakt. Jeśli już się przy mnie śmiała, to zazwyczaj z jakiegoś mojego błędu lub zabawnej reakcji na jej słowa. A jednak… coś nas do siebie ciągnęło, jakaś dziwna chemia trzymała razem przez te kilka lat.
Przerwałem na chwilę, żeby złapać oddech i zebrać myśli. Rinelle siedziała jak na szpilkach, więc domyśliłem się, że chciała zadać mi jakieś pytanie. Skinąłem głową.
- Tęskniłeś za nią? – mówiła cicho, łagodnie, jak gdyby bała się, że mnie spłoszy – Wiesz, wtedy, gdy wyjechałeś na stałe z Hiszpanii.
Przez głowę przemknęło mi, że normalny człowiek uznałby takie pytanie za dość intymne. Tylko że ja nie byłem normalnym człowiekiem. Poza tym za każdym razem, kiedy myślałem o Carmen, czułem, jakby to mnie zupełnie nie dotyczyło. Jakbym oglądał film, albo był narratorem jakiejś powieści.
- Nie sądzę, żebym mógł to nazwać – odparłem po chwili namysłu – Czułem się bardziej jak ktoś, kto nie ma przy sobie jakiejś rzeczy, do której się przyzwyczaił, której codziennie używał – widząc ściągnięte brwi Rinelle zrozumiałem, że muszę wyjaśnić – Tak, wiem, że to brzmi bardzo płytko i wyrachowanie, ale, jak już wcześniej ci powiedziałem, moje relacje z Carmen nie należały do normalnych.
- Niby tak, ale ja nadal nie mogę tego zrozumieć.
- Miałaś kiedyś ulubiony długopis? – próbowałem jej tłumaczyć na najprostszym przykładzie, który przyszedł mi do głowy.
- No… tak, oczywiście, że miałam.
- I przez jakiś czas pisałaś tylko nim, inne ci nie odpowiadały, prawda?
- Tak.
- A w końcu go zgubiłaś albo się wypisał, tak?
- Tak, zgubiłam go – wtedy chciałem dojść do puenty, ale Rinelle mnie uprzedziła – Wiem, do czego zmierzasz, ale ja nadal uważam, że kilkuletniej rozłąki z kimś, kto był dla ciebie najbliższym odpowiednikiem przyjaciela, nie można porównać do utraty długopisu, choćbyś nie wiem, jak lubił nim pisać!
- Ja tak to właśnie odczułem – wzruszyłem ramionami. Moja rozmówczyni zrobiła zrezygnowaną minę i zamilkła. Chyba już przyzwyczaiła się do tego, że trochę inaczej odbieram pewne rzeczy.
- No dobrze – odezwała się po krótkiej chwili – To jak w takim razie… zostaliście parą?
- Pytasz o przebieg tego procesu czy jak to w ogóle możliwe?
- Oba.
- Na to drugie już ci w sumie udzieliłem odpowiedzi. Od początku istniała między nami jakaś więź. Nie do końca rozumiem jaka i dlaczego, ale tak po prostu było.
- Okej. A to pierwsze?
- Nic oryginalnego – powiedziałem – Impreza urządzana przez któregoś ze znajomych mojego ojca. Nie znałem nawet wszystkich zaproszonych. Zostałem zmuszony do przyjścia, więc przez pół wieczoru sączyłem butelkę wina i zabawiałem się obstawianiem, które z obecnych tam małżeństw rozpadnie się w najbliższym czasie. Nawet nie masz pojęcia, jak celnie trafiałem – pokręciłem głową na wspomnienie tej, bądź co bądź, głupiej rozrywki i wróciłem do właściwego tematu – Około północy przyjechali jacyś spóźnieni goście. Normalnie wcale by mnie to nie zainteresowało, jednak gdy usłyszałem, jak nowoprzybyli rozmawiają, rozpoznałem nie tyle głos, co ton jednej z osób. Chyba nikt inny na tym świecie nie umiał zawrzeć tyle kpiny i wyższości w jednym zdaniu, co Carmen. Podobnie jak mnie, tej dziewczyny nie interesowała większość ludzi, jako partnerzy do rozmowy. Zaczęła się więc rozglądać za czymś ciekawym. No i znalazła. Mnie.
Podczas mojego opowiadania patrzyłem raczej za okno niż na Rinelle, ale tym razem na nią zerknąłem. Wyglądała jak mała dziewczynka zasłuchana w bajce. Oczy miała otwarte, kolana podciągnięte pod brodę. Kiedy przestałem mówić, machnęła na mnie niecierpliwie ręką.
- Co było dalej? Opowiadaj!
- Wiesz, ta historia robi się chyba trochę nudna, nie sądzisz? Może dokończę ją innym razem? – wykorzystałem okazję, aby się z nią podroczyć. Cholera, miała rację. Lubiłem to.
