sobota, 22 kwietnia 2017

Rozdział 12

Okej. Jeszcze raz.
Siedzę właśnie na kanapie u Leonarda i staram się to wszystko jakoś przetrawić. Całą sprawę przedstawili mi obaj bracia oraz ich znajomi obecni w mieszkaniu. Swoją drogą, stanowią całkiem ciekawą grupę. Jest tu Naomi, Mulatka, na którą wpadłam ostatnim razem w szpitalu (coś mi się wydaje, że jeszcze nie raz spotkam ją w pobliżu Leonarda) i niewysoki blondyn w okularach, Conwear (z tego, co zrozumiałam, zajmuje się wszystkimi możliwymi zajęciami związanymi z informatyką). Miał przyjść jeszcze jakiś kuzyn Cortezów i ktoś w rodzaju starego znajomego rodziny, ale oni nie dotarli.
- No dobra, od początku – pocieram dłonią czoło – Wasz tata jest prawnikiem, który bronił jakiegoś ważnego polityka…
- Gwoli ścisłości jego kancelaria, on tylko nadzorował ten proces – mówi Raphael.
- … a teraz razem z waszą mamą zniknęli i wy podejrzewacie, że on z jakiegoś niezrozumiałego powodu ich porwał. Wobec tego razem z… przyjaciółmi stworzyliście coś jakby… grupę eee… ratunkową? Orion, tak?
- Tak – odparli bracia chórem.
W tym momencie zaczęłam się histerycznie śmiać.
- Oj, koledzy, macie chore poczucie humoru – ocieram łzy spoglądając na resztę. Ale oni nie śmieją się razem ze mną. Przeciwnie, cała czwórka ma grobowe miny i patrzą na mnie, jakbym była nienormalna. – O – mój nastrój zmienia się w ułamku sekundy – Wy wcale nie żartujecie, prawda?
- Obawiam się, że nie – Raphael krzyżuje ręce i przyjmuje postawę jeszcze bardziej zamkniętą niż wcześniej, o ile to w ogóle możliwe.
W tym momencie dociera do mnie powaga tej sytuacji.
- Boże, przepraszam – mówię – Tak strasznie mi przykro, czy mogę wam jakoś pomóc?
Leonard otwiera usta, aby coś powiedzieć, jednak młodszy brat go w tym ubiega.
- Nie i, proszę, nawet nie próbuj.
- Raphaelu! – strofuje go blondyn.
- Daj spokój, przecież mam rację – brunet patrzy na niego spod zmarszczonych brwi – Jej w ogóle nie powinno tu być.
- Dobra, wystarczy, chłopaki – włącza się Naomi – Dziewczyna chyba i tak ma już mętlik w głowie.
- Mało powiedziane – mruczę pod nosem.
- Świetnie – mój współlokator gwałtownie odkleja się od ściany, przy której stał przez ostatnie dziesięć minut – To my się już pożegnamy.
Nawet nie protestuję, kiedy popycha mnie w stronę drzwi. Przed wyjściem jednak udaje mi się pożegnać ze wszystkimi.
- Na pewno wszystko się dobrze skończy – tyle udaje mi się wykrztusić, kiedy ściskam Leonarda – Będzie dobrze.
- Dzięki za troskę, Rin – chłopak pociera moje ramiona.
A potem wracamy z Raphaelem na dół do samochodu. On idzie szybciej ode mnie, ja się wlokę, ponieważ nadal jestem w szoku. Brunet siedzi już za kierownicą kiedy ja dopiero otwieram drzwi klatki schodowej. Nagle słyszę kogoś zbiegającego po schodach.
- Rinelle! – woła Naomi – Zostawiłaś bluzę.
- O, dziękuję – odbieram od niej zgubę.
- I co o tym sądzisz? – pyta znienacka.
- O czym? O bluzie? – jestem trochę zdezorientowana.
- Nie, oczywiście, że nie! Mówię o porwaniu, Orionie.
- Ach, to – w końcu łapię – Cóż, ja… jestem w szoku – przyznaję szczerze.
- Każdy by był – zgadza się Mulatka – Ale nie złość się na chłopaków. Leo chciał ci już wcześniej powiedzieć. A Raphael… on po prostu już taki jest.