- Jesteś okrutny – usłyszałem w odpowiedzi.
- Wiem, dziękuję za potwierdzenie.
- Dobra, dobra, opowiadaj dalej – po raz kolejny machnęła ręką, a także bezwiednie zagryzła dolną wargę w oczekiwaniu na dalszy ciąg historii.
- W porządku – zaśmiałem się – Na czym to ja stanąłem? Ach, tak, już wiem. Tak więc Carmen mnie zauważyła. Stałem na schodach, a ona przy drzwiach, więc mogła mnie całego obejrzeć, co też od razu zrobiła. Potem uśmiechnęła się do mnie, jakbyśmy widzieli się zaledwie wczoraj. Następnie odwróciła się plecami i wyszła na taras. Nie musiała nic mówić. Dla nas obojga było jasne, że pójdę za nią.
Na tarasie poza nami, o dziwo, nie było nikogo. Zastałem ją opierającą się o poręcz i spoglądającą w dół na okazały, delikatnie oświetlony ogród.
- Tak się zastanawiam – mówiła, nadal się nie odwracając – ile z roślin w tym ogrodzie zdążyło już wyrosnąć i obumrzeć, odkąd się ostatni raz widzieliśmy, Raphaelu.
Jej głos był nieco inny, niż zapamiętałem. Trochę niższy, doroślejszy, bardziej kobiecy niż dziewczęcy. I, o ile to w ogóle możliwe, miał w sobie jeszcze więcej pewności siebie.
Nagle Carmen stanęła ze mną twarzą w twarz. Wtedy i ja mogłem się jej przyjrzeć. Wszyscy zawsze powtarzali, że „jest ładnym dzieckiem i na pewno wyrośnie z niej piękna panna”. Wtedy nie bardzo mnie to obchodziło, ale tamtego dnia, mając przed sobą wysoką szesnastolatkę o talii osy i warkoczu z kruczoczarnych włosów, ubraną w krwistoczerwoną sukienkę stwierdziłem, że tamci ludzie się nie mylili.
Pewien mądry człowiek powiedział kiedyś, że piękno to tylko subiektywny osąd oparty na wzorcach z dzieciństwa. Uważam, że miał całkowitą rację, jednak nie wydaje mi się, żeby na tym świecie żył ktokolwiek, kto nie umiałby docenić urody Carmen.
- Żadne – odpowiedziałem na jej – Ten dom został wybudowany niecały rok temu, a ogród jest jeszcze młodszy.
- Ty i to twoje chłodne, logiczne myślenie –
roześmiała się i podeszła bliżej – Pod tym względem wcale się nie zmieniłeś – nagle objęła mnie delikatnie, trochę tak, jakby nie chciała pomiąć naszych ubrań. Zdziwiła mnie tym gestem. Nawet się nie poruszyłem, kiedy mnie dotknęła. Zastanawiałem się tylko, co ona kombinowała, bo znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, kiedy to robiła.
­- U ciebie też obyło się bez większych zmian, przynajmniej w charakterze.
- Chciałeś powiedzieć, że wyładniałam? –
zapytała, nadal trzymając moje ramiona.
- Chciałem powiedzieć dokładnie to, co powiedziałem – odparłem.
- Och, nie bądź taki sztywny – zaśmiała się perliście po raz kolejny – No dobrze, ja ci to powiem. Wyprzystojniałeś, Raphaelu. Ciekawe, czy… - w tym momencie wspięła się na palce i pocałowała mnie prosto w usta. Czułem się naprawdę zdezorientowany, ponieważ wielu rzeczy spodziewałbym się po Carmen, ale całowanie mnie do nich nie należało.
- Nie podobało ci się? – zapytała odsuwając się, kiedy nie dostała ode mnie żadnej odpowiedzi.
- Każdego znajomego tak witasz? – starałem się rozgryźć jej grę.
- Tylko tych, którzy mi się spodobają – odparła z właściwą sobie nonszalancją i wróciła na swoje miejsce przy poręczy, tym razem siadając na niej tyłem do ogrodu.
- Powinienem się czuć zaszczycony? – nasza rozmowa przypominała trochę odbijanie piłeczki.
- Większość by się czuła.
- Nie jestem jak większość.
- Wiem. Żadne z nas nie jest.
Zrobiłem kilka kroków w jej stronę, aby oprzeć się o balustradę, jednak w tym momencie migdałowe oczy Carmen zabłysły szaleństwem i… przechyliła się do tyłu. Odruchowo rzuciłem się, aby ją złapać, ponieważ do ziemi było parę ładnych metrów.
- Och… - wyrwało się Rinelle.
- Właśnie – przytaknąłem i kontynuowałem opowieść – Ledwo zdążyłem ją chwycić. Sekundę później już trzymałem ją w ramionach.
- A ona? – ekscytowała się szatynka.
- Zarzuciła mi ręce na szyję i roześmiała się – wzruszyłem ramionami..
- Wariatka…
- Może. Ale ona chyba po prostu już taka była.
­- Widzisz? – zapytała patrząc mi prosto w oczy – Ciągnie nas do siebie.
- Chyba ciebie do ziemi –
mruknąłem – Nie rób tak więcej – nie zależało mi na ukryciu złości.
- Dlaczego? Przecież zawsze mnie złapiesz.
- A co, jeśli bym nie zdążył?
- Niemożliwe.
- A gdybym nie chciał?
- Kochanie –
zniżyła głos i przysunęła się do mnie tak blisko, że nasze twarze dzieliło jedynie kilka centymetrów – Myślałam, że o tym wiesz. To nigdy nie będzie zależeć od ciebie – nagle zmniejszyła odległość między nami do zera i pocałowała mnie po raz drugi, tym razem wolniej, cierpliwie, jak kot, który upolował już swoją zdobycz i może się nią spokojnie pobawić.
- W tamtym momencie myślałeś o takich porównaniach? – parsknęła kpiąco Rinelle.
- Gdybyś ją zobaczyła, od razu nasunąłby ci się na myśl kot, zarówno z wyglądu jak i charakteru – odpowiedziałem jej zupełnie poważnie, przez co starła złośliwy uśmieszek z twarzy.
- Czyli dostała to, czego chciała – podsumowała.
- O, tak – zgodziłem się – Zawsze tak było. Tym razem zachciało się jej Raphaela Corteza. Więc po prostu mnie sobie wzięła.
- No dobrze – szatynka znowu się zniecierpliwiła – Ale co się działo dalej?
- Wiesz co, mam wrażenie, że traktujesz moje życie emocjonalne jak jakąś książkę lub film.
- Zgadłeś.
- Czy to nie jest aby trochę nieuprzejme?
- A skąd taki pomysł?
- A skąd takie luźne podejście?
- Nauczyłam się od ciebie.
- Nie jestem taki – zaprotestowałem.
- Jesteś – uparła się dziewczyna – A teraz przestań się ze mną drażnić i wróć do opowiadania. Chcę usłyszeć ciąg dalszy.
- Nie wiem, czy nadal chcę po tym, jak zostałem potraktowany w sposób… - przerwał mi jakiś miękki przedmiot lądujący na mojej twarzy. Okazało się, że była to kanapka Rinelle.
- Przestań narzekać. I kończ historię – rozkazała (Rinelle, nie jej kanapka).
Chyba nie miałem innego wyjścia, jak spełnić jej żądanie, jeśli chciałem żyć w spokoju.
- Dalej nie jest to jakieś wybitnie ciekawe. Niby byliśmy razem, przez całe wakacje spędziliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Kilka razy ktoś nakrył nas, jak całowaliśmy się po kątach. Nic wielkiego.
- Nic wielkiego?! – zdziwiła się moja słuchaczka – Tak mówisz o swoim pierwszym związku? Przecież to zawsze jest coś wielkiego.
- Tylko jeśli naprawdę coś czujesz do drugiej osoby. Między nami nie istniała żadna romantyczna chemia – pokręciłem głową – A jeśli już, to tylko czysto fizyczne przyciąganie. Nigdy nie kochałem Carmen, ani ona mnie, jeśli mam być szczery.
- Ale przecież mówiłeś, że się rozumieliście, że byliście do siebie podobni…
- I co z tego? – skrzywiłem się – Owszem, rozumiała, co czułem, kiedy byłem sam. Nie zmienia to jednak faktu, że ta dziewczyna była po prostu zimną, wyrachowaną, rozpieszczoną, nieliczącą się z nikim i niczym księżniczką, która dzięki swojej inteligencji, urokowi oraz totalnemu brakowi sumienia dostawała zawsze to, czego chciała.
- Ała – zakpiła znowu Rinelle – Czym ci tak dopiekła?
- Chyba tym, że zawsze musiała mieć ostatnie słowo i miała je także tym razem, podczas naszej ostatniej rozmowy – odparłem sucho – Tej samej, podczas której z nią zerwałem i tej samej, która odbyła się na kilka godzin przed jej śmiercią.
- Czekaj, że co?! – moja rozmówczyni wybałuszyła oczy – Jak to: śmiercią?!
- Och, no tak, pewnie powinienem wspomnieć o tym wcześniej – parsknąłem.
- Raphaelu, jaką śmiercią?
Westchnąłem i postanowiłem udzielić jej jak najkrótszej odpowiedzi.
- Pod koniec wakacji czułem się już nami zmęczony, nie chciałem związku z Carmen na odległość, w ogóle nie chciałem z nią już żadnego związku. Poszedłem więc do niej, żeby porozmawiać. Akurat wyjeżdżali. Wziąłem ją na bok i powiedziałem, że jej nie kocham, ani ona mnie, więc nie widzę sensu tego ciągnąć.