- Pewnie miał swoje powody – sama jestem zaskoczona, że bronię swojego współlokatora.
- Jak uważasz – dziewczyna wzrusza ramionami – Ale wiesz co? Musi cię lubić, skoro zdecydował się ci o wszystkim powiedzieć. Nie sądziłam, że w ogóle o tym pomyśli.
- Mmm – krzywię się – Nie wiem, co nim powodowało, ale nie sądzę, żeby to miało coś wspólnego z lubieniem mnie.
- Może ty tego nie widzisz, ale jednak. On cię lubi, uwierz mi. Nawet wydaje się przy tobie jakby spokojniejszy.
- Jak uważasz – powtarzam po niej – Dobrze, dziękuje za bluzę, ale chyba powinnam już iść.
- Jasne, pewnie potrzebujesz chwili spokoju. Do zobaczenia i trzymaj kciuki!
- Będę na pewno, cześć!
Po tych słowach rozchodzimy się. Już bardziej przytomna wracam do auta.
- Hej, wszystko w porządku? – siadając zauważam, że Raphael jest bardziej spięty niż przed chwilą.
- Poza tym, że moi rodzice zaginęli bez wieści i nie jestem w stanie ich znaleźć? Czuję się świetnie! – prycha.
- Przepraszam – nic innego nie przychodzi mi do głowy.
- Przestań przepraszać – irytuje się chłopak – W ogóle przestań!
- Ej, co ci się dzieje? – nie rozumiem jego nagłego wybuchu.
- Ty! Wszędzie ty! Po co ja cię tu przyprowadzałem?! – krzyczy.
- Nie wiem, ty mi powiedz! – ja również podnoszę głos.
- Nie mam pojęcia!
- A dlaczego to ma być moja wina?!
- Bo nic nie musiałbym ci mówić, gdyby cię tu nie było!
- I to niby moja wina!
- A żebyś wiedziała!
- Czemu wrzeszczysz?!
- Nie wiem! Szlag mnie już trafia!
- Dosyć! – uderzam ręką w deskę rozdzielczą – Już koniec – mówię spokojniej.
- Koniec? Jaki koniec? – Raphael opiera głowę na zagłówku – Moi rodzice zniknęli, nawet nie wiem, czy jeszcze żyją. Mój brat, zamiast przyłożyć się do poszukiwań, skupia się tylko na tej Naomi, a ja… zupełnie sobie z tym nie radzę – zaciska oczy.
- Ale przecież Leonard cię wspiera i naprawdę się tym przejmuje.
- Mówisz – brunet wcale nie wygląda na przekonanego.
Dopiero wtedy zauważam, jak bardzo się przejmuje. Jest okropnie nerwowy, a ja, głupia, zamiast mu pomóc, tylko się na niego wściekałam.
- Chodź tu – nachylam się do niego i przytulam, jak najlepiej potrafię.
- Co ty robisz? – pyta osłupiały.
- Pocieszam cię.
- Ale ja właśnie na ciebie nawrzeszczałem.
- Dzisiaj jesteś usprawiedliwiony.
- N-nie wiem, jak zareagować – mówi z wahaniem. Pewnie nie powinno, ale wydaje mi się to urocze.
- Po prostu przestań walczyć – odpowiadam gładząc go po plecach.
Podziałało. Chłopak w końcu rozluźnia się i po chwili wtula się we mnie, jak gdybym to ja była znacznie większa od niego, a nie na odwrót.
- Już, już – głaszczę go po włosach – Poradzimy sobie z tym.
- My? – Raphael odsuwa się gwałtownie – Jacy znowu my?
- No chyba nie myślisz, że zostawię cię z tym samego.
- Posłuchaj, ty nie…
- Cicho – przerywam mu – Jestem dorosła i zrobię, co zechcę.
Chłopak wygląda, jakby chciał coś odpowiedzieć, ale jednak z tego rezygnuje.
- Nie poruszajmy więcej tego tematu – brunet nagle bardzo się skupia na zapaleniu silnika.
- Dobra, jak chcesz – wciskam się w fotel.
Ruszamy w drogę oboje pogrążeni w swoich myślach. Raphael pewnie myśli o rodzicach. Ja o tym, jak mogłabym mu pomóc. I chyba żadnemu z nas nie podoba się to, co dzieje się w naszych głowach.