- I co jak zareagowała?
-  Przyjęła to z właściwą sobie gracją.
- A mogło być nam razem tak dobrze, Rafito – jej głos był jeszcze bardziej czarujący niż zwykle.
- Nie mogło i dobrze o tym wiesz – odparłem.
- Myślę, że prawda leży gdzieś po środku, kochany.
- Nie nazywaj mnie tak.
- Jak sobie życzysz… skarbie –
musiałem jej to przyznać, była mistrzynią w manipulowaniu słowami – Pozwól mi tylko na pożegnanie coś zabrać…
- Pocałowała cię? – domyśliła się Rinelle.
- Zgadłaś. Minę miałem chyba nietęgą, ponieważ powiedziała;
- Spokojnie, to nic takiego. Jak już powiedziałeś, nie kocham cię. To była tylko zabawa, prawda? – mówiła przesadnie słodkim tonem. Chciałem coś odpowiedzieć, jednak nie zdążyłem, bo Carmen nagle odwróciła się na pięcie i podbiegła do czekającego samochodu. Przed wejściem jednak odwróciła się w moją stronę i krzyknęła:
- Do zobaczenia, Rafito! I daj znać, kiedy jakaś dama podbije twoje serce, bardzo chciałabym ją poznać!
Potem wsiadła do auta i odjechała. Nigdy więcej już jej nie zobaczyłem.
- A kiedy dowiedziałeś się, że ona…
- Kilka godzin później. Ojciec właśnie robił mi awanturę o to, że „dałem odejść tak wspaniałej kobiecie, która byłaby idealną żoną i matką dla moich dzieci”. On ją uwielbiał. Nic dziwnego, charakter mieli identyczny. W momencie, kiedy zbierał się do kolejnej przemowy o tym, jak to zmarnowałem sobie życie zrywając z Carmen, do pokoju wszedł (a raczej wpadł) Leo i powiedział, że ona i jej rodzice mieli wypadek na drodze. Nikt nie przeżył, trzy trupy na miejscu.
- O Boże… - jęknęła Rinelle.
- Dokładnie to wyrażała mina mojego ojca. Zamilkł i zbladł, a następnie wypadł jak burza za drzwi, na odchodnym krzycząc, że to wszystko moja wina.
- Ale to przecież nieprawda!
- Zgadza się. Na szczęście byłem tego świadomy, bo inaczej wyrzuty sumienia zżarłyby mnie od środka.
- A ty? Jak zareagowałeś? Jeśli oczywiście mogę spytać…
- Szczerze mówiąc, nie pamiętam, jaka była moja reakcja – zamyśliłem się – W ogóle mało pamiętam z tamtego okresu – przyznałem. Widząc przerażoną minę dziewczyny, dodałem szybko:
- Jak widać, poradziłem sobie całkiem dobrze. Mówiłem ci już, nie kochałem jej.
- Ale ta więź między wami, długoletnia znajomość… To musiało…
- Chyba właśnie nie musiało, Rinelle – wszedłem jej ostro w słowo – Nie rozpaczałem po śmierci Carmen i tak miało być. Zapewne przeżyłem jakąś własną formę żałoby, ale szybko doszedłem do siebie. Nie mogłem nic poradzić na śmierć swojej byłej dziewczyny, więc dlaczego miałem się tym dłużej przejmować?
- Takie zachowanie nie jest naturalne dla ludzi – szatynka zmarszczyła brwi – Chłodne myślenie w takich wypadkach po prostu nie działa. Zastępują je uczucia.
- Chyba już dawno ustaliliśmy, że staram się eliminować takie bezużyteczne odruchy – odparłem lekko poirytowany.
- O, Raphaelu – Rinelle spojrzała na mnie karcąco – Nie masz serca z kamienia ani nie jesteś maszyną.
- Skąd to przypuszczenie?
- Ty sobie żartujesz, ale naprawdę masz problem. Nie radzisz sobie z własnymi emocjami, więc starasz się je tłumić.
- No, dyplom z psychologii masz już gwarantowany – sarknąłem.
- Przestań wreszcie ze mnie kpić! – dziewczyna straciła cierpliwość – Jestem jedną z baaardzo nielicznych osób, którym na tobie zależy, więc mógłbyś przynajmniej mnie nie obrażać.
W innym przypadku usłyszałaby ode mnie jakąś ciętą ripostę, lecz nie tym razem.
A więc zależało jej na mnie. Nie, żebym się nie domyślał. Rinelle była bardzo uczuciową osobą, każdy głupi zauważyłby, że mnie lubi. Jednak domyślanie się czegoś, a faktyczne dowiedzenie się tego, to nie to samo. Wcale nie chciałem usłyszeć tego „zależy mi na tobie”, ponieważ jeśli już to powiedziała, to znaczyło, że jest poważnie. Przewidziałem już kolejne etapy i bardzo mi się one nie podobały. Chodziło mi o coś zupełnie odwrotnego.
- Bardzo cię proszę, nie powtarzaj tego więcej – powiedziałem chłodno, patrząc mojej rozmówczyni w oczy.
- Słucham? – dziewczyna odpowiedziała mi piorunującym spojrzeniem.
- Myślałem, że już ci to kiedyś wyjaśniałem. Nie potrzebuję, wręcz nie chcę mieć przyjaciół.
- W takim razie dlaczego tu jesteś? Gdybyś nie był moim przyjacielem, nie pojechałbyś ze mną.
- To co innego. Potrzebowałaś pomocy, a ja nie miałem akurat nic innego do roboty – skłamałem.
- Ale ty jesteś… - urwała, rozzłoszczona – Albo wiesz co? W porządku, nie ma problemu. Nic nie poradzę na to, że cię lubię, ponieważ nie jesteś aż takim dupkiem, za jakiego chcesz uchodzić. I nie myśl sobie, że nabrałam się na tę twoją pozę zimnego, ponurego faceta, który nikogo nie potrzebuje poza sobą. Poważnie – tu już się roześmiała – Przypominasz mi wszystkich tych gości z filmów z tekstem typu: „Nie zbliżaj się do mnie, moja miłość cię zabije”.
- Nie pochlebiaj sobie – warknąłem. Wtedy uśmiech momentalnie zszedł z twarzy Rinelle, a jej oczy zrobiły się chłodne.
- Niczego nie sugerowałam – powiedziała oschle – oprócz tego, że się boisz.
- Tak, to już parę razy słyszeliśmy.
- Jak chcesz – odparła szatynka i krzyżując ramiona na piersi, zapatrzyła się na świat za oknem.
Nie znosiłem, kiedy to robiła. Uwrażliwiała, nawet uczłowieczała mnie bardziej, niżbym tego chciał. A była przy tym tak irytująca, jak to tylko możliwe. Naprawdę nie wiedziałem, jak dać jej do zrozumienia, że jest mi dobrze tak jak jest i nie potrzebuję nikogo, żeby to zmieniał. Denerwowała mnie tą swoją upartością nawet bardziej niż Leonardo. I jeszcze ta… emanacja uczuciami. Kiedy ona wreszcie przyjmie do wiadomości, że nic w życiu nie idzie dobrze, jeśli kieruje się czymś innym niż chłodnym myśleniem?
- Dobra, przepraszam – odezwała się nagle Rinelle – To twoje sprawy, nie powinnam się mieszać. Co zupełnie nie usprawiedliwia tego, że zachowujesz się jak skończony idiota wobec osób, które próbują być dla ciebie miłe.
- Zgaduję, że teraz ja powinienem cię przeprosić – bardziej stwierdziłem niż zapytałem.
- Przydałoby się – odparła dziewczyna – Ale nic na siłę, łaski bez – dodała szybko, urażona.
- Przepraszam – powiedziałem szczerze, gdy trochę ochłonąłem – Co nie zmienia faktu, że jesteś okropnie irytująca – naśladowałem jej ton.
- To przepraszasz, czy twierdzisz, że cię denerwuję?
- Obie rzeczy.
- Pfff… Na nic lepszego nie mam co liczyć, prawda?
- Nope.
Po tych słowach już ze sobą nie rozmawialiśmy. Przez chwilę zatopiłem się we wspomnieniach, a kiedy znów podniosłem wzrok na Rinelle, okazało się, że… zasnęła. Emocje zrobiły swoje. Oparła się o okno, a zgięte nogi położyła na miejscu obok. Chyba jednak nie było jej ciepło, ponieważ co kilka sekund lekko drżała. Nic dziwnego, od okna strasznie ciągnęło. Moja reakcja była niemal automatyczna. Ściągnąłem z siebie bluzę i nakryłem nią śpiącą dziewczynę.
Świetnie. Teraz rycersko marzłem po drugiej stronie przedziału. Może to mnie czegoś nauczy.
***
Budzę się, kiedy konduktor oznajmia przez głośniki, że za kilka minut dojedziemy do ostatniej stacji.
Powoli przytomnieję. Nogi mi ścierpły, poza tym jeszcze zmarzły. Nic dziwnego, pomyślałam zauważając delikatne płatki śniegu za oknem. Dobrze, wiem zatem, dlaczego mi chłodno. Ale czemu w takim razie w resztę ciała jest mi podejrzanie ciepło? Patrzę na swoje ramiona i brzuch okryte miękkim, ciemnym materiałem. Następnie podnoszę głowę i spoglądam na Raphaela, który siedzi wyciągnięty na swoim miejscu, z rękami pod odchyloną głową. Wydaje się drzemać, ponieważ ma zamknięte oczy i oddycha miarowo. Korzystając z okazji zaczynam mu się przyglądać, jednocześnie czując niewielkie wyrzuty sumienia, że robię to bez jego wiedzy.
Tak jak ostatnim razem, kiedy widziałam go śpiącego, ma spokojny wyraz twarzy. Ciemne brwi nie są ściągnięte jak zazwyczaj, a usta wydają się odrobinę większe bez tego częstego, nieokreślonego grymasu, który gości na nich na co dzień. Dostrzegam też małą, jasną bliznę na kości policzkowej chłopaka, którą zawdzięcza pamiętnej kłótni ze swoim bratem i która jest widoczna tylko wtedy, kiedy dobrze się przypatrzę.
Niechętnie to przyznaję, ale spokojny też jest nieprzyzwoicie przystojny. Ładnie zarysowana (w tym momencie rozluźniona) szczęka, widoczne mięśnie ramion, smukły tors. Zastanawiam się czy…
-Mogłabyś, z łaski swojej, przestać się na mnie gapić? – słyszę nagle.
- Och – jestem nieco zaskoczona – Ty nie śpisz. Ale skąd wiedziałeś, że na ciebie patrzę, skoro miałeś zamknięte oczy?
- Słyszałem.
- Słyszałeś?
- Właśnie to powiedziałem – odpowiada z właściwą sobie bezczelnością. Dopiero teraz prostuje się i podnosi powieki – Przez sen raczej nie wykonywałaś żadnych ruchów, toteż gdy usłyszałem przed chwilą, jak się wiercisz, domyśliłem się, że wstałaś. Potem nagle ucichłaś, co znaczy, że przestałaś się ruszać. W tym wypadku istniały dwie możliwości: albo znowu zasnęłaś (raczej mało prawdopodobne), albo coś lub kogoś obserwowałaś. Poza nami w przedziale nie ma nikogo, więc logicznym było, że patrzyłaś na mnie – wbija we mnie te swoje jasne, inteligentne oczy i chyba czeka, aż mu odpowiem.
- A nie przyszło ci do głowy, że mogłam obserwować śnieg za oknem? – cieszę się, że w porę wpadłam na jakąś ripostę.
- Naturalnie, że mogłaś – brunet wzrusza ramionami – Jednak oczywistym wydał mi się fakt, iż jestem nieco bardziej… atrakcyjnym obiektem do obserwacji niż śnieg.
- Jakiś ty skromny! – parskam.
- To nie ma nic wspólnego z moim mniemaniem o sobie. Po prostu czysta kalkulacja.
- Niech ci będzie, Sherlocku.
- Ubieraj się – chłopak znienacka zmienia temat – Zaraz wysiadamy.
Wtedy dociera do mnie, że nadal mam na sobie jego bluzę, a on siedzi w samym T-shircie w, co by  nie mówić, dość chłodnym przedziale.
- Ach, tak – ściągam z siebie okrycie i oddaję właścicielowi – Dziękuję. To bardzo… miło z twojej strony.
- Wybacz, następnym razem się poprawię i będę już standardowo nie-miły – sarka Raphael, czym mnie rozśmiesza.
Kiedy ubieramy kurtki (aby nie urazić głęboko umodowionej części społeczeństwa doprecyzuję: on kurtkę, ja płaszcz), konduktor oznajmia, że dotarliśmy na miejsce.
- Chodź, chodź – pospiesza mnie Raphael, ściągając nasze bagaże z półki – No, już – nie podaje mi mojej torby, chociaż wyraźnie się tego domagam, tylko od razu wychodzi z pociągu, po drodze zarzucając sobie swój plecak na ramię. Coś mi się wydaje, że to przez zbyt długie siedzenie w ciasnym przedziale.
Staję na peronie i wciągam chodne, wilgotne powietrze, które pachnie tak znajomo. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo tęskniłam za tym miastem. A jeszcze bardziej za dwoma osobami, które zobaczę już za chwilę…

sobota, 24 marca 2018

Rozdział 22


Wpadam do mieszkania i jak dzika szukam ładowarki. Podłączam telefon, a następnie, po uprzednim wstukaniu PIN-u, wybieram numer mamy. Z jakiegoś powodu mam złe przeczucia.
- Halo? – po trzech sygnałach słyszę po drugiej stronie kobiecy głos.
- Mamuś? – odzywam się zaniepokojona – Wszystko w porządku? Przepraszam, miałam dać znać, czy przyjeżdżam i w ogóle, ale tyle się działo i…
- Spokojnie, Rin – przerywa mi mama – Nic się nie stało. Ja też ostatnio miałam dużo na głowie i zapomniałam do ciebie zadzwonić. Po prostu… - urywa, a ja zaczynam coś podejrzewać.
- Na pewno wszystko dobrze? – dopytuję – Bo jakoś dziwnie brzmisz.
- Nie, córeńko, naprawdę – odpowiada ona stłumionym głosem. Zapewnia mnie, że wszystko gra, jednak znam ją zbyt dobrze, żeby w to wierzyć.
- Płakałaś?
- Rin, nie…
- Odpowiedz. Płakałaś?
- To nic, nie…
- Mamo, o co chodzi? – naciskam.
Po chwili, która wydaje mi się wiecznością, z drugiej strony pada jedno zdanie, które wyjaśnia wszystko:
- Rozstaliśmy się z Jamesem.
- Co?! – nie jestem pewna, czy dobrze usłyszałam – Jak to?
- Nie układało nam się.
- Co ty mówisz?
- Kochanie, jesteś już duża, więc mogę ci coś powiedzieć – jej głos lekko drży, ale dzielnie się trzyma – Długo myślałam nad naszym związkiem i jak patrzę na niego z perspektywy czasu to już wiem, że od początku skazany był na porażkę. Wydaje mi się, że nigdy tak naprawdę nie kochałam Jamesa. Po śmierci waszego taty ja… po prostu nie chciałam być sama. Potrzebowałam kogoś, żeby zastąpił ojca tobie i Carlisle’owi, a mi zmarłego męża.
- Ale… - próbuję się w tym wszystkim połapać – Przecież byliście razem od trzech lat! Nie… nie wiedziałaś wcześniej, co czujesz?
- Rinelle – uspokaja mnie mama – Czasem chcemy być ślepi. Próbujemy coś sobie wmówić, bo wydaje nam się, że to dla mas dobre. Ja potrzebowałam właśnie tych trzech lat, żeby przestać się łudzić.
- Ale…
- Już dobrze, słoneczko. Postanowiliśmy się rozstać na spokojnie, w zgodzie.
- A co z Carem? – pytam – Prawie w ogóle nie pamięta taty, a teraz nie będzie miał nawet Jamesa?
- Jakoś sobie poradzimy – głos mamy znowu drży, a ja czuję się winna, że moje słowa zabrzmiały jak wyrzut.
Na kilka sekund zapada cisza. Kiedy już mam się odezwać, mama mnie uprzedza:
- Może przyjedziesz do domu na jakiś czas? – proponuje – Carlisle na pewno by się ucieszył.
Nagle dociera do mnie, że nie to nie mama nie radzi sobie ze swoim rozstaniem. To ja nie umiem przeboleć, że znowu coś się zmienia.
- Ja… ja… Zadzwonię później – zaciskam oczy i rozłączam się. Dzieciak, prycha jakiś głos w mojej głowie.
Wtedy coś we mnie pęka.
Siadam na łóżku i ukrywam twarz w dłoniach, a łzy same zaczynają spływać mi po policzkach. Biedna mama. Pamiętam dokładnie, jak to wszystko wyglądało po śmierci taty. Codziennie miała zapuchnięte oczy, chociaż nigdy nie widzieliśmy z bratem, żeby płakała. Pocieszała za to nas, kiedy przytłaczała nas tęsknota. Całej naszej trójce było ciężko, ale teraz myślę, że mama odczuła śmierć taty najboleśniej.
A potem pojawił się James. Z początku tolerowałam go tylko dlatego, że mama była przy nim szczęśliwsza, ale z czasem okazało się, że to naprawdę równy gość, choć nigdy nie zastąpi nam taty. Naprawdę nic nie wskazywało na to, żeby mieli się rozstać.
Cholera, cholera, cholera! Powinnam tam była jeździć, a nie tylko dzwonić i rozmawiać przez Skype’a! I jutro też powinnam wsiąść w pociąg i jechać do domu!
Nic z tego, odzywa się znowu głos w mojej głowie. I ma rację. Zupełnie nie czuję się na siłach teraz wracać. Boję się, że będzie jak ostatnio. Mama wesołością zamaskuje smutek, a Car… Zastanawiam się, czy mama już mu powiedziała.
Przed oczami staje mi chwila, w której dowiedzieliśmy się o wypadku taty. Miałam piętnaście lat i właśnie wróciłam ze szkoły. Zorientowałam się, że coś jest nie tak, gdy zobaczyłam policjanta tłumaczącego coś mamie w salonie. A potem… potem było już tylko gorzej.
Wstrząsa mną nagły szloch. Staram się płakać cicho, jednak okazuje się, że nie potrafię.
- No i co z nimi, Rine… – podrywam głowę na dźwięk głosu Raphaela - Chryste, Rinelle, dlaczego ty płaczesz? – chłopak otwiera szeroko oczy.
Kręcę tylko głową, ponieważ nie umiem wydusić z siebie ani słowa. Zaciskam dłoń w pięść i przygryzam kłykieć, aby nie płakać. Powstrzymuje to dźwięki, jednak łzy i dreszcze już nie.
Raphael siada na brzegu łóżka i jeszcze raz pyta spokojnym tonem:
- Dlaczego płaczesz?
Zbieram się w sobie i podaję mu powód.
- Czyli twoi rodzice się rozwodzą? – upewnia się.
- Nie.
- Ale powiedziałaś…
- Po… powiedziałam, że moja mama odchodzi, ale od swojego chłopaka, nie m-mojego taty, bo tego już nie może zrobić. On n-nie żyje już od pięciu lat.
Chłopak nic nie odpowiada, tylko powoli wypuszcza powietrze, nie wie, jak zareagować. Po chwili jednak przysuwa się w moją stronę i delikatnie obejmuje mnie ramieniem. Wtedy z jakiegoś powodu robi mi się jeszcze bardziej smutno. Nadal płacząc, wtulam się w niego mocno. Okazuję się, że aż za mocno.
- E.. Rinelle? Czy… mogłabyś… usiąść obok? – Raphael stara się ukryć zmieszanie.
Nawet nie zauważyłam, że usiadłam mu na kolanach i objęłam, trochę zbyt ciasno.
- Och, przepraszam – uśmiecham się słabo i szybko wracam na swoje poprzednie miejsce.
- W porządku – odpowiada brunet, prostując się – Czy chcesz coś jeszcze powiedzieć?
- Mama pytała, czy przyjadę do domu na trochę – ocieram nos rękawem i przygryzam dolną wargę, aby powstrzymać jej drżenie – Tylko, że ja… nie wiem, czy chcę. Wszystkie wspomnienia związane ze śmiercią taty do mnie wróciły i… boję się, że teraz będzie podobnie.
- Ale…?
- Ale sumienie podpowiada mi, że powinnam jechać.
Po tych słowach chłopak delikatnie poklepuje mnie po ramieniu, tak niezręcznie, jakby nie wiedział, co ma dalej robić i mówić. No jasne, przecież nie codziennie zdarzają mu się takie rozmazgajone idiotki. Jestem zła na siebie za takie zachowanie, tym bardziej, że zdarza się rzadko, a nie powinno wcale. Zwykle staram się być twarda, a jeśli nie potrafię, to przynajmniej udaję. Już dawno wyrosłam z wypłakiwania się w czyjś rękaw. A przynajmniej tak sądziłam.
Chcę przeprosić Raphaela za tę chwilę słabości, ale w moim mózgu następuje jakieś cholerne zwarcie i zamiast tego pytam:
- Pojedziesz ze mną?
Wydaje mi się, że przez ułamek sekundy widzę przerażenie w jego oczach. Otwieram usta, aby cofnąć swoje słowa, ale w tym momencie on mówi coś, przez co mnie zupełnie zatyka:
- Pojadę.
- Co? – wyrywa mi się cienkim głosem.
- Mówię, że pojadę – powtarza brunet.
- Nie, nie musisz. Przepraszam, nie powinnam cię o to prosić…
- Przecież już to zrobiłaś – brunet patrzy na mnie odrobinę kpiąco, ale nie stara się być złośliwy.
- Dziękuję – udaje mi się wykrztusić.
W odpowiedzi Raphael tylko wzrusza ramionami.
- Lepiej się pakuj – mówi – Jedziemy najbliższym pociągiem.
- Jak to: najbliższym? – dziwię się.
- Po prostu – brunet odpowiada tak, jakbym zadała niemądre pytanie, cho w zasadzie zrobiłam – Z tego, co się orientuję, twoje miasto jest jakieś trzy godziny drogi stąd, więc lepiej jechać teraz, niż siedzieć tutaj, w nerwach.
W milczeniu kiwam głową na znak, że się z nim zgadzam. Chłopak ma już wychodzić, kiedy coś mi się przypomina.
- A praca? – pytam, nie do końca wiedząc, o czyją pracę mi chodzi.
-Myślę, że Leonardo nie będzie robił problemów – Raphael ponownie wzrusza ramionami w geście „jakoś to będzie” i opuszcza mój pokój.
Nie mam pojęcia, co nim kieruje. Zupełnie nie spodziewałam się takiej reakcji z jego strony. Zachodzę w głowę, dlaczego zgodził się ze mną pojechać. Nijak nie mogę tego zrozumieć i wiem, że w najbliższym czasie do tego nie dojdę. W danym momencie potrzebny jest mi tylko gorący prysznic i czyste ubranie. Biorę więc z szafy czystą bieliznę i koszulkę, a następnie idę do łazienki. Wcześniej jeszcze dzwonię do Leonarda, żeby usprawiedliwić swoją nieobecność i wysyłam krótką wiadomość mamie, w której tłumaczę, dlaczego przyjedziemy my, a nie ja. Sama jestem ciekawa argumentu, jaki wymyślę.